W nocy z 23 na 24 stycznia 2017 roku w Cochabamba w Boliwii została zamordowana Helena Kmieć, polska wolontariuszka misyjna. Od tego czasu minął ponad rok, a postać Heleny odcisnęła wyraźne piętno na Kościele w Polsce. Misjonarka stała się wzorem dla wielu młodych ludzi, szukających ścieżek życia pełnią, relacją z Bogiem i służbą drugiemu człowiekowi. O Helenie mówiły największe katolickie media, ukazały się dwie publikacje książkowe, powstała również fundacja jej imienia. Rozmawiamy z Teresą Kmieć, siostrą Heleny. Pytamy o dobro, które rozkwitło dzięki Helenie, o to, czy można mówić o niej jako o świętej oraz czy jej śmierć była męczeństwem.

Minął już rok, od kiedy Twoja siostra Helena została zamordowana na misjach w Boliwii. Zapytam Cię na początku w duchu wspólnotowym: co na dzień dzisiejszy jest w Twoim sercu? Jest tam smutek, pokój, a może duma?

Pokój… jeszcze nie. Trochę dumy. Ale przede wszystkim tęsknota. Cały czas brak mi Helenki. Była dla mnie na tyle ważną osobą, że trudno mi się w tym życiu odnaleźć teraz, gdy jej nie ma. Są takie miejsca i takie sytuacje, w których nikt jej nie zastąpi. Ta świadomość cały czas mi towarzyszy.

Żyłyście w innych miastach, ale byłyście w stałym kontakcie. Była między Wami jakaś szczególna bliskość?

Tak, pomimo tego, że dzieliły nas kilometry, zawsze czułyśmy się związane. Najpierw Helenka pojechała do szkoły do Anglii, potem obie wyjechałyśmy na studia do różnych miast Polski. Mimo odległości setek kilometrów cały czas podtrzymywałyśmy żywy kontakt przez maile czy Facebooka. Nie było więc tak, że Helenka wyjechała i tym samym zniknęła z mojego życia. Nasz kontakt nie był tylko okazjonalny, od święta do święta. Cały czas była to dla mnie jedyna siostra, kluczowa osoba w moim sercu. Razem organizowałyśmy różne rzeczy, odległość nam nie przeszkadzała. Na przykład wspólnie kupowałyśmy prezenty dla rodziców, miałyśmy także wspólne wakacyjne wyjazdy.

Twoje życie musiało się w takim razie mocno zmienić przez ten rok. Odczuwasz wyraźny brak, ale czy jest także jakaś nowa motywacja do działania?

Właściwie moje życie nie zmieniło się jakoś diametralnie. Staram się czynić dobro tam, gdzie jestem. Natomiast faktem jest, że wydarzyły się takie rzeczy, których nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Niektóre były dla mnie w pewien sposób ekscytujące, na przykład to, że pojawiłam się w telewizji. Ale gdybym mogła to wszystko oddać w zamian za życie Helenki, to bez wahania bym to zrobiła. Spotkało mnie dużo dobra i ludzkiej życzliwości, ale nie jest znowu tak, że ludzie rozpoznają mnie na ulicy. (śmiech) Aczkolwiek zdarzają się sytuacje, gdy ktoś się dowiaduje, że jestem siostrą Helenki i okazuje się, że ten ktoś jest wielkim fanem mojej siostry, jest zachwycony jej postawą. „Twoja siostra zmieniła moje życie” – mówią niektórzy. To bardzo budujące. Podsumowując, moje życie nie zmieniło się jakoś zewnętrznie w dużym stopniu. Zmieniło się moje nastawienie wewnętrzne, mój sposób przeżywania relacji z siostrą, z którą tak wiele mnie łączy.

Mimo wszystko w samej Twojej postawie jest coś takiego, na co może nie zwracasz uwagi, ale co może być frapujące dla ludzi zwłaszcza spoza świata wiary. Mianowicie nie widać w Tobie żadnej rozpaczy, Twój smutek ma w sobie jakiś pokój. Nawet gdy widziałem Cię niedługo po śmierci Heleny, nie byłaś nigdy zrozpaczona.

Rzeczywiście, nigdy nie było we mnie rozpaczy. Od początku towarzyszyła mi nadzieja. Po prostu mam chrześcijańską nadzieję na to, że spotkamy się z Helenką w niebie. Nie wyklucza to oczywiście normalnego, ludzkiego smutku. Odczuwałam i nadal odczuwam brak i tęsknotę. Ale mam pewność wiary, że to nie jest koniec, że jeszcze będziemy razem. Wiara nie sprawiła jednak, że było mi zupełnie łatwo przyjąć tak wielki cios. Nie rozumiałam, dlaczego tak się stało, dlaczego tak szybko odeszła. Nie byłam na to przygotowana, kompletnie nie brałam tego pod uwagę, że Helenki może tak szybko zabraknąć. Nie wiem, co bym zrobiła bez wiary w Boga. Ta wiara upewnia mnie, że to nie jest rozstanie na zawsze. Dlatego nie wpadłam nigdy w rozpacz. Myślę sobie zresztą, że przecież Helence nic by nie przyszło z mojej rozpaczy. Odczuwam pewną radość i dumę, gdy widzę, jak wiele dobra dokonało się po jej śmierci. Ale, powtarzam, mam też w sobie zwyczajny smutek, bo zabrakło osoby bardzo bliskiej i zupełnie niezastąpionej.

