Rozmawiamy z Anną Matuszewską, psychologiem z Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego przy Caritas Diecezji Radomskiej

 

Dlaczego w ogóle dzieci oddawane są do adopcji?

Wszystkie dzieci, które zostają zgłaszane do ośrodka adopcyjnego mają uregulowaną sytuację prawną. Oznacza to, że albo oboje rodziców zostało pozbawionych władzy rodzicielskiej albo oboje rodziców umarło, lub rodzice zrzekli się władzy rodzicielskiej. Mamy też sytuacje, gdy jedno z rodziców nie żyje, a drugie pozbawione jest władzy rodzicielskiej. Sytuacja jest wtedy jasna – dziecko nie ma rodzica, który faktycznie się nim opiekuje, a opieki przecież wymaga. Stąd potrzeba zapewnienia mu bezpieczeństwa i ustanowienia opiekuna prawnego, który będzie dbał i reprezentował dziecko. Rolę opiekuna prawnego podejmuje często opiekun faktyczny dziecka, a więc rodzic zastępczy, czy wychowawca z domu dziecka, choć nie jest to regułą. Wielu rodziców traci władzę rodzicielską na skutek niewywiązywania się z obowiązków rodzicielskich – chodzi o rodziny niewydolne wychowawcze, dysfunkcyjne. Często to właśnie z takiego środowiska pochodzą dzieci, które później zostają powierzane do adopcji. Ale po kolei… Najpierw dziecko, którego rodzice stracili władzę rodzicielską trafia do systemu pieczy zastępczej. Mówimy tu albo o rodzinie zastępczej albo o placówce opiekuńczo-wychowawczej, czyli tak zwanym domu dziecka. To tutaj dziecko przebywa, ale nie jest to docelowe miejsce jego pobytu. Celem pieczy zastępczej jest umożliwienie albo powrotu dziecka do rodziny biologicznej (gdy rodzice zostali ograniczeni we władzy rodzicielskiej i na skutek podejmowanych działań i pracy nad sobą władza rodzicielska zostaje im przez sąd przywrócona) albo znalezienie dla niego nowej rodziny – rodziny adopcyjnej. Najpierw odbywa się jednak kwalifikacja dziecka do przysposobienia, w ramach której decyduje się, czy dane dziecko może być powierzone do adopcji. Warto wiedzieć, że w przypadku starszych dzieci decyzja jest podejmowana nie tylko na bazie zgromadzonej dokumentacji, historii dziecka, stopnia możliwości nawiązania przez nie więzi emocjonalnych ale również brane jest pod uwagę jego zdanie. Zgodnie z ustawą o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej, każde dziecko, które ukończyło trzynasty rok życia winno być zapytane o stosunek do adopcji, a jego zdanie brane pod uwagę podczas podejmowania decyzji przez Komisję Kwalifikacyjną. Brak kwalifikacji do adopcji oznacza pozostanie dziecka w systemie pieczy zastępczej, a więc w domu dziecka lub rodzinie zastępczej.

Faktycznie się to zdarza? Myślałem, że nikt z własnej woli nie chce być w domu dziecka.

Jest całkiem sporo takich sytuacji, szczególnie dotyczą one nastolatków z uregulowaną sytuacją prawną, którzy nie wyrażają zgody na swoje przysposobienie. Dzieje się tak na przykład wtedy, gdy rodzice nastoletniego dziecka zostają pozbawieni władzy rodzicielskiej lub giną w wypadku, a nikt z rodziny nie chce lub nie może się nim zająć. Taki chłopak czy dziewczyna są na etapie życia kiedy naturalną potrzebą jest dojrzewanie do samostanowienia o sobie, autonomii, a nie budowania relacji dziecko-rodzic. Nie dziwmy się więc, że 13-, 14- czy 16-letni człowiek nie chce być adoptowany. Aczkolwiek procedura musi być dopełniona i w punkcie wyjścia taki nastolatek musi być zgłoszony do ośrodka adopcyjnego. Figuruje w rejestrze, ale nie prowadzimy żadnego postępowania związanego z poszukiwaniem rodziców adopcyjnych.

