Wielki Post może być okazją do tego, by przypomnieć sobie sprawy absolutnie najważniejsze. Kwestie fundamentalne w przekazie wiary od najdawniejszych czasów nazywano w Kościele kerygmatem. Słowo to oznacza krzyk, wezwanie, z którym się nie polemizuje, lecz przyjmuje lub odrzuca. Chodzi o pewną pigułkę, zawierającą sedno przesłania Ewangelii. Jedną z form kerygmatu są tak zwane cztery prawa życia duchowego, które propagował założyciel Ruchu Światło-Życie, ks. Franciszek Blachnicki. Może warto wrócić do tych czterech punktów w czasie czterdziestodniowej duchowej walki?

Pierwsze prawo brzmi mniej więcej tak: Bóg Cię kocha i ma wobec Twojego życia wspaniały plan. I w tym momencie na pewno niejedna osoba szczerze się zaśmieje. Te słowa, zwłaszcza gdy rozmijają się kompletnie z naszym aktualnym stanem duchowym, z naszym doświadczeniem i przekonaniami, wydają się skrajnie trywialne. W pewnych sytuacjach życiowych mogą brzmieć w ludzkich uszach strasznie banalnie, mogą nawet wydawać się kpiną. Wiara w to, że Bóg mnie kocha i troszczy się o moje życie, zakrawa chyba o naiwność. I nie ma co się gorszyć temu, że wiele osób takie stwierdzenie radykalnie odrzuca. Nie ma się co także gorszyć, że my sami odczuwamy jakiś dziwny dystans wobec przeczytanych właśnie słów. Ale co, jeśli to jest po prostu prawda?

Chyba tym, co może odrzucać od przyjęcia tej prawdy, są skojarzenia, którymi jesteśmy obarczeni. Przeróżne przychodzą nam do głowy rzeczy, gdy myślimy o Bogu albo o miłości. I może stąd zdanie „Bóg Cię kocha” brzmi tak żałośnie. Może się wydawać jakąś czczą fantazją, bo dlaczego wielki Bóg miałby interesować się małymi ludźmi? To tak, jakby człowiek troszczył się o pojedyncze mrówki, znał je po imieniu i kochał każdą tak, jakby była najważniejsza na świecie. Brzmi niedorzecznie, a przecież kontrast w przypadku relacji bosko-ludzkich jest jeszcze większy. Ale może ta analogia nie jest tak dobra, jaką się wydaje? Oczywiście Bóg jest wielki, nieskończenie większy od nas, ale może… to jest inna wielkość niż wielkość dystansu? Może to wielkość miłości, która nie wie, czym jest dystans?

Innym powodem, dla którego trudno jest ludziom potraktować poważnie przekaz o miłości Boga jest stan faktyczny naszego życia. Jest to stan, z którego – nie ukrywajmy – nie jesteśmy wcale zadowoleni. Stało się dużo złych rzeczy, wiele jest powodów do narzekania. Pomijając nawet nasze wyimaginowane trudności, samych realnych jest bardzo wiele. Naprawdę mamy powody, żeby uznać, że nie wszystko układa się dobrze. I gdzie jest ten kochający Bóg? Czemu pozwala na zło, czemu nie ratuje? Chyba każda próba wybronienia Boga z takich oskarżeń skazana jest na porażkę. Takie pseudo-wyjaśnienia nigdy nie satysfakcjonują człowieka, a Bogu wcale chwały nie przydają. Może lepiej powiedzieć sobie wprost – dzieje się źle, bo nie ma Boga, który by nie dopuścił do nas zła. Takiego Boga po prostu nie ma. Miłość, jeśli jest, na pewno nie jest zabezpieczeniem przed cierpieniem, gwarantem, że wszystko się uda. Nie ma Boga, który sprawi, że nigdy nie zachorujemy. Nie istnieje Bóg, który zagwarantuje nam udane pod każdym względem małżeństwo, dobrą pracę oraz pełne zrozumienia i przyjaźni relacje z ludźmi. Gdy wszystko się sypie, to po prostu się sypie. Bóg nie zapobiega temu, co tak bardzo nas dotyka. Może by się chciało, żeby nie pozwolił na utratę majątku, rozbicie rodziny, złamane serce. Ale nie ma takiego Boga, powiedzmy sobie jasno. Bądźmy dorośli – nie ma Boga, który w ostatniej chwili nas uratuje przed niebezpieczeństwem, zawodem i cierpieniem.

A jednak to prawda, że Bóg jest i Cię kocha. Może jeszcze nie wiemy dobrze, co znaczą te słowa, co to za Bóg i co to znaczy kochać. Ale to fakt, jesteśmy kochani, czyli stworzeni. Nie byłoby nas, gdybyśmy nie byli kochani. Ta miłość nie uratowała nas przed tym, co się nam przydarzyło, ale była w tym razem z nami. Nie ocaliła od bólu, ale ocaliła w nim. Pomogła przetrwać i pomaga każdego dnia. Ma dla nas plan, który nie jest odgórnie przygotowanym dekretem, wyrokiem najwyższej instancji, ale obietnicą, że nieodwołalnie przemieni nas w siebie. Jest z nami zjednoczona, nie patrzy z góry niebiańskiego tronu. Zstępuje do nas i mieszka dokładnie w nas samych. Gdyby nie była z nami, natychmiast przestalibyśmy istnieć. Ale skoro ją mamy, nie potrzebujemy niczego innego. Niczego. Tu i teraz, w tym momencie możemy być szczęśliwi. Dlaczego nie jesteśmy? O tym w kolejnym odcinku wielkopostnego cyklu.

mw