Relacje pomiędzy wiarą a nauką to teren, na którym nietrudno się pogubić. Historia zależności pomiędzy chrześcijaństwem a nowożytnym przyrodoznawstwem nie należy do łatwych i przyjemnych. Wszyscy znamy losy Galileusza lub też niechlubną, przesadnie zachowawczą reakcję hierarchów kościelnych na rodzącą się w XIX wieku ewolucyjną wizję przyrody. Dziś sytuacja wygląda teoretycznie lepiej, ale wciąż łatwo spotkać buńczucznych scjentystów, którzy widzą w chrześcijaństwie tragiczny w skutkach hamulec postępu naukowego, jak również irracjonalnie nastawionych chrześcijan, którzy w nauce upatrują zagrożenia dla swojej wiary. Czy możliwe jest pokojowe współistnienie religii i nauki? Na pewno tak, ale warto chyba poszukać czegoś więcej niż tylko wzajemna tolerancja tych dwóch światów. Bo jeśli Bóg jest Stwórcą całego wszechświata – a temu chrześcijanin nie może zaprzeczyć – to cała rzeczywistość o Nim mówi i poznawanie świata jest zgłębianiem Bożego zamysłu. Dlatego chrześcijanin nie tylko nie powinien bać się nauki, ale powinien kochać ją jak nikt inny! Przykładem takiego pasjonata, który szukał Boga nie tylko w modlitwie, ale i w całym kosmosie, jest Święty Albert Wielki, wspominany w liturgii 15 listopada.

Albert prawdopodobnie urodził się między 1193 a 1200 rokiem w Niemczech. Jego ojciec był rycerzem i naczelnikiem miasteczka, co zapewniło Świętemu dobry start w kwestii wykształcenia. Młody Albert podjął studia w znakomitych uniwersytetach w Padwie i Bolonii. W trakcie nauki wybrał także drogę życia zakonnego, ulegając wpływowi charyzmatycznego dominikanina, Błogosławionego Jordana z Saksonii. Wstąpiwszy do zakonu kaznodziejskiego, Albert udał się do Kolonii, gdzie złożył śluby, przyjął święcenia i ukończył studia teologiczne. Cały czas kontynuował studia we wszystkich właściwie dziedzinach ówczesnej wiedzy. Wykładał w Paryżu, gdzie jako pierwszy Niemiec w historii został mianowany profesorem. Następnie zorganizował studium dominikańskie w Kolonii, gdzie również prowadził wykłady. Prawdopodobnie tam poznał Świętego Tomasza z Akwinu, dla którego stał się mistrzem i przewodnikiem. Szerokie zainteresowania i odwaga w przyjmowaniu myśli Arystotelesa do gmachu chrześcijańskiego światopoglądu – to cechy myśli Tomaszowej, które Akwinata zawdzięczał właśnie swojemu nauczycielowi Albertowi. Oprócz tych naukowych działań Albert pełnił także ważne funkcje zakonne, między innymi był prowincjałem niemieckim braci kaznodziejów. Przez pewien czas był także biskupem w Ratyzbonie, gdzie okazał się doskonały również jako administrator i duszpasterz, jednak po dwóch latach zrzekł się tej funkcji.

Przy wszystkich swoich obowiązkach uniwersyteckich i kościelnych Albert znajdował czas przede wszystkim na to, by badać wszystko, co go otaczało. Nie ma w tym żadnej przesady – ten człowiek interesował się dosłownie wszystkim. Używając dzisiejszych pojęć, można powiedzieć, że interesował się między innymi anatomią, botaniką, zoologią, optyką, medycyną, chemią, geologią, rolnictwem, astronomią. Mówi się, że podróżując po Europie zatrzymywał konie przy każdej napotkanej roślince, przyglądał się jej i opisywał. W ten sposób tworzył pierwsze, jeśli można to tak nazwać, atlasy botaniczne. Był pełen pasji do poznawania świata, a jednocześnie do modlitwy. Ciekawa jest także legenda o końcu życia Świętego Alberta. Podczas wygłaszanego wykładu zdarzyło się mianowicie, że zapomniał, co powinien powiedzieć. Natychmiast przerwał wystąpienie i odtąd już nie nauczał, przygotowując się jedynie duchowo do śmierci. Ponoć wcześniej miał mieć duchowe doświadczenie, w którym usłyszał, że jeśli kiedyś zacznie tracić pamięć, to powinien przygotowywać się już do odejścia. W każdym razie pouczający jest ten obraz, gdy człowiek wielkiej wiedzy ustępuje pokornie, kiedy nie jest w stanie dawać już z siebie wszystkiego na wykładach. Wie, że skończył się już jego czas poznawania tego świata i szykuje się na przejście do innego.

Czego, oprócz pokory i gotowości tracenia życia uczy nas postać Świętego Alberta? Najpierw tego, że między wiarą a nauką – trzeba to powtarzać do znudzenia – nie ma żadnej sprzeczności. Prawda jest tylko jedna, a świat pochodzi od tego samego Boga, od którego pochodzi także biblijne objawienie. Nie może więc być niezgody pomiędzy badaniami naukowymi a prawdami wiary. Dotykają one różnych poziomów rzeczywistości, mówią innymi językami, ale nie są nigdy przeciwko sobie. Wszelkie nieporozumienia i spory, które w ciągu wieków występowały w spotkaniu wiary i nauki, wynikały z błędnego rozumienia ich roli. Ponieważ nauka i wiara nie stoją na jednej płaszczyźnie, nie muszą się „dogadywać” ani tym bardziej spierać. Muszą po prostu wzrastać i zbliżać do źródła wszelkiej prawdy, każda na swój sposób. Wiedział o tym Święty Albert, który szukał Boga i w modlitwie, i w badaniu przyrody, a jednocześnie zaznaczał, że poznanie teologiczne i poznanie naukowe mają inny charakter.

Ale Święty Albert nie powinien być mistrzem tylko naukowców lub teologów, którzy zajmują się relacjami pomiędzy wiarą a rozumem w zbliżaniu się do Boga. Dzisiejszy patron jest po prostu wielkim przypomnieniem o księdze stworzenia, która obok Biblii jest źródłem poznania Boga dla nas wszystkich. Świat jest śladem Stwórcy, po którym możemy Go poznać. Dlatego jako chrześcijanie nie możemy się nie interesować światem. Zwierzęta, rośliny, atomy, gwiazdy, galaktyki, ewolucja – wszystko to powinno interesować tych, którzy deklarują wiarę w Boga Stworzyciela. Nie ma nic mniej chrześcijańskiego niż stwierdzenie, że wystarczy nam Biblia i różaniec i nie musimy interesować się tym, co nas otacza. Kogo jak kogo, ale to właśnie nas świat powinien fascynować. To my, którzy kochamy Autora świata, powinniśmy być najmocniej zainteresowani Jego dziełem. Właściwie każdy z nas powinien być pasjonatem nauki. I to nie tylko jakiejś wąskiej dziedziny, związanej z osobistym wykształceniem. Jak uczy przykład Alberta Wielkiego, zdrowa wiara powinna popychać nas do interesowania się dosłownie wszystkim. Bo dla chrześcijanina wszystko jest ciekawe.

mw