Rozumiem, że ludzie chcą najczęściej adoptować jak najmłodsze dzieci?

Oczywiście. Jak najmłodsze i jak najbardziej zdrowe. Dlatego w naszym ośrodku w skali roku mamy sytuację, że jedynie około 20% dzieci z uregulowaną sytuacją prawną zostaje zakwalifikowanych do adopcji.

Co to w praktyce oznacza?

Że tylko dla tych 20% zgłoszonych dzieci realnie szukamy rodziców. Pozostała część dzieci to głównie nastolatkowie. Albo, załóżmy, sześciolatek, który jest wychowywany przez dziadków, tworzących dla niego rodzinę zastępczą. Naturalnym i dobrym dla dziecka jest, by pozostawał pod opieką dziadków, którzy darzą go miłością, prawidłowo wypełnia funkcję opiekuńczą i wychowawczą. Oczywiście, o ile stan zdrowia i wiek opiekunów na to pozwala. Zdarzają się adopcje dzieci, które przebywają w rodzinach zastępczych spokrewnionych, jednak jest to trudne i wymaga ogromnej dojrzałości i delikatności ze strony opiekunów i kandydatów na rodziców adopcyjnych. Kwestia problematyczna dotyczy tu zwykle utrzymywania przez rodzinę adopcyjną kontaktu z rodziną biologiczną, z dziadkami, ciociami…. Trzeba mieć na uwadze, że adopcja jest zjawiskiem w gruncie rzeczy tajnym. Dane na temat konkretnej adopcji nie są nigdzie upubliczniane. O tym, kto kogo adoptował, wie tylko ośrodek i sami zainteresowani. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której dziadkowie odwiedzają wnuczka, a jednocześnie mówią swojemu dziecku, czyli biologicznemu rodzicowi dziecka, który zaniedbał rolę rodzicielską o tym, gdzie przebywa dziecko, jakie nosi nazwisko czy gdzie pracują jego rodzice adopcyjni. To może brzmieć brutalnie, ale ze względu na dobro dziecka, jego bezpieczeństwo i stabilizację, tak nie może być. Dlatego zwykle nawet nie rozpoczyna się procedur, gdzie miałby trwać częsty i regularny kontakt dziecka z dziadkami czy innymi członkami rodziny biologicznej.

A czemu ci przykładowi dziadkowie po prostu nie adoptują tego dziecka?

Są takie przypadki, szczególnie gdy dziecko jest młodsze. Czasem małe dziecko, które praktycznie od urodzenia było wychowywane przez dziadków, mówi do nich „mamo”, „tato”, utożsamia ich z rodzicami, a opiekunowie nie korygują tego. Wtedy byłoby wręcz wskazane, by uregulować ten stan przez adopcję. Trzeba tu jednak powiedzieć, z czym wiąże się adopcja na poziomie prawnym. Adopcja wiąże się ze zmianą aktu urodzenia dziecka, na przykład adoptowane dziecko ma zmieniane nazwisko, oczywiście na nazwisko rodziców adopcyjnych. Otrzymuje także nowy numer PESEL.

Poważnie? To jak nowe narodziny…

Tak. Jest to też pewne zabezpieczenie dla dziecka i rodziców adopcyjnych, całkowicie nowy start. Adopcja oznacza radykalne cięcie, inaczej nie może zafunkcjonować. Od strony prawnej mamy tu rzeczywiście jakby nowego człowieka. Dziecku można nawet zmienić imię, rodzice mają do tego prawo. I często w przypadku małych dzieci tak się dzieje. Oczywiście, gdy dziecko ma już świadomość swojego imienia, taka zmiana jest niewskazana. Dalej… Na akcie urodzenia rodzice adopcyjni są wpisani w miejsce rodziców biologicznych. Nie zmienia się tylko czas i miejsce narodzenia dziecka.

To jest też po to, żeby, wedle uznania, rodzice mogli nie powiedzieć dziecku, że jest adoptowane?

