W jubileuszowym roku 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości warto przyjrzeć się patronom naszego kraju. Choć wielu z nich żyło w naprawdę zamierzchłych czasach, można się niemało z ich postawy nauczyć. Święty Wojciech, o którym niedawno pisaliśmy, jest tego przykładem. Dziś natomiast w liturgii uroczyście czcimy Świętego Stanisława, również biskupa i męczennika, żyjącego mniej więcej 100 lat po Wojciechu. Kolejny etap dziejów naszej Ojczyzny i kolejny święty człowiek, którego postawa wciąż pozostaje aktualna.

Niewiele wiemy w zasadzie o życiu Stanisława ze Szczepanowa. Znamy miejsce jego pochodzenia i szacunkową datę narodzin – 1030 rok. Młody Stanisław pobierał nauki u benedyktynów w Tyńcu, a także poza granicami kraju. Szybko został wyświęcony na duchownego i mianowany kanonikiem katedralnym w Krakowie. Po śmierci biskupa Lamberta księdza Stanisława wybrano na nowego biskupa grodu nad Wisłą. Z racji polityczno-kościelnych uwarunkowań i sporów musiały upłynąć aż dwa lata od nominacji, by Stanisław otrzymał mitrę i pastorał. O samych biskupich rządach Świętego nie wiemy zbyt dużo, poza tym, że był gorliwym pasterzem zatroskanym o Kościół zarówno w wymiarze duchowym, jak i materialnym. Tereny diecezji poszerzył o wioskę Piotrawin, znajdującą się na prawym brzegu Wisły. Wspominamy o tym, bo dziś wioska ta znajduje się, podobnie jak siedziba naszego Wydawnictwa, na terenie archidiecezji lubelskiej, stanowiąc lokalne sanktuarium Świętego Stanisława.

Podobnie jak w przypadku historii Świętego Wojciecha, tak i tutaj kluczowe znaczenie mają jednak nie jakieś osiągnięcia pasterza, lecz jego męczeńska śmierć i jej konkretne okoliczności. Męczeństwo Świętego Stanisława było wydarzeniem wręcz symbolicznym i formowało przez długie wieki narodowy etos Polaków. Znaczenie ideowe tego zgonu było tak duże, że jeszcze w okresie PRL marksistowscy historycy dokładali gorących starań, by korzystnie dla systemu zinterpretować postać biskupa. Co takiego niezwykłego było w męczeństwie Świętego Stanisława?

Choćby to, że nie został zamordowany przez pogan, tylko… przez polskiego króla. Za śmierć biskupa odpowiada Bolesław Śmiały, który zresztą, według przekazów historycznych, zabił go osobiście. Co musiało się wydarzyć, by chrześcijański król z wściekłością zarąbał jednego z najważniejszych hierarchów kościelnych w trakcie odprawiania przez niego Mszy Świętej?

Najstarsze źródła mówią o tym dość oględnie. O losach Stanisława wspomina Gall Anonim, który pisze, że: „nie powinien pomazaniec [Bolesław Śmiały – przyp. autora] na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. Tym bowiem sobie wiele zaszkodził, że do grzechu grzech dodał; że za bunt skazał biskupa na obcięcie członków. Ani więc biskupa-buntownika nie uniewinniamy, ani króla mszczącego się tak szpetnie nie zalecamy”. Zdaniem kronikarza król skazał biskupa na obcięcie członków w ramach zemsty za jakiś bunt czy zdradę. Gall nie chce powiedzieć, co właściwie Stanisław uczynił, mówi tylko, że było to rzeczywiście karygodne. Zarówno biskup, jak i król zgrzeszyli – Stanisław swoim buntem przeciwko królowi, zaś Bolesław gwałtowną zemstą. „Wyważona” wypowiedź Anonima ma, zdaniem współczesnych historyków, bardzo prozaiczną genezę. Dworski kronikarz, będący na utrzymaniu bratanka Bolesława Śmiałego, nie mógł przesadnie obwinić króla na kartach swojej kroniki. Szczerość i rzetelność w opisie tej historii przypłaciłby co najmniej posadą. Układy, koniunkturalizm, propaganda, stronniczość – to wszystko wynalazki o wiele starsze niż nowożytne dziennikarstwo.

