W kontekście pięćdziesiątej rocznicy publikacji encykliki Pawła VI Humanae vitae rozmawiamy z doktorem Maciejem Barczentewiczem, lekarzem ginekologiem, ojcem jedenaściorga dzieci, pionierem naprotechnologii w Polsce i założycielem Przychodni Specjalistycznej „Macierzyństwo i Życie” w Lublinie. Pytamy o antykoncepcję, naturalne planowanie rodziny, odpowiedzialne rodzicielstwo i współczesne przemiany społeczne w postrzeganiu seksualności i płodności.


Mija pięćdziesiąt lat od publikacji głośnej encykliki Humanae vitae Pawła VI. Jaki jest stan jej recepcji wśród katolickich małżonków? Dziesiątki osób przewija się przez Pański gabinet ginekologiczny – jaka jest u przeciętnego człowieka świadomość negatywnej oceny moralnej antykoncepcji przez nauczanie Kościoła?

Moi pacjenci to nie są przeciętni ludzie, więc trudno mi powiedzieć, jaki jest stan wiedzy przeciętnego człowieka (śmiech). Osoby przychodzące do tej przychodni to raczej wyselekcjonowana grupa. Pacjencji znają specyfikę naszej pracy, wiedzą, co my tutaj robimy. Dlatego przychodzą tu ludzie mocno świadomi tego, że trzymamy się nauczania Kościoła katolickiego. Faktycznie, podstawowym dokumentem jest dla nas encyklika Humanae vitae. Po pięćdziesięciu latach od jej publikacji widać, że była ona dokumentem profetycznym. Przepowiedziała to, co się dzieje dzisiaj w świecie zachodnim. Znaczenie dokumentu Pawła VI jest obecnie właściwie jeszcze większe niż pół wieku temu. Nasiliły się negatywne zjawiska związane przede wszystkim z rozdzielaniem dwóch aspektów aktu małżeńskiego, a więc budowania jedności i miłości oraz wymiaru prokreacyjnego. Dzisiejszy świat stara się za wszelką cenę te dwa wymiary rozdzielać. A więc po pierwsze antykoncepcja, a także idąca za nią kontrola urodzeń. Chodzi o uniknięcie niechcianych konsekwencji aktu seksualnego. Natomiast z drugiej strony tam, gdzie pojawia się problem z poczęciem w sposób naturalny, proponuje się zapłodnienie poza kontekstem aktu seksualnego, a więc in vitro. Nawiązując do Księgi Rodzaju, powiedziałbym, że człowiek bardzo mocno chce dziś dotykać drzewa życia. Chce manipulować ludzkim życiem u samych jego początków. To bardzo niepokojący znak naszych czasów. Wszystko to z wyprzedzeniem zapowiedziała encyklika Humanae vitae. Tłumaczy ona jasno, dlaczego takich działań nie wolno podejmować.

Kontekstem ukazania się tego dokumentu było między innymi wynalezienie i upowszechnienie antykoncepcji hormonalnej. Dziś wielu ginekologów uważa tak zwaną pigułkę za standard, wręcz ją propaguje. A co Pan myśli, na razie po prostu jako lekarz, na temat tabletek antykoncepcyjnych i ich wpływu na zdrowie kobiety?

Po pierwsze, w moim głębokim przekonaniu stosowanie tabletki antykoncepcyjnej nie jest działaniem leczniczym. To nie jest lek, bo niczego nie leczy – płodność nie jest przecież chorobą. Likwidowanie płodności nie jest leczeniem, ale wręcz przeciwnie, wprowadzaniem zaburzenia w normalnym funkcjonowaniu organizmu kobiety. Myślę, że czasem kobiety same lepiej to rozumieją niż ginekolodzy. Lekarzom wdrukowała się taka mentalność, że człowiek ma sterować swoją płodnością. To ma być coś na zasadzie „włącz-wyłącz”, zupełnie jak elektryczność. Tym ludziom wydaje się, że człowiek ma prawo, a nawet obowiązek, tak właśnie traktować swoją rozrodczość. W tle są tu koncepcje zrównoważonego rozwoju, które odcisnęły wyraźne piętno na świadomości społecznej. Ginekolodzy są natomiast tacy, jakie jest społeczeństwo. A może nawet są niekiedy bardziej skrzywieni w tym zakresie. Przeciętny ginekolog, jak słyszę od pacjentek, które chodziły wcześniej do innych gabinetów, uważa za rzecz oczywistą, że kobieta ma sama decydować, przy użyciu tabletki czy wkładki, o tym, kiedy jest płodna, a kiedy nie. Dodatkowo dochodzi myślenie tego rodzaju, że urodzenie dwójki dzieci to już wypełnienie z nadwyżką wszelkiego planu życiowego. To kolejny problem – społeczeństwo traktuje dziś dzieci jako przeszkodę w realizacji swoich celów i dążeń. W związku z tym posiadanie większej liczby potomstwa uchodzi, także w środowisku ginekologów, za rodzaj jakiejś fanaberii, jeśli nie patologii.