Decyzję o przekazaniu tej informacji podejmują rodzice adopcyjni, oczywiście o ile wiek dziecka i świadomość tego, co się dzieje nie sprawia, że jest to kwestia oczywista. Chciałabym jednak żeby wybrzmiało, że prawda o adopcji powinna być przekazana dziecku. Próba ukrycia tego faktu jest bardzo złym rozwiązaniem na wielu płaszczyznach, dlatego jednoznacznie zachęcamy rodziców adopcyjnych, żeby możliwie jak najwcześniej informowali dzieci o adopcji. Mówiłam o tajności adopcji i to dotyczyło środowiska zewnętrznego oraz kwestii prawnych. Natomiast wewnątrz rodziny możemy mówić o postulacie jawności adopcji. Dziecko już od najmłodszych lat powinno być oswajane z tym tematem i w końcu wprost poinformowane, że zostało adoptowane.

Czyli to jest lepsze dla dziecka? I lepsze dla rodziców?

To jest najlepsze dla wszystkich, bo jest to zgodne z prawdą. Czasem rodzice pytają: W którym momencie to zrobić? Załóżmy, że adoptowali niemowlę – kiedy mają powiedzieć dziecku prawdę? Gdy będzie miało trzy lata? Pięć? Nie ma prostej odpowiedzi, ale uznajemy, że od początku trzeba oswajać dziecko z tematem adopcji, używać tego słowa, nie bać się go, nie robić z niego tematu tabu. Matki często mają swoje kapitalne sposoby, by delikatnie wprowadzać dziecko w zagadnienie adopcji. Wiele z nich posługuje się takim wierszykiem: „Nie nosiłam cię w brzuszku, ale urodziłeś się w moim serduszku”.

To w sumie bardzo urocze.

Prawda? To ma swój głęboki sens. Rodzice adopcyjni mają czasem problem, gdy to dzieci zaczynają same pytać, skąd się wzięły.

Na biologii dowiedzą się o układzie rozrodczym i tak dalej, wtedy zapytają mamę, skąd one są, skoro nie z macicy.

Już wcześniej będą pytać o swoje pochodzenie, tak jak wszystkie dorastające dzieci. I tu jest pewna trudność, z którą mierzą się wszyscy rodzice, nie tylko adopcyjni. Bo co odpowiadasz dziecku? Nie mówisz od razu, że mama z tatą przeżyli akt seksualny, w wyniku którego doszło do zapłodnienia. Raczej coś w stylu: „Rodzice się kochali i stąd wziąłeś się ty”. Wraz ze wzrastaniem dziecka, jego dojrzewaniem i potrzebą by wiedzieć więcej, rodzice dobierają odpowiednie słowa, by przekazać dziecku te informacje. Bo któż zna lepiej swoje dziecko niż rodzic? Kto będzie wiedział lepiej kiedy i w jaki sposób przekazać informację o poczęciu, narodzinach, a także adopcji?

No właśnie, jak jest w przypadku adopcji? Dziecko pyta, skąd się wzięło. I co mówimy? „Jesteś adoptowany”?

Tak. Wbrew pozorom po prostu tak można powiedzieć. „Byłeś w brzuszku u innej mamy, ale ona nie mogła cię wychować. A my długo marzyliśmy o dziecku, dlatego cię szukaliśmy, a gdy odnaleźliśmy, to podjęliśmy decyzję, że pragniemy być twoimi rodzicami”. Kluczowe jest oswajanie ze słowami „adopcja”, „przysposobienie”. Dlaczego? Bo dzięki tej procedurze dziecko może wychowywać się w danej rodzinie. Bo to nic wstydliwego. Bo znajomi i sąsiedzi widzą, że dziecko jest adoptowane, że nagle się pojawiło w rodzinie. Na podwórku mogą pojawić się komentarze: „Jesteś adoptowany, jesteś z domu dziecka”. Kryje się za tym komunikat: jesteś inny, nie taki jak my. Żeby uniknąć związanej z tym traumy, dziecko powinno właśnie od rodziców usłyszeć najpierw słowo „adopcja”. Znam takie rodziny, gdzie dziecko wzrastając w świadomości adopcji, gdy usłyszało w piaskownicy tego typu uwagi rówieśników, zadziornie odpowiadało: „Tak, a ty nie?” lub „No i co? Tak, jestem adoptowany, masz z tym jakiś problem?”. Ale jeśli dziecko dowie się od rodziców w wieku na przykład dziesięciu lat, to będzie mu gorzej przyjąć tę prawdę. Co więcej, będzie miało prawo czuć się oszukane.