Żeby zatem poznać dokładniej historię Stanisława i Bolesława, paradoksalnie lepiej zajrzeć do tekstu późniejszego, ale bardziej wiarygodnego. Chodzi o kronikę Wincentego Kadłubka, który jako krakowski biskup naturalnie trzyma stronę Stanisława, nie fabrykując jednak faktów. Dodatkowo obecność Wincentego na biskupiej stolicy w Krakowie dawała mu dostęp do pierwotnych źródeł, nam dziś nieznanych, a z pewnością dokładnie opisujących XI-wieczny zatarg króla z biskupem krakowskim. Kadłubek tak zaczyna swoją narrację: „Bolesław był prawie zawsze w kraju nieobecny, gdyż nieustannie brał udział w zbrojnych wyprawach”. Król jawi się jako dążący do nieustannych podbojów i organizujący coraz to nowsze wyprawy wojenne. Wojna ma zaś to do siebie, że potrzebuje żołnierzy. Stąd Bolesław nieustannie mobilizował poddanych mężczyzn do boju, nie pozwalając im zakosztować na dłużej zwykłego, rodzinnego życia. Zdaniem kronikarza odbiło się to tragicznie na życiu rodzinnym i społecznym w Polsce. Osamotniałe kobiety nie zawsze wyczekiwały z cierpliwością swoich mężów, lecz niejednokrotnie wchodziły w bliskie stosunki z innymi mężczyznami… Sami zaś rycerze gorąco protestowali i błagali króla, by pozwolił im w końcu wrócić do domu. Na nic się to jednak zdało, bo Bolesław żądny był kolejnych zwycięstw i podbojów. Niektórzy z rycerzy dezerterowali i sami próbowali ratować swoje rodziny. Król mścił się na nich, dokonując masowych mordów. Wyłania się więc obraz nędzy i rozpaczy – łamane śluby, niszczone rodziny, niekończące się wojny i moralny rozkład całego społeczeństwa. Nikt nie miał odwagi postawić się i królowi i jasno powiedzieć, że tak dalej być nie może. Nikt… poza biskupem z Krakowa, Stanisławem. Tylko on wstawił się za niesprawiedliwie traktowanymi rycerzami i stanął w obronie świętości małżeństwa. Tylko on miał odwagę upomnieć króla, a gdy to nie pomogło, rzucić na niego klątwę. Wiedział, jakie mogą być konsekwencje tego aktu, ale i tak postanowił opowiedzieć się po stronie ciemiężonych i po stronie prawdy. Konsekwencje przyszły bardzo szybko. Gdy Stanisław odprawiał Mszę Świętą na Skałce w Krakowie, do kościoła wszedł król Bolesław i śmiertelnym ciosem uderzył go w głowę. Następnie kazał odciąć mu wszystkie członki i poćwiartować jego ciało.

Według późniejszej legendy szczątki biskupa miały się cudownie zrosnąć, co symbolizowało nadchodzące zjednoczenie podzielonego w rozbiciu dzielnicowym królestwa polskiego. Sam Stanisław rychło zaczął być czczony jako święty męczennik, a jego postać, podobnie jak żyjącego wcześniej Wojciecha, stała się symboliczna dla Kościoła w Polsce. Król Bolesław nie mógł już odzyskać sympatii ani nawet zaufania ludu po swojej zbrodni i musiał uciekać z Polski. Poprzez zamordowanie biskupa na zawsze niechlubnie wpisał się w dzieje naszego państwa. Stanisław zaś jest dziś jednym z głównych patronów Polski, a także archidiecezji gdańskiej, gnieźnieńskiej, krakowskiej, poznańskiej i warszawskiej, lubelskiej, diecezji płockiej, sandomierskiej i tarnowskiej. Ale co jego losy i postawa mają wspólnego z naszą wiarą dzisiaj i z Kościołem w Polsce w XXI wieku?

