W poprzednim rozważaniu dotknęliśmy kwestii Bożej miłości, a więc sprawy absolutnie fundamentalnej dla naszego życia. Powiedzieliśmy, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki, bo nie trzeba nic wielkiego, by być szczęśliwym – wystarczy mieć Boga za Ojca. A tak właśnie jest, jesteśmy stworzeni z miłości i otoczeni najwyższą Miłością. Dlaczego jednak nie czujemy się szczęśliwi? Dlaczego ciągle motamy się, szukając nie do końca wiadomo czego? Czemu wreszcie nie otwieramy się na miłość i sami nią nie żyjemy? Odpowiedzią chrześcijańskiego kerygmatu na te pytania jest prawda o grzechu. Faktycznym stanem człowieka jest trwanie w grzechu i to właśnie jest źródłem jego nieszczęścia. Ksiądz Blachnicki w swoim drugim prawie życia duchowego sformułował rzecz następująco: „Człowiek jest grzeszny i w konsekwencji oddzielony od Boga, dlatego też nie może poznać Boga, ani doświadczyć Jego miłości”. Czas Wielkiego Postu daje możliwość odkrywania na nowo miłości Boga, ale nierozdzielnie także przypomina o naszej grzeszności. To właśnie w tym okresie trzeba szczególnie wyraźnie przyswoić sobie prawdę o tym, że jesteśmy oddzieleni od Boga przez grzech. Jak śpiewał w jednej ze swoich piosenek Kazik Staszewski: „Niejeden z nas nie chce być grzesznikiem, a każdy jest grzesznikiem”.

Oddzielenie człowieka od Boga to właśnie grzech. Mówimy o rzeczywistości dotykającej samej głębi naszego jestestwa, rozbijającej w samym rdzeniu nasze człowieczeństwo. Mówimy o grzechu w liczbie pojedynczej, o tajemnicy wszelkiego zła moralnego. Nie chodzi wcale – choć takie myśli nieuchronnie pojawiają się w głowach, gdy usłyszymy słowo „grzech” – o pijaństwo, seks przedmałżeński, kradzież czy aborcję. To wszystko grzechy, ale będące jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Zajmijmy się ukrytą pod powierzchnią potężną bryłą lodu. Zapytajmy o grzech jako taki, o grzech będący siłą napędową naszych działań, z których wcale nie jesteśmy dumni.

Początkiem grzechu jest niewiara. I nie chodzi tu o początek tyle w sensie chronologicznym, co o podstawową zasadę, źródło całego mechanizmu. Grzech to najpierw niewiara w Bożą, miłującą obecność. Nie chodzi o brak jakichś przekonań religijnych czy o brak uczestnictwa w praktykach modlitewnych. Rzecz tkwi najpierw w odrzuceniu darowanej nam jedności z Bogiem. Grzech to niewiara, a więc zaprzeczenie temu, że Bóg jest Bogiem. Jest to detronizacja Boga z centrum naszego życia, naszej świadomości i aktywności. Pobożne deklaracje nie mają tu nic do rzeczy, powierzchowny, ateistyczny bunt także nie odgrywa tu specjalnej roli. Owszem, na poziomie zewnętrznym rozgrywa się pewien podział społeczny pomiędzy wierzącymi a uważającymi się za niewierzących. Ale my zejdźmy głębiej, na poziom faktycznego stanu serca człowieka. Czyż każdy z nas nie ma w sobie niewiary, a więc planu życia bez Boga? To właśnie pierwszy niejako etap grzechu – wyrwanie się człowieka z zakorzenienia w Bogu.

Kolejny element grzechu wynika wprost w pierwszego, jest jego naturalną konsekwencją. Skoro nie wierzymy Bogu i wyrzucamy Go z tronu naszego serca, musimy posadzić na tym miejscu kogoś innego. Dość oczywistym kandydatem jesteśmy my sami i tak oto stajemy się królami samych siebie. Wiara w Boga porządkuje świat i stawia właściwe proporcje, umieszczając Boga w centrum rzeczywistości. Odrzucając wiarę, stajemy się natomiast sami dla siebie centrum rzeczywistości, uważamy, że świat kręci się wokół nas. To właśnie pycha, ale nie w znaczeniu jednego z grzechów czy pewnej wady charakteru polegającej na wywyższaniu się i braku pokory. Idzie o coś bardziej fundamentalnego – o pychę obecną w grzechu jako takim, a tym samym będącą źródłem każdego pojedynczego grzesznego uczynku. Nie tylko pycha jest grzechem, ale grzech jest pychą. Grzech jest fundamentalną perwersją, radykalnym egocentryzmem. Gdy odrzucamy Boga, czynimy bogami samych siebie. Dziś można to nazwać na rozmaite sposoby: rozwój osobisty, realizowanie swoich pragnień, osiąganie sukcesów… Ale poprzestańmy na starej terminologii – pycha, grzech.

Trzecim etapem grzechu człowieka, wynikającym z dwóch poprzednich, jest pożądliwość. Skoro bowiem to nie Bóg jest Bogiem, lecz ja sam, to cały świat należy do mnie. Wszystko powinno być podporządkowane mnie samemu, a ja powinienem mieć wszystko w swoim posiadaniu. To nieopanowane dążenie do zdobycia wszystkiego na własność jest właśnie pożądliwością. Samo słowo kojarzy się najczęściej ze sferą seksualną i nie bez przyczyny – w tej dziedzinie życia pożądliwość jest szczególnie wyraziście spotykana. Druga osoba ma być moja i spełniać moje pragnienia – tak można by streścić istotę nieczystości. Ale nie tylko sprawy seksu stają się polem pożądliwości. Jedni chcą za wszelką cenę, i poświęcając wszystko, zdobywać możliwie jak najwięcej wiedzy. Można chyba mówić o jakiejś pożądliwości książkowej. Inni z kolei chcą dosłownie rządzić innymi, wydawać rozkazy i siać postrach. Czy wielu polityków znanych z historii i z czasów obecnych nie realizuje tyle służby społecznej, co właśnie własną pożądliwość, żądzę władzy? Inną drogą realizacji pożądliwości jest chciwość dóbr materialnych, tak bardzo dominująca we współczesnym świecie zachodnim. Chcę mieć coraz więcej, zarabiać coraz lepsze pieniądze, kupować najnowsze telefony. Oby zdobyć jak najwięcej środków, dóbr, samochodów, stanowisk, uznania, szacunku ludzi, sławy. Wszystko to dla mnie, bo jestem bogiem.

Ale tak naprawdę nie jestem. Jestem grzesznikiem. Jeśli nikogo w życiu nie zabiłem ani nie okradłem, to z pewnością kiedyś dawałem się ponieść gniewowi, a swoim bogactwem nie dzieliłem się z potrzebującymi. W świetle Ewangelii nie ma aż tak wielkiej różnicy pomiędzy mordercą a krzywdzicielem i pomiędzy złodziejem a egoistą. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Popełniam grzechy, bo mieszka we mnie grzech. Ten w liczbie pojedynczej, grzech jako moc psująca moje życie. Jest we mnie niewiara w Boga, z której wypływa pycha, rodząca z kolei owoc pożądliwości. To właśnie grzech tkwiący w głębi mojego serca, grzech, od którego wszystko co złe w moim życiu bierze swój początek. To ten grzech tradycyjna dogmatyka nazywa grzechem pierworodnym. Kto mnie wybawi z tej nędzy? O tym w kolejnej części naszych rozważań wielkopostnych.

mw