Ciekawe, bo kiedyś chyba istniała tendencja, by ukrywać przed dziećmi adopcję możliwie długo.

Dziś wiemy dobrze, że to była pomyłka. Zmieniła się także świadomość społeczna, nikt nie ma z tym raczej problemu, nie stygmatyzuje się dzieci adoptowanych. Nawet w mniejszych miejscowościach spotykają się one z szacunkiem i są traktowane zupełnie normalnie.

Opowiedz coś teraz o ludziach, którzy chcą adoptować dziecko. Co to za osoby? Młode małżeństwa czy raczej starsze? Tylko ci, którzy nie mogą mieć swoich dzieci, czy także tacy, którzy je mają?

Ustawa mówi o tym, że w Polsce adoptować mogą małżonkowie albo osoby samotne. Nie ma mowy o adopcji ze strony związku partnerskiego. W naszym ośrodku rzadziej adoptują rodzice, którzy mają już swoje dzieci. To może jeden na dwadzieścia przypadków. Ale rzeczywiście, są i tacy ludzie, którzy chcieliby mieć więcej dzieci, a biologicznie nie jest to już możliwe. Czasami też małżonkowie chcą po prostu pomóc potrzebującemu dziecku, choć mogliby mieć kolejne dziecko biologiczne. Wymagań i oczekiwań wobec kandydatów na rodziców adopcyjnych jest dużo, między innymi niekaralność, odpowiedni stan zdrowia czy pięcioletni staż małżeński. Chodzi tu głównie o stabilność związku, badania bowiem pokazują, że w ciągu pierwszych pięciu lat ma miejsce najwięcej rozwodów. Co do wieku, to chyba nastąpiła pewna zmiana w ostatnich latach. Gdy zaczynałam pracę w ośrodku, miałam wrażenie, że większość małżeństw zgłaszających się do nas to ludzie w wieku 35–40 lat. Obecnie przychodzi coraz więcej osób przed trzydziestym rokiem życia czy zaraz po trzydziestce. Często oni już teraz wiedzą, że naturalnie nie będą mogli mieć dzieci. Nierzadko są to też ludzie, którzy już zdążyli przeżyć stratę związaną z rodzicielstwem, na przykład poronienie albo śmierć dziecka po porodzie. Są także pary, które posiadają diagnozę bezpłodności, które wygrały walkę z nowotworem oraz takie, które nie mają stwierdzonej medycznej przyczyny braku potomstwa. To wszystko młodzi ludzie, którzy dostają na starcie małżeńskiego życia trudną wiadomość od lekarzy: „Nie możecie mieć dzieci”. Adopcja jest dla tych osób spełnieniem głębokich pragnień rodzicielskich. Ale tu kryje się pewien haczyk, z którego wielu nie zdaje sobie sprawy. Otóż rodzicielstwo adopcyjne mocno różni się od naturalnego. To na tym tle pojawia się wiele zgrzytów między rodzicami a dziećmi. Rodzice często oczekują, że dziecko spełni ich oczekiwania, wpisze się w pewien zbiór wartości i obyczajów