Pierwsza rzecz to kwestia nierozerwalności małżeństwa. Święty Stanisław stanął bardzo konkretnie w obronie małżeństwa, nie bacząc ani na wolę władcy, ani na konsekwencje, których sam miał doświadczyć. Sprzeciwił się królowi, który chciał karać rycerzy wracających do swoich żon. Sprzeciwiał się również karaniu samych żon, które okazały się wiarołomne. Miał wyrozumiałość dla grzeszników, ale i stał na twardym gruncie niepodważalnych zasad. Wiedział, że Kościół zbudowany jest w ogromnej większości z małżeństw i że w dużej mierze to od dobra rodziny zależy jego przyszłość. Trzeba też powiedzieć, że według litery prawa rzeczywiście rycerze nie powinni samowolnie opuszczać króla, jednak zdaniem Stanisława ważniejsza niż prawo była miłość tych ludzi do ich żon! Wiara w moc i znaczenie sakramentu małżeństwa oraz wynikająca z niej radykalna postawa to niewątpliwy przykład dla nas dziś. Czasy dla małżeństwa są co najmniej równie trudne jak czasy Bolesława Szczodrego. Dziś to już nie król trzyma mężów na przydługiej wojnie, ale może szef przetrzymuje ich w pracy? Może i dziś są sytuacje, kiedy trzeba powiedzieć: dosyć, są sprawy ważne, ale ważniejsza jest rodzina, małżeństwo?

Druga kwestia to zaangażowanie w sprawy społeczne. Święty Stanisław nie bał się wychodzić z kruchty i angażować się w dziedzinie publicznej. Nie bał się zarzutu, że „miesza się w politykę”. Oczywiście nie chodzi o to, by księża politykowali, ale każdy z nas – ochrzczonych – może i powinien jasno wypowiadać się w sprawach życia społecznego. Wypowiadać się, nie bacząc na konsekwencje, w zgodzie z własnym sumieniem uformowanym Ewangelią.

Jest jeszcze jedna sprawa. Stanisława można uważać za patrona nonkonformistów. Warto pamiętać, że w średniowieczu nierzadko biskupów wybierali świeccy możnowładcy. Tak było i tutaj – to Bolesław wybrał Stanisława na biskupa Krakowa. Stanisław występował więc przeciwko królowi, z którego nominacji został mianowany. To był „człowiek króla”, a wywinął mu taki numer! Wielką trzeba mieć odwagę, by wyjść ponad wszelkie układy i koneksje, by powiedzieć „nie” nawet ludziom, którym się wiele zawdzięcza. Postawić się szefowi, nie bacząc na to, czy zwolni z pracy. Zbuntować się przeciwko komuś, kto jest wyżej w pewnym systemie. Gall Anonim miał w pewnym sensie rację, że Stanisław podjął karygodny bunt. Rzeczywiście, według ludzkiej logiki jest czymś karygodnym wystąpić przeciwko komuś, z kim jesteśmy „w układzie”, kto „wstawił nas na stołek”. Kto to dziś zrobi, może spodziewać się, co prawda, nie dosłownego zarąbania ostrym narzędziem w głowę, ale na pewno końca swojej kariery. Święty Stanisław o to nie dbał i dlatego dziś ze wzruszeniem oddajemy mu cześć. „Raduj się, matko Polsko” – śpiewamy od wieków w brewiarzowym hymnie na 8 maja. Bo z takich ludzi, którzy ponad wszelkie układy, a nawet ponad własne życie cenili prawdę, pozostaje nam się tylko radować. I próbować ich naśladować.

mw