Słyszy się także, że ginekologów zadziwia na przykład zachowanie przez młodą dziewczynę dziewictwa przed zamążpójściem.

Powtórzę jeszcze raz – do mnie akurat przychodzą zasadniczo ludzie kierujący się w życiu zasadami moralnymi inspirowanymi nauczaniem Kościoła katolickiego. Nie mam za bardzo styczności z ludźmi „z ulicy”. Rodzaj pacjentów jest tutaj bardzo specyficzny. Natomiast muszę powiedzieć, że także kiedy pracowałem w „normalnej” przychodni, nie miałem jakichś bardzo negatywnych doświadczeń ani z lekarzami, ani z pacjentami. Wcale nie jest aż tak źle z tą sferą, jak to nagłaśniają media. Zawsze miałem wrażenie, że te wszystkie statystyki dotyczące inicjacji seksualnej czy stosowania antykoncepcji nie tyle odzwierciedlały rzeczywistość, co miały za zadanie ją kształtować. Z tego może właśnie wynikać przekonanie, że dziewczyna zachowująca dziewictwo do ślubu jest jakąś zacofaną osobą nieprzystającą do normalnego społeczeństwa. Tymczasem głęboko naturalne dla człowieka są te zachowania, które respektują czystość, dziewictwo, wartość sakramentalną małżeństwa… Człowiek potrzebuje miłości na wyłączność, bezpieczeństwa, odpowiedzialności. To są najgłębsze jego pragnienia, nie zaś osiągnięcie jakiejś doraźnej przyjemności w duchu współczesnej hiperseksualizacji. Wszyscy jesteśmy bardzo delikatni w tej sferze życia i potem musimy ponosić konsekwencje wszelkich zachowań, nazwijmy to, nieoptymalnych.

Wśród krytyków Humanae vitae, a także wśród przeciętnych osób zastanawiających się nad tym aspektem nauczania Kościoła pojawia się często pytanie: Czym właściwie różni się antykoncepcja od naturalnego planowania rodziny, skoro w tym drugim przypadku też można odłożyć poczęcie? Już sam Paweł VI porusza to zagadnienie, ale proszę to wyjaśnić własnymi słowami.

Uważam, że jest problem już z samą zbitką słowną „naturalne planowanie rodziny”. Bardzo mocno podkreśla to pani dr Wanda Półtawska. Otóż nie ma czegoś takiego jak naturalne planowanie rodziny, człowiek nie ma planować rodziny. Ma rozeznawać plan Boga wobec swojego życia, a to co innego. Podobnie ukazuje to Paweł VI w swojej encyklice. Rodzice mają być współpracownikami Pana Boga, odczytując Jego wolę. Jest zresztą o tym mowa w liturgicznej formule sakramentu małżeństwa. Kapłan pyta narzeczonych zbliżających się do ołtarza: Czy jesteście gotowi przyjąć potomstwo, którym was Bóg obdarzy? Chodzi więc o Boży plan, a nie o nasz pomysł, że chcemy mieć chłopca albo dziewczynkę, lub na przykład konkretnie czwórkę dzieci. To w ogóle nie leży w kompetencjach człowieka, żeby takie rzeczy odgórnie zaplanować. W kompetencjach małżeństwa leży natomiast to, by odczytać, jaka jest wola Boża. Tą wolą Bożą może być wielodzietność. I w normalnych warunkach, jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu, w każdej rodzinie rodziło się od dziesięcioro do piętnaścioro dzieci. Nie wszystkie przeżywały, ale liczba oscylowała właśnie wokół takiej. Zauważmy, że taka jest naturalna płodność kobiety od dojrzałości do menopauzy. Czymś naturalnym jest, że kobieta może urodzić wiele dzieci. Dzisiejszy świat poszedł w zupełnie innym kierunku. Nastąpiła po prostu pewna zmiana cywilizacyjna, kulturowa. Dzieci przestały być naturalnym dążeniem oraz zabezpieczeniem bytu rodziny, bytu starszego pokolenia. To też ważny aspekt – dzieci miały być zabezpieczeniem człowieka na starość! Dziś tę funkcję ma pełnić emerytura, co jest oczywiście wielkim oszustwem. Wszystkie wielkie systemy emerytalne są dziś na skraju bankructwa, także w Polsce. Ale to nie odwraca zasadniczej zmiany cywilizacyjnej. Człowiek chce dziś osiągać wiele różnych celów, ale akurat nie taki, żeby mieć liczne potomstwo.