funkcjonujących w danej rodzinie. To zresztą problem wszystkich rodziców, ale przy adopcji wypływa to najmocniej – dziecko nie spełnia oczekiwań, ono jest sobą. Niestety rodzice adopcyjni czasem nieco idealistycznie podchodzą do sprawy, myśląc na przykład, że ich dziecko musi mieć świetne oceny w szkole. Tymczasem dziecko adoptowane często ma doświadczenie wzrastania w rodzinie niewydolnej, gdzie książka i zeszyt nie były na pierwszym miejscu. Jeśli dziecko rozwijało się przez pierwsze lata życia w tak trudnym środowisku, to nie ma się co dziwić, że jest w wielu sferach zaniedbane. Dotyczy to właśnie zaległości edukacyjnych, ale także kwestii medycznych czy higieny osobistej. Takie dziecko nie stanie się w jednej chwili prymusem w szkole, rodzice muszą zdać sobie z tego sprawę i dostosować wymagania do rzeczywistych możliwości dziecka. Na początku trzeba się skupić na budowaniu więzi emocjonalnych, na wzmacnianiu dziecka, a dopiero w dalszej kolejności na nadrabianiu zaległości. To jest problematyczne dla wielu rodziców adopcyjnych. Bo jak się wykazać jako dobry rodzic? Muszę sprawić, żeby dziecko było grzeczne i dobrze się uczyło. Ale problem polega na tym, że to dziecko wzrastało w środowisku, gdzie jego potrzeby nie były zaspokajane, gdzie nierzadko doświadczyło przemocy, gdzie towarzyszył mu krzyk, wulgaryzmy, a nawet libacje alkoholowe. Nie można od tak doświadczonego człowieka wymagać na starcie, żeby miał nieskazitelne maniery i potrafił się skupić na nauce. Oczekiwania rodziców są same w sobie dobre, ale adoptowane dziecko potrzebuje najpierw stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, akceptacji i miłości, a także wsparcia, również specjalistów, by móc odkryć i zrealizować swój potencjał. Powtórzmy: Na początku, przez około rok, trzeba się skupić na budowaniu więzi i dawaniu poczucia stabilizacji. Dziecko musi czuć, że to już naprawdę jego dom. Często nasze adopcyjne dzieci testują pod tym względem rodziców, krzycząc do nich: „Nie muszę tu być; wolałem być w domu dziecka; nie jesteś moją matką”. Rodzic czuje się zraniony i jeśli nie ma odpowiedniej dojrzałości, kontroli emocjonalnej i samooceny, swoją odpowiedzią jedynie zrani dziecko i utwierdzi je w przekonaniu, że miłość jest warunkowa. A dziecko właśnie chciało sprawdzić, czy będziesz z nim pomimo złego nastroju, pomimo słabych ocen w szkole, pomimo tego, że cię nie posłuchało… Ono chce wiedzieć, czy wreszcie naprawdę ma dom, czyli wiedzieć, czy jest kochane bezwarunkowo.

