Pierwsze dni listopada są czasem nie tylko refleksji nad życiem, śmiercią i przemijaniem, ale także corocznej dyskusji nad tym, w jaki sposób tę refleksję należy przeżywać. Może jesteśmy zmęczeni kolejną już batalią fanów celebrowania Halloween i zwolenników tradycyjnego odwiedzania cmentarzy ze zniczem pod pachą i modlitwą na ustach. Natomiast nigdy dosyć przypominania, że pierwszy dzień listopada to uroczystość Wszystkich Świętych, a nie tak zwane święto zmarłych. Owszem, nieprzypadkowe jest bliskie sąsiedztwo w kalendarzu z dniem zadusznym, czyli wspomnieniem wszystkich wiernych zmarłych. W ten sposób liturgia podpowiada, że tajemnica świętości nie dotyka tylko znanych nam „świętych z obrazka”, ale także tych, których znaliśmy osobiście i którzy odeszli już na drugą stronę. Jeśli mamy nadzieję na to, że będą żyli wiecznie, to jednocześnie liczymy na to, że się w pełni uświęcą, staną się świętymi. To właśnie świętość jest pierwszoplanowym tematem, który Kościół stawia nam przed oczy z początkiem listopada. Śmierć jest dopiero uzupełnieniem, pewnym kontekstem do rozważań nad tym, czym jest świętość i kim są świeci. Cel naszego życia i przemijania to przecież osiąganie świętości, a nie samo umieranie.

Czym jest właściwie świętość i kim są święci? Nowy Testament znał bardzo prostą odpowiedź na to pytanie, nazywając świętymi wszystkich chrześcijan. Widać to zwłaszcza w listach Świętego Pawła, który bez krępacji zwraca się do członków swoich wspólnot jako do świętych (zob. Flp 1, 1). W następnych epokach historii Kościoła zatracono tę fundamentalną intuicję, w której wszyscy chrześcijanie to – przynajmniej potencjalnie – święci. Zaczęto wyznaczać szczególne jednostki, najpierw zwłaszcza męczenników, które można nazywać świętymi. Kolejnym krokiem było wprowadzenie oficjalnych procesów kanonizacyjnych, w ramach których do dzisiaj pieczołowicie rozpatruje się, czy daną osobę można nazywać świętą. Oczywiście ma to swoje ogromne znaczenie, bo wskazanie konkretnych osobowych wzorców jest bardzo pomocne na drodze duchowej. Jednak warto spróbować dziś wrócić także do odważnej, może nawet nieco niepokojącej, praktyki Świętego Pawła, który wszystkich wierzących nazywał świętymi. Potocznie ze świętością kojarzymy najczęściej moralną doskonałość. Uczniowie Pawła byli jednak od niej jeszcze dalecy. Koryntianie, którzy mieli potężne problemy z czystością seksualną, kłócili się wzajemnie i dzielili na różne frakcje w ramach swojej małej wspólnoty, również byli przez Apostoła uparcie nazywani świętymi. To cenna wskazówka – świętość nie jest skutkiem pełnej doskonałości etycznej, to raczej doskonałość jest dopiero owocem już wcześniej obecnej świętości. Czym wobec tego jest świętość, którą Nowy Testament przypisywał wszystkim chrześcijanom, a którą my chcielibyśmy zarezerwować tylko dla wielkich herosów wiary? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przypomnieć sobie słowa śpiewane przez nas w kierunku Boga w liturgicznym hymnie Gloria:[…] tylko Tyś jest święty!” Tak, liturgia potwierdza tu to, o czym mówi od początku Biblia – w ścisłym sensie tylko Bóg jest święty. Tylko On jest nie z tego świata, zupełnie inny niż wszystko to, co znamy. To takie jest pierwsze znaczenie świętości, którą często mylimy z jakąś niestrudzoną dobrotliwością. Ale na czym wobec tego polega świętość człowieka? Jak można nazwać kogoś świętym, skoro tylko Bóg jest święty?

