O tym, czy lepiej chrzcić dzieci czy dorosłych, jaki jest związek chrztu z tajemnicą zmartwychwstania Chrystusa i czy bycie rodzicem chrzestnym to przywilej czy obowiązek, rozmawiamy z ojcem Stanisławem Nowakiem, dominikaninem z lubelskiego klasztoru przy ulicy Złotej, duszpasterzem akademickim i rekolekcjonistą. Ojciec w swoim nauczaniu nieustannie podkreśla fundamentalne znaczenie chrztu dla tożsamości chrześcijanina.

Nie ma chyba lepszego czasu na rozmowę o chrzcie niż okres paschalny. Ale co by Ojciec powiedział, gdyby ktoś przyszedł i zapytał: „Co ma wspólnego zmartwychwstanie Jezusa z tym, że ksiądz oblał mnie wodą, gdy byłem niemowlęciem”?

Śmierć i zmartwychwstanie Jezusa jest konkretnym punktem w historii świata, który miał miejsce dwa tysiące lat temu. Trzeba sobie postawić pytanie: Jaki jest mój osobisty związek z tym wydarzeniem? Jaki jest wpływ zmartwychwstania Chrystusa na moje życie? Czy Pascha Jezusa może owocować w moim życiu w roku 2018? Żeby to było możliwe, potrzebna jest jakaś styczność mojej historii z historią Jezusa. Ta styczność ma na imię chrzest. Jest on moim zanurzeniem w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. Dokładnie tak mówi o tym Biblia, w której słowo baptisma, oznaczające chrzest, dosłownie znaczy zanurzenie. Oczywiście zanurzenie w niczym innym, jak tylko w Passze Pana.

W Biblii widzimy, że tego zanurzenia dostępują ludzie, którzy przyjęli Dobrą Nowinę i świadomie zdecydowali się na wejście w misterium paschalne Chrystusa. My dziś chrzcimy najczęściej nieświadome niczego niemowlęta. Dlaczego?

Trzeba zaznaczyć, że od samego początku w Kościele chrzczeni byli zarówno dorośli, jak i dzieci. W Dziejach Apostolskich czytamy, że chrzest przyjmowały całe rodziny. Tradycja jest więc od początku równoległa. Dziś także chrzcimy przecież i dzieci, i dorosłych. Pytanie oczywiście jest takie: Czy nie lepiej byłoby udzielać chrztu tylko świadomym dorosłym ludziom? Czasem osobiście zadaję sobie to pytanie, czy wolałbym być ochrzczony dopiero jako dorosły, czy dobrze, że zostałem ochrzczony jako dziecko. Odpowiedź, jaka pojawia się w moim sercu, jest jednoznaczna. Jestem ogromnie wdzięczny za dar chrztu, jaki przyjąłem w niemowlęctwie. Co roku, 6 listopada, obchodzę rocznicę mojego chrztu i dziękuję rodzicom, że pozwolili mi tak szybko przyjąć ten sakrament. Z jakiego powodu uważam to za ważne? Z bardzo prostego – gdybym przyjął chrzest dopiero jako dorosły, miałbym osiemnaście lat w plecy! Tymczasem mając osiemnastkę już wstąpiłem do zakonu.

Natomiast faktem jest, że chrzest dziecka jest uwarunkowany wiarą rodziców. A co, jeśli przynoszą dziecko do chrztu ludzie niewierzący? Ma Ojciec jakieś dylematy z tym związane?

To bardzo proste. Jeśli ci ludzie mają jakąkolwiek wiarę, to dziecko należy ochrzcić. Jeśli ewidentnie nie są wierzący, to nie wolno ochrzcić. Dziecko jest chrzczone w wierze rodziców. Gdy jej nie ma, nie powinno być mowy o chrzcie, nie pozwala na to prawo kanoniczne, chyba że istnieje wyraźna nadzieja, że ktoś inny, na przykład chrzestni lub dziadkowie, wychowają dziecko w wierze. Warto pamiętać, że chrzest nie dotyczy tylko tego dziecka, ale od samego początku dotyka także rodzciów i chrzestnych. To tak ważne wydarzenie, że aż cztery osoby są odpowiedzialne za wprowadzenie tego oto człowieka do wiary chrześcijańskiej. To ogromna i konkretna odpowiedzialność, której nie ma nawet ksiądz.

Ludzie chrzczeni w pierwszych wiekach przechodzili najpierw długi i poważny proces przygotowawczy, czyli katechumenat. My chrzcimy głównie małe dzieci. Co z katechumenatem? Czy powinniśmy troszczyć się o to, by cała formacja pochrzcielna miała charakter odkrywania misterium chrztu? Tak widzieli to inicjatorzy posoborowych ruchów odnowy, na przykład Kiko Argüello czy ksiądz Franciszek Blachnicki.