Ale rodzic może chyba czuć się zraniony w takiej sytuacji.

Tak, ale to on jest tu dorosłą osobą i ma kontrolować swoje emocje i impulsy. Dlatego tak precyzyjnie badamy kandydatów pod kątem ich kompetencji osobowościowych. Narzędzia psychologiczne, których używamy odznaczają się dużą trafnością i rzetelnością, a mierzą wiele obszarów, które są szczególnie pożądane u kandydatów na rodziców adopcyjnych. Rodzicielstwo to spełnienie pragnień ale także kryzysy i konflikty. Naszym zadaniem jest zweryfikowanie, czy kandydaci posiadają odpowiednie zasoby osobiste, które w sytuacjach trudnych będą zapewniały stabilizację i bezpieczeństwo dziecku, bo to ono jest najważniejsze. Wszystko to potwierdza podstawową zasadę, której twardo się trzymamy – trzeba wymagać bardzo wiele od rodziców adopcyjnych, aby oni byli w stanie pomagać, akceptować i rozwijać potencjał dzieci, które zostaną im powierzone.

I ci rodzice zasadniczo sobie radzą? Są jakieś przypadki, że ktoś dzwoni i chce oddać dziecko, bo nie wyrabia?

Zasadniczo rodziny sobie radzą. Zawsze mogą też liczyć na wsparcie pracowników ośrodka, jednak po przysposobieniu pomagamy jedynie na wniosek, prośbę rodziny. Niestety zdarzają się też sytuację krytyczne, kiedy rodziny zastanawiają się czy udźwigną problemy, czy będą w stanie pomóc dziecku, czy będą razem szczęśliwi. Niektóre obiektywnie trudne sytuacje wypływają na wierzch dopiero po adopcji, nawet po dłuższym czasie. Chodzi mi na przykład o choroby, które ujawniają się z czasem, a o których nie mieliśmy informacji, powierzając dziecko rodzicom. Są to naprawdę bardzo ciężkie i wielopłaszczyznowo trudne sytuacje, choć tak jak w rodzicielstwie biologicznym – nie da się wszystkiego przewidzieć, przed wszystkim zabezpieczyć. Tym bardziej, że w przypadku adopcji nie zawsze mamy wiedzę na temat okresu ciąży, czy pierwszych miesięcy a nawet lat życia dziecka. Natomiast wszelkie dokumenty, które posiada ośrodek adopcyjny, które dotyczą stanu zdrowia dziecka, historii rodziców biologicznych są przedstawiane kandydatom na rodziców adopcyjnych.

A jaka jest procedura, która wspierałaby dobre podjęcie decyzji? Istnieje na przykład coś w rodzaju okresu próbnego?

Nie możemy mówić o okresie próbnym, ponieważ rozmawiamy o ludziach – z ich godnością, uczuciami, lękami i nadziejami. Potrzebna jest tu duża dojrzałość, by uniknąć zranień i kolejnych traum spowodowanych odrzuceniem. Opowiedzmy sobie po kolei, jak wygląda cały proces. Małżeństwo przychodzi do naszego ośrodka i przeprowadzamy wstępne rozpoznanie ich sytuacji. Sprawdzamy, czy byli karani, czy leczyli się psychiatrycznie, jaki jest stan ich zdrowia… Ważne jest też to, jaka jest ich sytuacja zawodowa i mieszkaniowa. Rodzicielstwo wymaga przecież pewnej stabilności życiowej, nic więc dziwnego, że przy adopcji również bierzemy to pod uwagę. Dobrze widziane jest na przykład to, gdy rodzice mają własne mieszkanie. Dowiadujemy się więc tych wszystkich rzeczy, a potem kandydaci zostają umówieni na pogłębiony wywiad, który dotyczy różnych obszarów funkcjonowania ich rodziny. Następną część diagnozy stanowią testy psychologiczne: osobowościowe, małżeńskie i dotyczące postaw rodzicielskich. Jeśli na tym etapie nie pojawią się trudności, to zapraszamy kandydatów na szkolenie dla rodziców adopcyjnych. Nasz ośrodek praktykuje system