Historia Heleny Kmieć jest dla Ciebie sprawą osobistą, rodzinną. Jednak jest to także sprawa publiczna, słyszało o niej bardzo wielu ludzi związanych z Kościołem w Polsce. Helenka stała się osobą głośną, rozpoznawalną. Artykuły w najbardziej poczytnych tygodnikach katolickich, dwie publikacje książkowe, założona fundacja… Dzieje się wiele dobra, Helenka inspiruje młodych ludzi do życia pełnią. Mogłabyś jakoś podsumować ten rok, całe to dobro, które się dokonało?

Właściwie sam to zrobiłeś (śmiech). Bardzo cieszę się zwłaszcza z tego, że powstała fundacja jej imienia. Wszystko to pokazuje, że śmierć mojej siostry nie jest jakimś jednorazowym wydarzeniem, które przeminie zapomniane, ale pewnym bodźcem do dobrych działań, konkretnej aktywności wielu osób. Helenka cały czas porusza serca ludzi, nie daje o sobie zapomnieć. To mnie bardzo cieszy. Niezależnie od wszystkiego my w rodzinie na pewno nigdy o niej nie zapomnimy. Mówię tu także o dalszej rodzinie, z którą staramy się utrzymywać kontakt. Wszyscy zawsze zwracali szczególną uwagę na Helenkę, była osobą, z którą każdy chciał porozmawiać. Inspirowała i była podziwiana, na przykład robiło wrażenie, że skończyła szkołę w Anglii. Także teraz, po śmierci, Helenka pozostaje bardzo ważnym członkiem rodziny – i tej bliższej, i tej dalszej. O tym, że była osobą znaczącą i znaną ludziom świadczy fakt, że zaraz po śmierci otrzymywałam wiele wiadomości ze słowami współczucia i wsparcia. Nie wrzuciłam żadnej informacji na Facebooka w rodzaju „to była moja siostra”. Mimo to wszyscy wiedzieli, kojarzyli. Co do inicjatyw, które pojawiają się od tamtej pory, to cały czas dzieje się coś dobrego. Na przykład niedawno byłam w Trzebnicy na spotkaniu promującym książkę o Helence, gdzie powiedziałam parę słów o jej życiu. Spotkanie odbyło się w Dniu Kobiet, mówiłam więc o mojej siostrze, wyjątkowej kobiecie. Krótko mówiąc nie jest tak, że zaraz po śmierci coś się działo, a teraz wszystko ucichło. Cały czas coś się dzieje. Zresztą nawet to, że Ty się odezwałeś…

Czy to nie jest trochę smutne, że nie zwracamy uwagi na dobro, na wzorcowe postaci młodych ludzi, a dopiero gdy stanie się coś złego, wtedy robi się głośno o takich osobach?

Dokładnie to samo pomyślałam sobie już niedługo po śmierci Helenki. Wszyscy zaczęli się nią zachwycać: łączyła dwa kierunki studiów, działała w tylu organizacjach, pomagała potrzebującym, żyła tak aktywnie. Ale przecież jest tylu młodych ludzi, którzy tak robią! Sama znam bardzo wiele takich osób. Jest o nich zupełnie cicho. Gdy Helenka zginęła, wszyscy zaczęli mówić, jaka to wyjątkowa dziewczyna. A takich osób jest naprawdę dużo. Są w różnych duszpasterstwach, wspólnotach, grupach wolontariackich. Znam ich mnóstwo. To smutne, że o tym się nie mówi, nie promuje takiego życia.

Skoro już tak jest, że dopiero teraz mówi się o Helence, powiedz, jakie przesłanie możemy wyciągnąć z jej życia dla siebie.

By żyć pełnią. To teraz jest najlepszy czas, by zrobić coś dobrego. Nie jutro, teraz! Po drugie warto zauważyć ludzi, którzy tak żyją. Dostrzegać i doceniać pięknie żyjących ludzi. Helenka po śmierci otrzymała wiele odznaczeń, nagród, medali i tak dalej. A przecież ona była wspaniała już za życia! Wtedy nikt jej nie honorował. Oczywiście faktem jest, że wtedy nie była tak znaną osobą. Tym bardziej, że była skromna, niezbyt lubiła się chwalić swoimi działaniami. Kiedyś przyjechała do mnie na KUL, na spotkanie rekolekcyjne Oazy. W trakcie dzielenia w małej grupie opowiedziała o swojej obecności na misjach w Afryce. Wszystkim opadły szczęki, ale jej było trochę głupio. Z drugiej strony nie ukrywała tego, co robi i jak żyje. Była w tym wszystkim jednak bardzo skromna, wahała się nawet, czy wpisywać pewne rzeczy do CV.

