Każdego roku 25 stycznia Kościół świętuje nawrócenie Świętego Pawła. To dość nietypowa okoliczność, która w roku liturgicznym jest właściwie bezprecedensowa. Setki, tysiące, miliony osób w ciągu dziejów nawracały się na wiarę Jezusa Chrystusa. Ale nawrócenie tylko tego jednego człowieka Kościół poleca nam świętować. Gwałtowna przemiana, jakiej doświadczył Paweł na drodze do Damaszku, zmieniła losy chrześcijaństwa, ale także stała się symbolem tego, jak niespodziewanie Bóg porusza serce człowieka i zmienia jego życie. Paweł, który trudnił się prześladowaniem chrześcijan, w jednej chwili sam stał się jednym z nich. Dzisiejsze święto daje do myślenia i wciąż zaskakuje. Pokazuje coś niełatwego, bo Boga, który postanawia posłużyć się kimś, po kim pobożni chrześcijanie niczego dobrego się nie spodziewają.

Doświadczenie Świętego Pawła musiało być bardzo zaskakujące i wstrząsające. Śledząc opisy biblijne, można odnieść wrażenie, iż sam Apostoł nie wie, jak opowiedzieć, co go spotkało. W Listach znajdujemy aluzję do wewnętrznej przemiany, jaka stała się udziałem Pawła, jednak najbardziej obszerny opis wydarzeń pod Damaszkiem znajdujemy w Dziejach Apostolskich. Pamiętamy historię o tym, jak prześladowca uczniów Chrystusa, gorliwy faryzeusz spada z konia, oślepiony przez światłość z nieba. Z opisu dowiadujemy się, że Szaweł widział Pana i słyszał Go, jego towarzysze podróży zaś słyszeli jedynie głos, lecz niczego nie widzieli (por. Dz 9, 7). Problem polega na tym, że gdy sam Święty Paweł opowiada o tym doświadczeniu w rozdziale 22, stwierdza, że… jego towarzysze widzieli światło, ale nie słyszeli głosu! To co w końcu wydarzyło się na osławionej drodze do Damaszku – kto widział, a kto słyszał? Czy redaktor Dziejów Apostolskich nie widział tej rażącej sprzeczności w zeznaniach co do dziś świętowanego wydarzenia? A może w ten sposób chciał nam powiedzieć, że to, co się stało, nie może być wyrażone żadnymi słowami, żadną opowieścią? Wtargnięcie Boga w życie Szawła było czymś niespodziewanym nawet dla niego samego. Trudno było to wszystko wyjaśnić, opowiedzieć.

Można się domyślać, że lider prześladowań, ten, który szukał chrześcijan i denuncjował ich żydowskim kapłanom, nie był najbardziej wiarygodnym świadkiem Chrystusa w oczach zalęknionych, zakonspirowanych uczniów Jezusa. Wyobraźmy sobie, że na tajne zebrania Solidarności zaczyna przychodzić jeden z czołowych pracowników SB i twierdzi, że w ciągu ostatniej podróży samochodowej doznał olśnienia i teraz jest przekonany o złu komunizmu. Pomyślmy o SS-manie, który wpadłby na spotkanie Armii Krajowej i przekonywał, że zmienił zdanie i chce teraz bronić polskiej sprawy. Czy takim ludziom od razu by uwierzono? Czy aż się nie prosi, by wątpić w szczerość intencji kogoś takiego? A takim właśnie był Święty Paweł, kiedy pojawił się w Jeruzalem, Paweł, którego […] wszyscy się bali, nie wierząc, że jest uczniem (Dz 9, 26). Tylko Barnaba zaufał temu szaleńcowi, jeszcze wczoraj z lubością patrzącemu na kamieniowanie Szczepana, a dziś krzyczącemu na rogach ulic, że Jezus jest Panem. Kościół jerozolimski miał zasadniczo serdecznie dość tego podejrzanego gościa i odesłał go z powrotem do Tarsu (por. Dz 9, 30).

pawelwitraz

Minęło kilka dobrych lat, zanim Barnaba ściągnął Pawła do Antiochii, by tam razem z nim głosić Ewangelię o Jezusie. W końcu sam Duch Święty, przez usta ówczesnych charyzmatyków, upomniał się o to, by Paweł wyruszył na misje w imieniu Kościoła. Dalszą historię dobrze znamy: Paweł zakłada wspólnoty w Azji Mniejszej, a potem także w Grecji. Dzięki niemu chrześcijaństwo rozprzestrzenia się w Europie, początkowo bardzo skromnie, ale potem z tak wielką siłą, że nic już nie mogło go powstrzymać. Listy, które Paweł pisał do swoich wspólnot, stały się częścią Biblii, a teologia ich autora stała się fundamentem myślenia chrześcijańskiego na długie wieki. Z zachwytem myślimy dziś o Pawle jako Apostole narodów, który przeniósł Ewangelię z kontekstu typowo żydowskiego na szerokie wody kultury europejskiej. Ale to wszystko zaczęło się wielkim nieporozumieniem i upokorzeniem. Pełnego zapału głosiciela Dobrej Nowiny początkowo odesłano do domu i przez kilka lat musiał on cierpliwie czekać, aż Kościół mu zaufa.

Fakt, że Bóg tak spektakularnie posłużył się byłym prześladowcą Kościoła, daje wiele do myślenia także dzisiaj. Z jednej strony mamy usta pełne formułek o tym, że łaska Boża jest niezależna od grzesznej przeszłości człowieka, o tym, że wielu świętych było dawniej wielkimi grzesznikami, a z drugiej łatwo wciąż przychodzi nam skreślać albo przynajmniej podchodzić z rezerwą do tych, którzy doznali nagłego nawrócenia. Czy on nie udaje? Co on sobie wyobraża, że teraz z dnia na dzień stanie się naszym bratem? Tego rodzaju osądy pojawiają się w nas choćby mimowolnie. Warto dziś spojrzeć na tak zwanych wrogów Kościoła jako na potencjalnych przyszłych apostołów narodów. Dziś zaciekły przeciwnik wiary może za dotknięciem łaskawego Boga stać się gorliwym świadkiem Ewangelii. Czy życzymy mu tego? A może wygodniej byłoby, gdyby źli pozostali złymi, a świat na stałe czarno-biały? Owszem, czasem zrozumiała jest pewna podejrzliwość, gdy ktoś może mieć oczywisty interes w udawaniu nawrócenia. Znamy takie sytuacje choćby ze świata polityki. Natomiast to nie usprawiedliwia nas, by zamykać się na Boże działanie przychodzące z niespodziewanej strony. Łatwiej jest kogoś skreślić, rozpamiętując namiętnie jego przeszłość, niż uwierzyć, że Bóg naprawdę zmienia człowieka. Zanim znów będziemy komentować jakieś spektakularne, głośne nawrócenia w krytyczny sposób i z pełną podejrzliwością, pamiętajmy o tym jednym nawróceniu sprzed dwóch tysięcy lat. Zapalony prześladowca chrześcijan doświadcza czegoś niezwykłego, o czym nawet nie jest w stanie spójnie opowiedzieć. W jednej chwili rozpala się w nim ogień Ducha i ku zgorszeniu kościelnej elity gna po całym ówcześnie znanym świecie, by obwieszczać Chrystusowe zbawienie. Tak, to może dziać się także dzisiaj.

mw