szkoleniowy PRIDE, a więc cykl dwunastu spotkań, odbywających się raz w tygodniu. Rzecz trwa więc ok. czterech miesięcy, a na spotkania przyjeżdża przeciętnie osiem małżeństw. Zajęcia prowadzimy metodą warsztatową. Zapoznajemy tu już konkretnie uczestników z kwestią adopcji od strony prawnej i psychologicznej. Dokładnie opowiadamy też o tym, z jakimi problemami może borykać się dziecko powierzane do adopcji. Omawiamy trudności, jakie pojawiają się przy tworzeniu nowej rodziny, ale także zaniedbania, które często występują u dzieci. Po szkoleniu casus każdej pary jest jeszcze raz dokładnie analizowany i Komisja Kwalifikacyjna ośrodka decyduje, czy tym konkretnym ludziom można powierzyć dziecko. Jeśli decyzja jest pozytywna, to zaczyna się dla rodziców czas oczekiwania. Czekają oni oczywiście na telefon z naszej strony, my zaś staramy się dobrać do danego dziecka najwłaściwszą rodzinę. To ważne – dziecko jest w centrum naszego zainteresowania i to dla niego wybieramy rodzinę, a nie odwrotnie. Jeśli uznajemy, że dana rodzina będzie mogła prawidłowo zaopiekować się tym konkretnym dzieckiem, odzywamy się do zainteresowanych. Zapraszamy rodziców do ośrodka i przedstawiamy im dokładnie sytuację dziecka, jego historię i stan zdrowia – wszystko poświadczone dokumentami. Następnie rodzina ma czas by zadecydować, czy chce jechać i poznać to dziecko. Jeśli decyzja jest pozytywna, rodzice z przedstawicielem ośrodka jadą do miejsca, gdzie dziecko przebywa. Odbywa się krótkie spotkanie, na którym można poznać dziecko, pobawić się z nim, ale także porozmawiać z jego opiekunem. Następnie rodzice mają znów czas, by podjąć decyzję, że rzeczywiści chcą budować rodzinę z tym dzieckiem. To nie jest tak, że wszystko zawsze zaiskrzy. Czasami rodzice mówią wprost, że nie czują gotowości, by przyjąć to dziecko. Oczekujemy wtedy jednak logicznych i konkretnych argumentów. W przypadku, gdy decyzja jest pozytywna, rodzice zaczynają odwiedzać dziecko już bez pracownika ośrodka. Im częściej, tym lepiej, absolutne minimum to raz w tygodniu. Inaczej ciężko mówić o budowaniu więzi. Kiedy rodzina jest gotowa, zwykle po kilku tygodniach lub miesiącach, składane są do sądu wnioski o przysposobienie. Rodzina wnosi też o zabezpieczenie pieczy bezpośredniej, czyli o to, by dziecko przebywało w ich miejscu zamieszkania, pod ich opieką, jeszcze przed decydującą rozprawą sądową. I tu właśnie zaczyna się okres styczności. To jest też czas, kiedy ośrodek adopcyjny ma nadzór nad rodziną – odwiedzamy ich, jesteśmy też w kontakcie telefonicznym, pomagamy rozwiązywać problemy. To prawda, że kandydaci na rodziców adopcyjnych mogą wycofać się i zrezygnować z adopcji na każdym jej etapie. Natomiast, chcemy absolutnie tego uniknąć, bo takie doświadczenie jest przede wszystkim niezwykle trudne dla dziecka. Wyobraź sobie, że dostajesz drugi dom, a potem dowiadujesz się, że masz go opuścić. Co więcej, dziecko żegna się często z kolegami z domu dziecka, z uczniami w szkole, a potem musi wrócić do starego świata. To wielkie cierpienie, które niesie ze sobą żal, poczucie skrzywdzenia, niezrozumienie i rodzi brak zaufania do dorosłych. Dlatego najlepiej, gdyby rodzice podejmowali decyzję o ewentualnej rezygnacji na wczesnym etapie poznawania informacji o dziecku, a nie wówczas, gdy sprawy zaszły już bardzo daleko.