Świętość należy do Boga, dlatego człowiek może stać się świętym tylko w jeden sposób – zanurzając się w Nim. Nie ma żadnej innej drogi, prowadzącej czy to przez nadzwyczajne doświadczenia, czy przez rozwój osobisty i samodoskonalenie. Święty jest człowiek, który stanowi jedno z Bogiem. Jest takim nawet wtedy, kiedy to zjednoczenie nie wydało w nim jeszcze pełni owoców w postaci dobrych czynów. Świętość zaczyna się od zjednoczenia. A zjednoczenie z Bogiem to także zjednoczenie z samym sobą i z drugim człowiekiem. Święty to człowiek w pełni zintegrowany. Rozbicie, które zafundował nam grzech, kończy się z nadejściem łaski. Choć nadal daje o sobie znać, to w samym rdzeniu naszego bycia stajemy się jedną, spójną całością. Rozum współpracuje z wolą, ciało z duchem, emocje z decyzjami. Jednoczymy się także z drugim człowiekiem, od którego nie oddziela nas już żaden mur wznoszony przez nasz egoizm. Najważniejsze jest jednak to, że święty człowiek reprezentuje Boga i pozwala Mu żyć w sobie. Nie ma żadnej swojej świętości, ma tylko świętość Boga – jedynego Świętego. Dlatego można powiedzieć, że świętość polega na przezroczystości. Święty nie buduje siebie, swojej pozycji, nie dba o wzmacnianie swojego ego i epatowanie sobą. Godzi się na to, by przebijało przez niego światło, które nie jest z niego. Być świętym to być przezroczystym tak, by Bóg mógł działać przez nas i objawiać swoją miłość światu. To taka świętość zaczęła się wraz z przyjęciem wiary i chrztu w uczniach Świętego Pawła, który nie bał się mówić, że choć wciąż jeszcze wiele w nich niedostatków, to już dzisiaj są świętymi, bo zgodzili się być przezroczystymi dla Boga. Taka także świętość szczególnie spełnia się w tych, których dziś nazywamy świętymi w Kościele. Siła oddziaływania takich postaci jak Jan Paweł II czy Matka Teresa nie polega przecież w pierwszej kolejności na ich osobistej doskonałości czy magnetycznej osobowości, ale właśnie na przezroczystości. Poświadczają to świadectwa ludzi poruszonych spotkaniem z nimi. Wspominają oni, że mieli wrażenie spotkania z Kimś większym, kto patrzył na nich poprzez oczy świętego. Świętość to przezroczystość.

Kiedy jak kiedy, ale w naszych czasach taka wizja świętości może wydawać się skazana na porażkę. Ludzi pociąga rozwój, dążenie do celu, nawet osiąganie doskonałości, ale to wszystko w ramach własnego ego, które ma zdobywać kolejne szczyty. Świętość natomiast jest zaproszeniem do wyrzeczenia się swojego ego, własnych sukcesów i samorealizacji. Jest zachętą do tego, by stać się przezroczystym i pozwolić samemu Bogu działać przez nasze życie. Tymczasem my wręcz kompulsywnie chcemy stać się widzialni i mocno zarysowani. Chcemy być tematem rozmów innych, chcemy wzbudzać zazdrość, chcemy być widziani na okładkach lub przynajmniej na profilach portali społecznościowych. Chcemy być w centrum uwagi, podczas gdy święci chcą stawiać tylko Boga w centrum uwagi. Dążymy do tego, by było nas jak najwięcej, podczas gdy nasze szczęście ukrywa się w byciu jak najmniej. Kto dzisiaj chciałby być przezroczysty?

Nic dziwnego, że świętość nie pasuje do naszego świata. Jak już wspomnieliśmy, jest ona nie z tego świata – takie jest właściwie jej pierwsze znaczenie. Świętość to inność posunięta do granic możliwości. Z definicji nie może pasować do znanego nam świata. Chciałoby się zapytać: Z jakiego zatem jest świata? To właśnie listopadowa uroczystość stawia nam przed oczy odpowiedź, która szczególnie dobitnie wybrzmiewa w prefacji: „Dzisiaj pozwalasz nam czcić Twoje święte miasto, niebieskie Jeruzalem, które jest naszą Matką”. Niebieskie Jeruzalem to świat w pełni przezroczysty, w którym nikt nie chce już budować siebie kosztem innych. Tam każdy godzi się na to, by żył w nim Bóg. Tam wszyscy są jedno, bo nie ma już żadnej podstawy do podziałów. Nie ma tam już sukcesów i porażek, bo nikt nie zamierza karmić swojego ego. I co ciekawe, nie ma tam już religii jako wyodrębnionej sfery życia. Autor Apokalipsy wyraża to jasno: […] świątyni w nim nie dojrzałem: bo jego świątynią jest Pan Bóg wszechmogący (Ap 21, 22). Nie trzeba już rozdzielać sfery sacrum od profanum, bo tutaj jest tylko sam Bóg. I wszyscy mieszkańcy tego miasta są świętymi, bo jedynie Święty Bóg jest wszystkim we wszystkich (1 Kor 15, 28).

mw