W poprzedniej części rozważań wielkopostnych pochylaliśmy się nad tajemnicą grzechu. Mówiliśmy o nim jako o sile niszczącej od środka życie człowieka. Pokazaliśmy tragiczną sytuację, w której się znajdujemy. Nadszedł czas by zastanowić się, jaki jest ratunek w tym opłakanym stanie. Trzecie prawo życia duchowego w ujęciu księdza Blachnickiego mówi jasno: Jezus Chrystus jest jedynym Bożym rozwiązaniem problemu grzechu i winy człowieka. Przez Niego możesz poznać Boga i doświadczyć Jego miłości. Co znaczy ta pozornie płaska, pobożna formułka? Na początku należałoby zwrócić uwagę na znaczące w tym wypadku słowo „jedynym”. Czy rzeczywiście nie ma innego ratunku? Tylko Jezus może rozwiązać ten problem?

Nie ukrywajmy, że od wieków próbujemy samodzielnie rozwiązać problem grzechu. Są na to różne sposoby, które łączy jeden wspólne mianownik. Wszystkie kończą się fiaskiem. Samozbawienie, którego próbujemy dokonać, ma różne drogi i trzeba pamiętać, że nie jest tylko domeną religii niechrześcijańskich, czy rewolucyjnych ruchów politycznych. Również wewnątrz Kościoła i wewnątrz serca człowieka ochrzczonego nierzadko pojawia się dążenie, by zbawić siebie samego swoim własnym wysiłkiem, jakimś nadzwyczajnym aktem, lub codziennymi trudami.

Jedną z prób samozbawienia jest asceza, oczywiście wtedy, gdy staje się centralnym elementem duchowego życia człowieka. Istnieje pokusa, by próbować zbawić siebie przez swoje wysiłki, wyrzeczenia, pracę nad sobą. Jednak to tylko błędne koło – skażeni grzechem także ascezę zanieczyszczamy swoim egoizmem. I tak nasze zmagania z samym sobą stają się tak naprawdę kolejnym sposobem na postawienie siebie w centrum świata. Napawamy się swoją siłą wewnętrzną, swoją samodyscypliną. Nie przynosi nam ona tym samym zbawienia, lecz przeciwnie, umacnia nas w naszym szalonym tańcu wokół własnego ego.

Inną drogą samozbawienia może stać się mistyka, wówczas, gdy stanowi drogę poszukiwania nadzwyczajnych duchowych doświadczeń. Zwłaszcza dziś popularne staje się otwieranie na mistyczne doznania, wizje, proroctwa i całe spektrum religijnych emocji, które one wywołują. W pewnym momencie może przestać być jasne, co rzeczywiście pochodzi od Bożego Ducha, a co jest naszym wytworem, projekcją naszych pragnień. Znów stawiamy siebie w centrum i wywyższamy się ze względu na swoją „mistyczną wyjątkowość”. Kogo szukamy: Boga czy siebie samych? Skażony grzechem pierworodnym człowiek nie jest w stanie wydobyć się z bagna, w którym tonie. Wciąż wpada w błędne koło – to, co miało go uwolnić i skierować w stronę Boga, staje się kolejnym narzędziem wszędobylskiego egoizmu. Tak jest ze wszystkimi drogami samozbawienia, jakie zna historia religii: legalizmem, w którym człowiek napawa się swoją nieskazitelnością, rytualizmem, w którym ludzie wyobrażają sobie, że są zbawieni przez same obrzędy, gnozą, gdy wiedza ma uwolnić człowieka, w rzeczywistości stając się kolejnym pretekstem do budowania przezeń poczucia własnej wartości.

Prawdziwe zbawienie przychodzi tylko od Jezusa. Nie z uczynków – powiada Paweł – aby się nikt nie chlubił (Ef 2, 9). I te uczynki trzeba rozumieć maksymalnie szeroko, zarówno jako moralność, jak i polityczną aktywność, zmienianie świata na lepsze, ale również rekolekcyjne doświadczenia i wysłuchane konferencje znanych kaznodziejów. Zbawienie przychodzi z zewnątrz, choć w innym znaczeniu jest też prawdą, że przychodzi jak najbardziej od wewnątrz. Zbawia nas Jezus, który porusza głębię naszego serca przez swojego Ducha. To ten jeden Zbawiciel zaczyna nowy stan, stwarza nowy początek, w który można wejść, i w którym można być wolnym od grzechu. Dopiero po wejściu w ten stan właściwie miejsce otrzymują uczynki, asceza, pobożność, czyny miłosierdzia, wysiłki intelektualne. Wiara bez uczynków jest martwa (Jk 2, 13), ale najpierw jest ona sama – wiara, rodząca się w spotkaniu ze Zbawicielem.

W Jezusie Chrystusie zbawienie staje się po prostu faktem. Nie jest tylko ogłoszonym orędziem, któremu można, lub nie, dać wiarę. On sam jest zbawieniem i zaczyna faktycznie nowy świat. W Nim nie ma żadnego rozdarcia, które znamy aż nadto z autopsji. Jest On w zgodzie z Bogiem, w zgodzie z drugim człowiekiem i w zgodzie z samym sobą. Po pierwsze liczy się dla Niego tylko Ojciec. Na Niego kieruje, do Niego odsyła, o Nim nieustannie z zapałem mówi. Sam nie szuka dla siebie żadnej chwały. Ten Wcielony Bóg to paradoksalnie pierwszy w historii ludzkości człowiek, który nie chciał być Bogiem! Jak bardzo wszyscy chcemy być bogami, pragniemy chwały i czci od wszystkich ludzi. A ten, który naprawdę jest Bogiem, pyta: Czemu nazywasz mnie dobrym? (Mk 10, 18). Życie Jezusa to faktyczne postawienie Boga w centrum, bezkompromisowo i aż po Krzyż, na którym wypił kielich niepojętej po ludzku woli aż do dna. To jest zbawienie.

Życie Jezusa nie ma w sobie żadnej niewiary. Mimo wszelkiech przeciwności i chwil mrocznej samotności, Jezus staje w obecności Boga, nigdy od tej obecności nie ucieka. Co więcej, właśnie tam, gdzie mrok jest największy, a rozum nie jest już w stanie nic pojąć, tam, gdzie przyjaciele nic nie rozumieją i nie są w stanie mu towarzyszyć, właśnie tam nazywa Boga Abba, swoim Tatusiem. Dalej, życie Jezusa nie ma w sobie żadnej pychy. Ten, który właśnie jako jedyny mógłby słusznie odbierać hołdy, uciekał, gdy chciano go obwołać królem. Gdy odchodził z tego świata, postanowił umyć swoim uczniom nogi, przywdziewając szatę niewolnika. Skoro nie miał w sobie pychy, nie miał i pożądliwości. Całym swoim życiem odrzucił diabelską pokusę, która mówiła: wszystkie królestwa tego świata będą twoje (por. Mt 4, 9). Jezus nie chciał mieć wszystkiego, wyrzekł się posiadania świata na własność. I – znowu paradoks – to dlatego po zmartwychwstaniu mógł powiedzieć: Dana jest mi wszelka władza na niebie i na ziemi (Mt 28, 18). Jeden ze średniowiecznych mistyków zwany Mistrzem Eckhartem pisał, że aby posiadać wszystko, trzeba najpierw radykalnie wyrzec się wszystkiego. To właśnie stało się w życiu Jezusa. I to jest zbawienie.

A jak przyjąć to zbawienie? O tym już wkrótce w ostanim odcinku naszych rozważań.

mw