Czy jeśli rodzice zrezygnują z danego dziecka, proponujecie im adopcję kolejnego?

Każdy przypadek jest rozpatrywany bardzo indywidualnie. Nie sposób udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Ale tak, jest taka możliwość. Dużo jednak zależy od powodu, dla którego rodzice zrezygnowali z tego dziecka. Powód może bowiem obnażyć po prostu niedojrzałość rodziców.

Myślisz, że każda dojrzała osoba może adoptować dziecko? Może trzeba mieć jakieś szczególne uzdolnienie, może to jakieś szczególne powołanie od Boga?

Dobre pytanie. Na pewno uchwyciłabym się słowa, którego użyłeś – „dojrzała”. Myślę, że dojrzała osoba będzie potrafiła rozeznać, czy jest gotowa sprostać temu wielkiemu wyzwaniu, jakim jest adopcja. Dojrzałość to warunek podstawowy, to właściwie kluczowe wymaganie w tej dziedzinie. Tylko dojrzała osoba będzie w stanie zbudować prawdziwie bliską, rodzinną relację z kimś, kto nie jest jej biologicznym dzieckiem. Tylko człowiek dojrzały potrafi kochać, nie oczekując wdzięczności. Myślę, że to jest pewien dar – otwartość na adopcję jest darem, nie jest czymś powszechnym. Ale chyba nie jest to jakieś szczególne powołanie, tak bym nie powiedziała. Ostatnio jedna mama adopcyjna opowiadała, że wszyscy ją podziwiają, widzą w niej bohaterkę. A ona odpowiada ludziom: „Słuchajcie, my nie jesteśmy bohaterami, po prostu chcieliśmy mieć i kochać dziecko, jak wy wszyscy. Nie ma tu żadnej naszej godnej podziwu zasługi. To my jesteśmy wdzięczni, że ktoś nam powierzył to dziecko pod opiekę”. Chcę też zaznaczyć, że nie tylko rodziny zaangażowane religijnie podejmują adopcję, choć akurat u nas w ośrodku katolickim większość rodzin wyznaje wartości katolickie. Trzeba mieć po prostu pewną szczególną otwartość i dojrzałość. Na pewno nie jest tak, że każdy się do tego nadaje. To jak z rodzicielstwem w ogóle, to ostatecznie jakaś tajemnica.

Dziś wielu ludzi, chyba już co piąta para, nie może naturalnie mieć dzieci. Często medycyna nie jest w stanie im pomóc, pojawiają się też pokusy uciekania się do niegodziwych moralnie zabiegów. Adopcja natomiast wciąż nie cieszy się dobrym PR-em. Zareklamuj może na koniec naszej rozmowy adopcję.

Może cię to zdziwi, ale nie mam zamiaru tego robić. Nie widzę takiej potrzeby. Adopcja to jednak coś bardzo szczególnego, to nie jest droga dla wszystkich. Tu nie ma miejsca na zachęcanie ludzi. To mogłoby się wręcz źle skończyć, bo taka motywacja zewnętrzna nie jest wystarczająca. Człowiek sam musi dojrzeć do tego pragnienia, a kiedy dojrzeje, to sam dowie się o szczegółach i formalnościach. Adopcja nie jest hasłem na billboardy czy spoty reklamowe. Trzeba też uważać, żeby nie kierować się tylko własnymi potrzebami: „Chcemy mieć dziecko”. To za mało, a poza tym adopcja jest trudna i szybko ostudzi takie egocentryczne motywacje.

To, co mówisz, odnosi się chyba w ogóle do rodzicielstwa. To dokładnie to samo – potrzeba miłości, dawania siebie drugiemu, a nie tylko spełnienia moich potrzeb macierzyńskich i ojcowskich.

Tak, w sumie tak. Ale wciąż powtarzam, że rodzicielstwo adopcyjne różni się od naturalnego. Potwierdzają to też rodzice, którzy mają potomstwo biologiczne i adopcyjne. Rola rodzica adopcyjnego jest bardziej wymagająca, ale i mająca swoje niepowtarzalne piękno.

Ok, jeśli czyta nas ktoś, kto interesuje się adopcją, gdzie ma szukać informacji?

W każdym dużym mieście jest ośrodek adopcyjny. Znaleźć go można tak, jak szukamy dziś wszystkiego, czyli w wyszukiwarce internetowej. Mniej jest, jeśli komuś to robi różnicę, ośrodków katolickich. Warto zatelefonować i umówić się w danym ośrodku na pierwsze spotkanie i tam spokojnie porozmawiać o pragnieniach i obawach. Czasem w ośrodku udzielamy rodzicom rad, których się zupełnie nie spodziewali. Na przykład nie tylko nie zachęcamy do adopcji, ale prosimy, by zainteresowali się naprotechnologią, by podjęli jeszcze próbę poczęcia swoich dzieci. Innym razem musimy odmówić adopcji ludziom, którzy nie spełniają wymagań jasno określonych w ustawie o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej. A zatem taka wizyta w ośrodku może wiele rozjaśnić. Oczywiście samo spotkanie do niczego nie zobowiązuje, a warto zgłosić się do ośrodka, jeśli tylko rodzi się w czyimś sercu pragnienie adopcji. W imieniu swojego ośrodka zapraszam! I zachęcam do wejścia na stronę: www.adopcjaradom.pl.

Dzięki!

rozmawiał mw

Ps. Na koniec zdjęcie naszej rozmówczyni na tle Radomia! 😉