Kiedy jak kiedy, ale w 2018 roku nie możemy przejść obojętnie obok uroczystości Świętego Wojciecha, głównego patrona Polski. W jubileuszowym roku 100-lecia odzyskania niepodległości więcej niż zwykle myślimy o naszym kraju, a co za tym idzie, myślimy także o Kościele w Polsce. Nasza Ojczyzna jest od samych swoich początków związana z chrześcijaństwem, a jej dzieje to jednocześnie (choć oczywiście nie tylko) losy Kościoła katolickiego na jej terenach. I oto wspominamy jednego z wielkich świętych, który od samego początku był dla Polaków bardzo ważny i na którego świadectwie niejako budował się Kościół w naszym kraju. Wspominamy go uroczyście, a więc w najwyższej możliwej formie liturgicznej. To nie byle gratka, to naprawdę ważny dzień, kiedy warto zapytać o samego Świętego Wojciecha, ale także o to, czego my sami po tysiącu lat możemy się nauczyć dzięki tej postaci.

Życie Wojciecha od początku naznaczone było trudem i znojem, nie miało w sobie nic z sielanki ani triumfu nad przeciwnościami. Święty pochodził z możnego czeskiego rodu, być może nawet spokrewnionego z rodem królewskim, ale jego karierę z góry przekreślił zły stan zdrowia. Jego ojciec marzył, że Wojciech zostanie wspaniałym rycerzem, ale z uwagi na chorowitość synka rodzice zawierzyli go Bogu, ślubując, że gdy wyzdrowieje, wstąpi do stanu duchownego. Tak też się stało. Nie było tu jeszcze żadnej świadomej decyzji przyszłego męczennika, a raczej – jak to bywało w średniowieczu – arbitralna decyzja rodziców. Być może młody chłopak śnił o lśniącej zbroi, rączym rumaku i pięknej damie, którą mógłby czcić i zdobywać. Nic z tego nie wyszło, bo z racji problemów zdrowotnych Wojciech zamiast na zamku znalazł się w szkole katedralnej i zamiast uczyć się walki mieczem, przygotowywał się do przyjęcia święceń kapłańskich pod okiem metropolity Adalberta. To mogła być pierwsza, ale na pewno nie ostatnia z porażek, które znamionowały życie patrona Polski.

Gdy Wojciech przyjął kościelny stopień subdiakona, jego mistrz arcybiskup Adalbert odszedł z ziemskiego padołu. Młody duchowny musiał sobie zatem szukać nowego miejsca, a opuszczając Magdeburg zabrał ze sobą tylko jedną rzecz – nowe imię, pod którym do dziś znany jest w wielu krajach Europy. Chodzi o imię Adalbert, które nosił jego nauczyciel. Może i to przejęcie cudzego imienia wyraża jakieś poszukiwanie swojej tożsamości, a może tęsknotę po zmarłym mistrzu… W każdym razie Wojciech wkrótce osiadł w Pradze, gdzie przyjął pozostałe stopnie święceń i został księdzem. Jednak i tutaj nastąpił szybki zwrot akcji, który nie pozwolił na długo zadomowić się Wojciechowi w roli prezbitera. Otóż zmarł zasiadający na praskiej katedrze biskup Dymatr, a na jego następcę wyznaczono właśnie naszego patrona. Wojciech został tym samym pierwszym biskupem czeskim o rzeczywiście czeskim pochodzeniu. Tak szybki awans kościelny to niewątpliwie wielki sukces, ale już za chwilę okazało się, że biskupstwo Wojciecha to jedna wielka porażka. Od samego początku było wiadomo, że młody, gorliwy duchowny nie pasuje do światka politycznych i kościelnych możnowładców. Do swej biskupiej stolicy Wojciech wmaszerował na boso, bo całe „zbywające” mu mienie rozdawał ubogim. Po objęciu kościelnej władzy biskup nie „patyczkował się” ani z podległymi mu duchownymi, ani z władcami świeckimi, którzy przywykli do manipulowania Kościołem i używania go jako pionka w swojej grze. Wojciech uporczywie chciał wprowadzić ducha ewangelicznego braterstwa w szeregi księży, gdy tymczasem stan kleru nie przedstawiał się najlepiej. Jak notuje jeden z kronikarzy, łamanie celibatu było czymś jawnym, natomiast świeccy wielmoże uprawiali nawet poligamię. Tego rodzaju hipokryzja i moralne zepsucie spotkały się z ostrym sprzeciwem Świętego Wojciecha. Jak zareagował praski lud na surowe upomnienia swojego pasterza? Całkowicie je zlekceważył. Wszystkie haniebne procedery trwały dalej, a zrozpaczony Wojciech postanowił opuścić swoją stolicę.