Paweł VI i Państwo tutaj w przychodni zachęcacie więc, żeby nie tyle planować rodzinę, co rozeznawać Bożą wolę i otwierać się na życie.

Tak, kluczowe jest tu jeszcze jedno pojęcie z samej encykliki – odpowiedzialne rodzicielstwo. Paweł VI pisze o nim w dziesiątym punkcie dokumentu. I znowu na pierwszy plan wysuwa przyjęcie licznego potomstwa. To jest pierwsza droga odpowiedzialnego rodzicielstwa. Jeżeli dla szczególnych powodów nie jest to możliwe, to można na jakiś czas, lub nawet na czas nieokreślony, odłożyć kolejne poczęcie. Taka jest kolejność, natomiast dzisiaj to kompletnie odwróciliśmy. W oczach tego świata liczna rodzina to dowód właśnie na nieodpowiedzialność. Natomiast nawet w aspekcie gospodarczym widać, że rację ma Humanae vitae. Jesteśmy dziś w kryzysie demograficznym, który ma negatywne skutki także dla ekonomii. Z tego punktu widzenia odpowiedzialnym byłoby właśnie rodzić więcej dzieci.

Prokreacja ma więc wymiar także patriotyczny?

Paweł VI mówi, że rodzice mają być w płodności odpowiedzialni nie tylko wobec Boga, ale także wobec społeczeństwa. Mają być również odpowiedzialni wobec samego potomstwa. Co można wspanialszego dać dzieciom niż możliwość wychowywania się wśród rodzeństwa? Takiego środowiska wzrostu nie można porównać z żadnymi dobrami materialnymi, które możemy dać dzieciom. Krótko mówiąc – uważam, że dzisiejszy świat jest postawiony na głowie. Stoimy na drugim krańcu tego, jakie są wobec człowieka i rodziny Boże plany. Myślę, że współczesne przemiany są dla społeczeństwa po prostu katastrofalne. Europa szuka dziś pomocy w sprowadzaniu imigrantów na miejsce tych dzieci, które się nie urodziły. Nazwijmy to po imieniu, chodzi po prostu o sprowadzenie robotników najemnych, którzy będą pracować na nasze emerytury. Ale jakie to będzie miało konsekwencje? Możemy się tylko domyślać.

Wszystko to, o czym mówimy, ma też swoją bardziej prozaiczną, biologiczną stronę. Chodzi mi o znaczenie wiedzy na temat płodności, zwłaszcza znajomości cyklu kobiety. Dlaczego to jest takie ważne?

Wszyscy chcą być zdrowi, piękni i szczęśliwi. Nie ma nic dziwnego w tym, że zależy nam na zdrowiu. Jeśli chodzi o zdrowie kobiety, ogromne znaczenie dla możliwości diagnostycznych i leczniczych ma to, czy pacjentka zna swój organizm i go obserwuje. Jako lekarz widzę ogromną różnicę pomiędzy kobietami, które mają świadomość swojego cyklu i tymi, które jej nie mają. Oprócz tego aspektu zdrowotnego znajomość cyklu ma też znaczenie dla odpowiedzialnego rodzicielstwa. W Humanae vitae papież podkreśla, że powinniśmy dziś doceniać wiedzę na temat płodności jako pewną zdobycz cywilizacyjną. Jeszcze niedawno ludzkość takiej wiedzy nie posiadała. Pojawia się natomiast niebezpieczeństwo hiperpoprawności w stosowaniu tych metod. Jedna z pacjentek kiedyś powiedziała mi: „Szkoda, że się tak dobrze nauczyłam kiedyś tych metod planowania rodziny. Urodziłam tylko trójkę dzieci, a gdybym nie miała tej wiedzy, to może urodziłabym więcej”. No właśnie, dobrze jest to wszystko wiedzieć, ale z drugiej strony możemy z tej wiedzy źle skorzystać w procesie rozeznawania planu Bożego.

Mówi się często o możliwości popadnięcia w mentalność antykoncepcyjną w stosowaniu metod naturalnego planowania rodziny…

Dokładnie. Pismo Święte w Księdze Kapłańskiej mówi wyraźnie, kiedy współżycie nie jest zalecane. Chodzi o okres krwawienia i siedem dni po nim. Wtedy – mówi Biblia – kobieta pozostaje nieczysta. Potem kobietę można, mówiąc ciągle językiem biblijnym, dotknąć. „Potem”, czyli w czasie największej płodności. Zresztą także fizjologicznie wszystko w tym okresie płodnym – poziom estradiolu i inne rzeczy, łącznie z feromonami i receptorami węchowymi – sprzyja w tym czasie zjednoczeniu cielesnemu małżonków. Tymczasem skrupulatny NPR-owiec będzie omijał ten okres i jeśli chce mieć na przykład dwójkę dzieci, to być może tylko dwa razy w życiu będzie współżył w okresie płodnym. To może doprowadzić do jakiejś obsesji na punkcie omijania okresu płodnego, a nawet do nerwic na tle seksualnym. Diabeł jest o wiele bardziej inteligenty od nas i może nam wmawiać, że jest dobrym to, co wcale takie dobre nie jest. W okresie płodnym nie tylko fizjologia popycha nas do współżycia, ale może Boży plan? Warto to rozeznawać.

