Jeśli prawdą jest tradycyjna maksyma lex orandi, lex credendi, a więc zasady modlitwy odpowiadają zasadom wiary, to wpatrując się w kalendarz liturgiczny, możemy zobaczyć, co jest szczególnie istotne dla Kościoła i jego doktryny. Idąc tym tropem, trzeba zwrócić uwagę na bardzo ważną postać Jana Chrzciciela, którego w odróżnieniu od innych świętych wspominamy w ciągu roku dwukrotnie – zarówno w dniu narodzin, jak i w dniu męczeńskiej śmierci. Koniec sierpnia przynosi nam to drugie wspomnienie, przypominając historię, którą każdy z nas zna od dziecka. Jakże barwna jest narracja o uwięzionym przez Heroda Janie, którego bohaterska postawa doprowadziła ostatecznie do literalnej utraty głowy. W opowieści ewangelisty Mateusza przyczyną męczeństwa Świętego Jana jest jego jednoznaczne obstawanie za nierozerwalnością małżeństwa. Nie chodzi oczywiście o jakieś jedynie abstrakcyjne nauczanie na ten temat, ale o krytykę wymierzoną w samego Heroda Antypasa, który związał się z żoną swego brata Filipa. Wydawałoby się, że nikt nie miałby odwagi zwrócić uwagi samemu królowi i pouczać go w kwestiach moralnych. Nie było to jednak problemem dla Jana – szaleńca, proroka żyjącego na pustyni i żywiącego się miodem i szarańczą. Wiadomo, że nikt nie lubi wytykania mu błędów, toteż Herod wtrącił Jana do więzienia, a Herodiada zadbała o to, by żywot buntownika zakończył się spektakularnym zgonem. Znamy tę historię – o ile sam Herod mimo wszystko chciał utrzymywać proroka przy życiu, a nawet chętnie go słuchał, o tyle Herodiada wykorzystała sprytnie okoliczność tańca swojej córki, by wymusić na swoim konkubencie ostateczne rozwiązanie kwestii Jana Chrzciciela.

Warto nie poprzestawać na płaszczyźnie zwykłego moralizatorstwa w odbiorze historii tego męczeństwa. Ot, upomniał króla w jego niemoralnym zachowaniu i przypłacił za to życiem. Ale kim był właściwie Jan Chrzciciel, jaka jest jego rola w historii zbawienia? Wszyscy wiemy, że Jan przygotowywał drogę Chrystusowi, był ostatnim akordem Starego i ostatnią zapowiedzią Nowego Przymierza. Wiemy też z Ewangelii, że Jan był niejako ucieleśnieniem powracającego na ziemię Eliasza, legendarnego proroka Starego Testamentu. Żydzi wierzyli, że przed nadejściem dnia Jahwe do Izraela powróci Eliasz, by przygotować lud wybrany na czasy ostateczne. Otwórzmy późno napisaną, krótką prorocką Księgę Malachiasza. Kończy ona nasz kanon Starego Testamentu, a więc gdy przewrócimy kartkę, trafimy już na początek Ewangelii Mateusza! Można to uznać za nieprzypadkową zbieżność. Oto Stary Testament kończy się zapowiedzią powrotu Eliasza:

Oto Ja poślę wam proroka Eliasza przed nadejściem dnia Pańskiego, dnia wielkiego i strasznego. I skłoni on serca ojców ku synom, a serca synów ku ich ojcom, abym nie przyszedł i nie poraził ziemi klątwą (Ml 3, 23–24).

Te zdania dosłownie kończą nasz Stary Testament, podprowadzając nas pod osobę i rolę Jana Chrzciciela. Ale nie tylko w tym względzie Malachiasz przygotowuje Nowe Przymierze. W jego krótkiej księdze znajdziemy także inny fragment, również związany z tematem naszych rozważań.

Strzeżcie się więc w duchu waszym: wobec żony młodości twojej nie postępuj zdradliwie! Jeśli ktoś, nienawidząc, oddalił żonę swoje – mówi Pan, Bóg Izraela – wtedy stał się winny gwałtu (Ml 2, 15–16).

Malachiasz jako pierwszy i ostatni w Starym Testamencie staje w obronie bezwarunkowej nierozerwalności małżeństwa. Wobec rozwiązań prawa Mojżeszowego jest to głos odważny i niezwykle radykalny. Prorok jednak nie przedstawia tego zagadnienia w kluczu prawnym czy nawet moralnym. Małżeństwo jest nierozerwalne, ponieważ jest znakiem miłości Boga do Izraela. Na takie rozumienie naprowadza nas szerszy kontekst wypowiedzi Malachiasza:

Niewierny okazał się Juda, obrzydliwość zdarzyła się w Izraelu i w Jerozolimie. Oto zbezcześcił Juda świętość Pańską, którą On ukochał, a wziął sobie za żonę córkę cudzego boga (Ml 2, 11).