Cały ryt chrztu dziecka po Soborze Watykańskim II jest skróconym odpowiednikiem chrztu osoby dorosłej. To chrzest dorosłego pozostaje punktem wyjścia. Dotyczy to także katechumenatu, który wciąż musi funkcjonować, choć w większości wypadków jako pochrzcielny. Nie ma w Kościele innej formacji niż ta służąca odkrywaniu tożsamości chrzcielnej. Bez chrztu w ogóle nie wiemy, kim jesteśmy. To sprawa absolutnie fundamentalna, dlatego wszystkie sakramenty i całe chrześcijaństwo są kontynuacją i pogłębianiem doświadczenia chrztu. Niczym innym w Kościele się właściwie nie zajmujemy.

A po co są rodzice chrzestni? W wypadku nawróconej osoby dorosłej będą to duchowi przewodnicy, ale w przypadku chrztu dziecka za wzrost jego wiary odpowiadają przecież rodzice. W pierwszych wiekach chrzestni pełnili funkcję realnych duchowych kierowników dla katechumenów. A teraz, gdy to rodzice pełnią tę rolę, po co jeszcze chrzestni?

Po prostu do tego zadania jest potrzebne więcej osób niż sami rodzice. Często chrzestnych myli się ze świadkami na ślubie. Ci drudzy przecież wcale nie muszą być wierzący, to tylko urzędowi świadkowie pewnego wydarzenia. Tymczasem bycie matką czy ojcem chrzestnym to całożyciowa misja, dlatego Kościół sprawdza, czy kandydaci do tej roli naprawdę się do tego nadają. To bardzo poważna sprawa, nie wiążą się z nią żadne specjalne przywileje, ale konkretne obowiązki. Nieprzypadkowo też chrzestni to kobieta i mężczyzna, a więc ojciec i matka. W ten sposób Kościół pokazuje, że wtajemniczanie w wiarę to coś rodzicielskiego. Z drugiej strony praktyka wyznaczania rodziców chrzestnych to także po prostu budowanie Kościoła dla tego dziecka. Chrzestni to najbliższa duchowa rodzina, to Kościół pierwszego kontaktu. Kościół jest relacją i potrzeba w nim konkretnych relacji. Potencjalnie te cztery osoby, rodzice i chrzestni, mogą zdziałać naprawdę wielkie cuda w życiu młodego chrześcijanina. Pytanie jest tylko jedno – czy chcą to robić.

To trochę górnolotne i odległe od faktycznej praktyki. Ja na przykład jestem ojcem chrzestnym dziecka, które mieszka na drugim krańcu Polski. Co konkretnie mam w tym momencie zrobić dla jego formacji?

Przede wszystkim się nawróć. Bo jeśli od razu mówisz, że to dziecko mieszka daleko, to oznacza, że się usprawiedliwiasz ze swojej bierności. Skoro jesteśmy w stanie brać urlop i wyjeżdżać za granicę na wakacje, to chyba jesteśmy też w stanie zadbać o kontakt z chrześniakiem mieszkającym w innej części kraju. Raczej bym to polecał, bo Pan Bóg nie będzie cię pytał, na ilu byłeś rekolekcjach w ciągu roku, tylko dlaczego opuściłeś swoje dziecko chrzestne. Mówię to zupełnie serio, jestem o tym przekonany. To trochę tak jak z Triduum Paschalnym. Są to najważniejsze dni w roku, największe rekolekcje. Od tego, jak przeżyjemy Triduum, zależy wszystko inne w roku liturgicznym. Powinienem tak przeżyć te szczególne dni, by potem przez cały rok na każdej Mszy pamiętać o tamtym doświadczeniu. Tymczasem co my robimy? Weźmiemy urlop na wszystko inne, tylko nie na Triduum Paschalne. A jeśli nawet mamy wolne, to pewnie zaczniemy trzepać dywany, sprzątać, robić obóz pracy w kuchni i szykować się do święconki. Tymczasem w chrześcijaństwie jest wszystko, czego nam potrzeba. Trzeba tylko to podjąć. Twoje bycie chrzestnym jest twoją drogą do Boga, to twoje główne powołanie. To naprawdę arcyważne. Dlatego kiedy pytasz, co robić, odpowiedź może być tylko właśnie taka: nawrócić się. W trakcie celebracji zostałeś dwukrotnie zapytany, czy jesteś świadomy ciążących na tobie obowiązków rodzica chrzestnego. Powiedziałeś, że tak, więc teraz już za późno – nie czas na wymówki. Bardzo ważne jest także, żeby pamiętać datę chrztu i celebrować jego rocznice. Jeśli rodzice i chrzestni nie pokażą dziecku, że jego chrzest był czymś ogromnie ważnym, to kto to zrobi?