Z tymi nerwicami to mnie Pan zaskoczył. Wielu nauczycieli NPR i samych doświadczonych małżonków mówi coś dokładnie odwrotnego – że czasowa wstrzemięźliwość jest ubogacająca, że pozwala mocniej odkrywać duchowy wymiar relacji.

Zgoda, ale ja mówię o bardzo konkretnej rzeczy. W okresie płodnym wszystko sprzyja współżyciu seksualnemu. Jeśli przez wiele lat będzie się unikało aktów seksualnych właśnie w tym czasie, może się to skończyć nie najlepiej.

Dobrze. Wiedza na temat płodności cały czas się rozwija i jej współcześnie najdorodniejszym owocem jest tak zwany Model Creightona. Proszę coś o nim powiedzieć.

Jest to opisany w latach siedemdziesiątych sposób prowadzenia obserwacji płodności kobiety. W praktyce w Stanach Zjednoczonych służy najczęściej jako sposób unikania poczęcia. W Polsce i w Europie z kolei częściej używa się go jako czegoś, co ma pomóc uzyskać poczęcie. Zasadniczo jest to bardzo dobry, wystandaryzowany model. Z punktu widzenia medycyny stanowi znakomite narzędzie, które mi osobiście bardzo pomaga w pracy. Powtórzę jednak, że jest tu pewne ryzyko. Paradoksalnie ten model może okazać się zbyt skuteczny. Jeśli uzupełnia się go o sprawdzenie poziomu progesteronu w trzecim dniu po tak zwanym dniu PEAK, to może wręcz dawać stuprocentową pewność w unikaniu poczęcia. Ta skuteczność może skłonić do zamknięcia się na wolę Bożą i wejścia na drogę mentalności antykoncepcyjnej. Natomiast jest też druga, bardzo pozytywna strona medalu. Sporo małżeństw ma dziś problem z uzyskaniem poczęcia. Model Creightona pomaga w tym przypadku w diagnostyce i leczeniu.

Wróćmy na koniec raz jeszcze do encykliki Pawła VI. Humanae vitae to dokument od samego początku bardzo mocno kontestowany, także przez hierarchów i teologów. Dziś wciąż budzi różne skrajne emocje. Jak dziś rozpropagować zawarte w nim nauczanie? Potrzeba większej odwagi księży na ambonie i w konfesjonale, a może przede wszystkim świadectwa małżonków?

Ostatnio gdzieś przeczytałem czy usłyszałem, że rodziny wielodzietne są billboardem, który pokazuje obraz prawdy. Osobiście nie wierzę w żadne specjalne akcje duszpasterskie czy informacyjne. Nie pokładam ufności w jakichś nowych programach duszpasterstwa rodzin czy w masowych akcjach. Żadne działania typu instytucjonalnego nie przekładają się na życie. Pan Bóg przewidział swój Kościół nie jako rzeczywistość masową, tylko jako sól, światło i zaczyn. Wystarczy więc, by było choć trochę osób, które swoim postępowaniem i swoim życiem dadzą światło innym, pokażą, jaka jest prawda. Trzeba pokazać ludziom jak się uratować, mówiąc znów językiem Biblii, z tego przewrotnego pokolenia. Nie lubię modeli biurokratycznych, które wkradają się niestety także do Kościoła. To mi wygląda na naśladowanie metod państwowych, gdzie jest program, przeznaczone na niego środki i zamierzony cel do osiągnięcia. Ja nie dlatego mam dzisiaj jedenaścioro dzieci, że ktoś mnie przekonał akcją informacyjną, tylko dlatego, że Pan Bóg wszedł w moje życie i konkretnie w nim zadziałał, wbrew moim osobistym planom. Liczą się fakty, historia życia, spotykanie konkretnych ludzi. To takie spotkania zmieniają człowieka, a nie jakiś program duszpasterski.

Dziękuję za rozmowę, a tych czytelników, których zainteresował głębiej któryś z poruszanych wątków, zapraszamy na stronę przychodni Pana Doktora – www.macierzynstwoizycie.pl.

Rozmawiał mw