Cudzołóstwo jest symbolem zdrady jedynej i wyłącznej miłości Bożej, a małżeństwo znakiem tej właśnie miłości. To miłość oblubieńcza między Bogiem a Jego ludem staje się podstawą rozumienia małżeństwa jako obrazu tej miłości. Małżeństwo jest więc dlatego nierozerwalne, że stanowi znak prorocki, objawiający światu miłość samego Boga, która jest absolutnie nieodwołalna. To tutaj zaczyna się i kiełkuje rozumienie małżeństwa jako sakramentu, czyli widzialnego znaku miłości Bożej. To na tym tropie wytyczonym przez Malachiasza trzeba odczytywać radykalne słowa Jezusa o małżeństwie, ale także wystąpienie Jana Chrzciciela.

Jan nie walczy o małżeństwo dlatego, że jest moralnym purystą, który dba o drobiazgowe przestrzeganie zasad przez innych. Chrzciciel nie ma nic z obrażonego na świat dewota, który postanawia ścigać ludzi uchybiających zasadom etycznym, tym bardziej, że wciąż obowiązywało prawo Tory, pozwalające na oddalanie żon. Jan występuje zupełnie z innego poziomu. Jest on prorokiem i broni prorockiego znaku. Małżeństwa nie wolno rozerwać, ale nie tyle dlatego, że jest to krzywdzące dla osób porzuconych czy zdradzonych. Choć brzmi to może brutalnie, w nierozerwalności małżeństwa chodzi w pierwszej kolejności nie o człowieka, ale o Boga. To Jego miłość jest najważniejsza i to ona wybrała na swój znak miłość mężczyzny i kobiety. Tak jak nieodwołalna jest miłosna więź Boga z człowiekiem, tak nieodwołalne jest symbolizujące ją małżeństwo. I w ten sposób umierający dziś Jan Chrzciciel umiera nie tyle za porządek moralny, co za samą ideę nowego i wiecznego przymierza Boga z ludźmi. Znakiem tego przymierza jest małżeństwo, które Kościół w ciągu wieków rozeznał jako jeden z siedmiu znaków miłości Chrystusa.

Jan Chrzciciel staje dziś także na straży nowego stworzenia, odnowienia wszelkiej rzeczywistości. Tak, Mojżesz pozwolił się rozwodzić i wchodzić w nowe związki, ale – jak powie potem Jezus – na początku tak nie było. W Bożym zamyśle relacja małżeńska ma być wyłączna i nieodwołalna, tak by stanowić najbliższy człowiekowi i dotykający go znak miłości Stwórcy. Dlatego Jan, widzący już wschodzące Słońce nowego stworzenia, ma odwagę powiedzieć Herodowi: Nie wolno ci mieć jej za żonę. Nie wolno brać ci żony twojego brata, bo taka relacja, o którą chodzi w małżeństwie, może być tylko jedna. Może przydarzyć się raz jeden, gdy Bóg łączy dwoje ludzi na znak swojego złączenia z Kościołem, swoją oblubienicą.

O tym wszystkim trzeba pamiętać, gdy dziś kościelne nauczanie o małżeństwie jest szeroko dyskutowane na całym świecie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz Kościoła. Odrąbana głowa Jana Chrzciciela nie powinna pozwalać nam spać spokojnie. Prawda o małżeństwie i jego nierozerwalności to nie kwestia batalii o wysokie wymagania moralne czy o jak najlepiej funkcjonujący porządek prawny i społeczny. Jan umarł za znak Nowego Przymierza Boga z ludźmi. Czy wierzymy w to, że Bóg łączy ludzi tak, że człowiek nie może ich rozerwać? Czy uznajemy, że oblubieńcza więź kobiety i mężczyzny ma za zadanie objawiać światu Boga? A może raczej poprzestajemy w sprawach matrymonialnych na poziomie rozważań nad emocjonalnie rozumianym szczęściem? Problem w tym, że sprawy małżeńskie już dawno przestaliśmy kojarzyć z miłością, zamiast tego rozpatrując je na płaszczyźnie czysto doczesnej. Od średniowiecznych małżeństw aranżowanych wcale nie dzieli nas aż tak wiele – wciąż funkcjonuje na przykład presja rodziców, którzy dzieci chcą „dobrze ożenić”. Jan Chrzciciel pyta dziś: Czy macie odwagę się temu przeciwstawić? Może czas na nowo rozpalić w sobie dawno utraconą i wyśmianą przez świat wiarę w to, że w relacji kobiety i mężczyzny chodzi nie o pieniądze, zaspokojenie emocjonalne, seks czy nawet wychowanie dzieci, ale właśnie o miłość. Prawdziwie ludzką miłość, która w swojej całkowitości nie zna odwrotu, a ostatecznie o miłość samego Boga do każdego z nas, której to miłości nikt i nic nie może rozerwać. Nierozerwalność małżeństwa to nie rygorystyczne prawo, tylko dobra nowina o tym, że można być kochanym całkowicie i bez odwołania.

mw

fot. z wystawy „Katedra ormiańska we Lwowie i jej twórcy”, przedstawia fresk z katedry