Święty dezerter udał się do Rzymu, gdzie papież Jan XV wyrozumiale pozwolił mu odpocząć od praskich trudów, choć wciąż nominalnie utrzymał go na stolicy. Czas urlopu Wojciech postanowił wykorzystać na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, na którą udał się wraz ze swoim bratem Radzimem. Pielgrzymowanie to okazało się owocne w dość niespodziewany sposób – dwaj pątnicy powrócili do Rzymu z zamiarem wstąpienia do zakonu benedyktynów. Fascynację życiem monastycznym zaszczepił w nich w Palestynie Święty Nil, słynny wówczas asceta i mnich wschodniego Kościoła. Wojciech złożył więc zakonne śluby w Rzymie i przez kilka lat z gorliwością pełnił mnisze obowiązki. Wydawało się, że teraz już odnalazł pewną stabilizację i swoje miejsce w Kościele, gdzie mógłby się realizować, ale ten dobrostan nie trwał zbyt długo. Mieszkańcy Pragi upomnieli się o swojego dawnego biskupa i wymogli na papieżu, by ten odesłał im Wojciecha. Późniejszy Święty wrócił więc do czeskiej stolicy, ale tym razem lepiej przygotowany. Pełen wewnętrznego zapału, ale i zewnętrznego zaplecza w postaci swoich braci z klasztoru, których zabrał ze sobą, zaczął na nowo z zapałem głosić Ewangelię i prowadzić Kościół w Pradze. Wydawało się, że teraz po prostu nie może się nie udać… A jednak się nie udało.

Bardzo szybko wywiązał się kolejny spór pomiędzy prażanami a biskupem Wojciechem. Tym razem była to historia krwawa i drastyczna. Otóż biskup udzielił schronienia pewnej szlachetnie urodzonej kobiecie, którą pochwycono na cudzołóstwie. Liczył na to, że w ten sposób uchroni ją przed zemstą ze strony męża. Niestety, siepacze najęci przez zazdrośnika złamali prawo azylu i weszli do klasztoru, gdzie zamordowali wiarołomną niewiastę. Święty Wojciech zareagował rzuceniem klątwy na oprawców, którym, delikatnie mówiąc, bardzo się to nie spodobało. Zemścili się na rodzinie niewygodnego biskupa, „wyżynając w pień” jego braci i równając z ziemią ich rodzinny gród. Nietrudno się domyśleć, co zrobił zrozpaczony i lękający się także o własne życie Wojciech – uciekł ponownie do Rzymu.

Wokół osoby świętego biskupa wywiązał się wielki spór ogarniający sfery kościelne, polityczne i narodowe. Synod nakazał Wojciechowi wracać do powierzonej mu diecezji, z kolei mieszkańcy Pragi odgrażali się, że nie chcą widzieć tego burzyciela porządku społecznego. Ostatecznie biskup uzyskał zgodę na to, by udać się do Polski celem wyruszenia stamtąd na misje. A więc ten ksiądz, biskup i mnich postanowił tym razem spróbować sił jako misjonarz, chcąc nawracać pogańskie Prusy. Misja z roku 997 nie trwała jednak zbyt długo. Porażka, jaką poniósł Wojciech, była tym razem ostateczna i naprawdę druzgocąca. Po wejściu na tereny pruskie, zanim biskup i jego towarzysze w ogóle zaczęli cokolwiek głosić, zostali napadnięci przez tubylców. Kierowani przez pogańskiego kapłana Prusowie zamordowali Świętego Wojciecha przebijając jego ciało dzidami.

Tak skończyła się historia człowieka, którego można chyba nazwać Chodzącą Porażką. Nie miał żadnych sukcesów duszpasterskich, nie udało mu się skłonić ludzi do nawrócenia. Nie gromadził tłumów na rekolekcjach, nie czynił cudów. Jego wierni dwukrotnie zmuszali go do ucieczki z biskupiej stolicy i ostatecznie grozili mu śmiercią. Gdy miał zostać rycerzem, rodzice posłali go na księdza, gdy został mnichem, wkrótce papież kazał mu opuścić klasztor. Nigdzie nic nie osiągnął, a ostatecznym zwieńczeniem jego życia była śmierć na misjach, gdzie nie tylko nie nawrócił Prusów, ale zginął szybciej, niż zdążył powiedzieć choćby jedno słowo o Jezusie Chrystusie.

W Kościele w Polsce czytamy tego dnia następujące słowa Ewangelii według Świętego Jana: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity (12, 24). Można by puścić te Jezusowe słowa mimo uszu, gdyby nie historia Świętego Wojciecha, która potwierdza ich prawdę w sposób nad wyraz dobitny. Po swojej męczeńskiej śmierci, po ludzku bezsensownej, pochodzący z Czech Wojciech stał się dla Polaków symbolem niestrudzonej wiary w Pana Jezusa. Cześć oddawana jego szczątkom i opowieść o jego męczeństwie stały się fundamentem i spoiwem rodzącego się w Polsce Kościoła. Brat Wojciecha i świadek jego śmierci, Błogosławiony Radzim Gaudenty, został pierwszym arcybiskupem Gniezna. Na świadectwie Wojciecha budowało się zatem chrześcijaństwo w Polsce. Dziś Święty jest patronem kraju i wciąż pozostaje dla polskich chrześcijan punktem odniesienia. Jakże obfity plon przyniosło życie tego człowieka, który zgoła nic innego nie robił, jak tylko obumierał!

Może i Twoje życie jest pasmem porażek i od początku do końca przypomina tylko umieranie. Może nie widzisz żadnego sensu swoich działań i nie masz żadnych wymiernych owoców swojego zaangażowania. Być może Twoja historia to historia klęski i nic nie wskazuje, by się to miało zmienić. I faktycznie możliwe, że nigdy w czasie ziemskiego życia nie zobaczysz owoców swojego codziennego trudu. Ale opowieść o Świętym Wojciechu mówi coś niezwykłego – twoja porażka jeszcze okaże się wielkim zwycięstwem, a rzucane pozornie bez sensu ziarna przyniosą przeobfity plon, o jakim nawet nie śnisz.

mw