Sam dopiero w pełnoletniości poznałem datę swojego chrztu.

No właśnie. Nie lubię wzbudzać w ludziach wyrzutów sumienia, że są słabymi chrzestnymi, że nie przykładają wagi do najważniejszych spraw i tak dalej. Po prostu uważam, że wiek XXI to czas odkrycia wielkiej mocy i znaczenia chrztu świętego. Mówię o tym wszędzie, gdzie jestem, na konferencjach, kazaniach i rekolekcjach. Mam zasadę, że na każdych rekolekcjach o tym wspominam. Coraz więcej mówią o tym biskupi, często wraca do tego papież Franciszek.

Po co zostaliśmy ochrzczeni? Dawniej rozumiano cel chrztu dość indywidualistycznie – ochrzczony by być zbawionym. Teraz już nie podkreśla się tak mocno konieczności chrztu do zbawienia. Może to czas, by odkryć, że nasz chrzest jest też źródłem pewnej misji, że mamy nie tyle sami być zbawieni, co razem z Jezusem zbawiać świat?

Nie, absolutnie nie. Po pierwsze zasada konieczności chrztu do zbawienia nadal obowiązuje, nikt jej nie odwołał. Chrzest nie jest opcjonalny, ale konieczny do zbawienia.

Tak, ale nie rozumie się tego dziś tak literalnie jak kiedyś. Nie odmawiamy możliwości zbawienia ludziom, którzy nie z własnej winy nie przyjęli chrztu.

Owszem, ale nie zmienia to faktu, że chrzest jest przede wszystkim dla naszego zbawienia, jest do niego konieczny. Po drugie my w żaden sposób nie zbawiamy świata. Wiem, że śpiewa się w pobożnych piosenkach: „Chodź ze mną zbawiać świat…”.

Jasne, to skrót myślowy. Chodziło mi o to, że chrzest to nie tylko przyjęcie jakiegoś daru, ale też podjęcie misji. Ochrzczony wchodzi w misję.

Ale żeby było jasne – nie mamy żadnej misji, w której by nie uczestniczył Bóg. Powiem więcej: nie dostajemy żadnej misji, w którą by najpierw nie wszedł Jezus. To Pan Jezus jest w centrum naszej wiary, jak na to wskazuje sama nazwa chrześcijaństwo. To niby oczywiste, ale widać często, że wcale takim nie jest. Na przykład ludzie opowiadają o spowiedzi, że „przyszli się pojednać z Bogiem”. Jak to słyszę, to myślę: O, kolejny „heretyk” [śmiech]. Nie mamy możliwości pojednać się z Bogiem! Dlatego właśnie przychodzimy do Jezusa, który jako jedyny pojednał nas z Ojcem. Podobnie nie przychodzimy na Mszę Świętą po to, by się modlić.

…tylko po to, żeby wejść w modlitwę Jezusa.

Tak, żeby się włączyć w tę jedyną modlitwę. Tylko Jezus umie się modlić, tylko On umie prawdziwie kochać. I to On nas w tę rzeczywistość wprowadza. Nie modlimy się sami, nie kochamy sami. Tu trzeba wprowadzić wątek Ducha Świętego. Otrzymujemy Ducha Jezusa Chrystusa, Jego naśladowanie jest możliwe tylko w tym Duchu. W bliskości z Duchem możemy działać cuda. A pamiętajmy, że jesteśmy w większej bliskości z Duchem Bożym, niż byli Apostołowie przed zmartwychwstaniem. Pascha Jezusa pociąga za sobą zesłanie Ducha Świętego, to bardzo ważne. We chrzcie zostaliśmy cali zanurzeni w Chrystusie, każdy moment i element naszego życia, także grzechy, zostały w Nim zanurzone. Każda chwila mojego życia została dotknięta śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa Chrystusa. Co to znaczy? Że w każdym momencie Bóg mówi: to, co się dzieje w twoim życiu, jest bardzo ważne. Tak ważne, że za to, co się teraz w twoim życiu dzieje, Jezus, mój jedyny Syn, oddał życie. W tym momencie, tu i teraz, otrzymujesz Ducha Świętego przez styczność z Paschą Chrystusa. I co ty na to? Ja bym się pod tym kątem zastanowił, co będę robił w weekend… Chrzest zmienia postać rzeczy, bo sprawia, że wszystko, co się dzieje, jest znacznie istotniejsze, niż mi się wydaje.

Dzięki za rozmowę.

Rozmawiał mw