Chciałbym Cię też zapytać o sprawy trudne, mam nadzieję, że się nie obrazisz. Chodzi mi o reakcje ludzi na historię Helenki. Internetowy hejt jest codziennością, w której żyjemy. Także i tutaj nie zabrakło komentarzy negatywnych i pełnych wrogości. Co byś powiedziała na przykład ludziom, którzy mówią: „Po co ona tam jechała? Jak można w ogóle wysyłać ludzi do takich niebezpiecznych miejsc?”.

Każdy dorosły sam podejmuje decyzje o tym, czy gdzieś pojedzie, czy nie. Helenka wiedziała dokładnie co robi i gdzie się wybiera. Poza tym warto wiedzieć, że ten region wcale nie jest jakiś skrajnie niebezpieczny. Tego rodzaju napady, jak ten, w którym zginęła, nie zdarzają się tam wcale często. Nie było w tamtym miejscu nigdy takiej sytuacji, żeby napadnięto na ten ośrodek. Oczywiście Boliwia to dość niebezpieczny kraj, ale Helenka nie mogła zakładać na 100%, że coś się stanie, że stamtąd nie wróci. Miała być może gdzieś z tyłu głowy, że może się coś wydarzyć, ale na pewno się na to nie nastawiała. Gdyby tak było, to przecież by tam nie pojechała. Nie wybierała się tam po to, żeby zginąć, ale żeby pomóc ludziom i wrócić tutaj. Na pewno była to jakaś odwaga, by się tam wybrać. Ale nie mówmy, że mogła się spodziewać tej sytuacji, bo naprawdę w tej ochronce nigdy nie zdarzył się napad z bronią w środku nocy. Nie było więc tak, że wszyscy mieli świadomość posłania Helenki w niebezpieczne miejsce, ale mimo to ją posłali. Nikt nie wysłał jej na pewną śmierć. Zresztą, nawet w Warszawie czy Lublinie można dostać nożem między żebra. Wszędzie zdarzają się takie rzeczy. Wspominam też znamienne wydarzenie, gdy przed Bożym Narodzeniem przyjechał do nas pewien zaprzyjaźniony ksiądz. Mama martwiła się w tym czasie zbliżającym się wyjazdem Helenki. Ksiądz opowiedział, że był kiedyś w Boliwii i nie ma się co bać tego kraju. „Bardzo przyjazna kultura i bezpieczne miejsce” – tak uspokoił naszą mamę. Helenka wtórowała mu: „No widzisz mama, niczego nie trzeba się bać”. Mam te słowa cały czas w głowie.

Negatywne reakcje niektórych budzi też „zaoczna kanonizacja” Helenki. Szczególnie hasło „Helenka poszła do nieba” irytuje wielu ludzi.

Nic o tym nie wiem, nie czytałam tych komentarzy internetowych. Ale to ciekawe, kontynuuj (śmiech).

Oburzają się zwłaszcza na nazywanie jej męczennicą. Mówią, że po prostu umarła, bo miała pecha i nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

Aha, to akurat mnie też oburza. Nie zgadzam się z nazywaniem Helenki męczennicą. Jej śmierć nie była żadnym heroicznym aktem. Została napadnięta i zamordowana. W tym punkcie zgadzam się z przytoczonymi przez Ciebie opiniami.

O, to ciekawe. Czyli zgodzimy się, że nie było to w ścisłym sensie męczeństwo?

Ależ oczywiście. Męczeństwo byłoby wtedy, gdyby zginęła za Chrystusa. Nic nam o tym nie wiadomo. Morderca był pod wpływem narkotyków i twierdzi, że nic nie pamięta. Nie wiemy, czy o czymś rozmawiali, zanim to się stało. Ale nie mamy powodów, żeby sądzić, że ten człowiek kazał jej wyrzec się Jezusa pod groźbą śmierci czy coś w tym rodzaju. To jakieś fantazje, nic takiego nie możemy domniemywać. To faktycznie była po prostu przypadkowa śmierć. Choć oczywiście w ostatecznej perspektywie nie ma przypadków.

Z drugiej strony to nie jest taka sama śmierć, jak gdyby ktoś teraz wszedł i zabił nas. Ona tam była niejako na posterunku, na służbie Kościołowi.

Tak, pojechała tam w jasnym celu, by pomagać. Ale w momencie samej śmierci nie robiła nic szczególnego. Spała. Owszem, sam wyjazd do Boliwii był dużą rzeczą, ale Helenka chyba nie zginęła dlatego, że w tamtym momencie robiła coś wielkiego. Rozumiem jednak, że ludzie, którzy mówią o męczeństwie, mają na myśli to, że Helenka pojechała tam ze względu na Chrystusa. Tak rzeczywiście było, nie pojechała tam dla ideałów humanizmu, lecz dla Pana Jezusa. Błędem byłoby wyobrażać sobie jednak, że ona tam głosiła Ewangelię poganom. Pracowała przy przygotowaniu katolickiego przedszkola, gdzie miały być ochrzczone, modlące się dzieci. Nie wychodziła ze słowem Bożym do tłumów, to nie ta posługa. Ona tam robiła bardzo proste rzeczy. Mycie czterdziestu okien, malowanie ścian, sprzątanie. Jest taki film, który Helenka nagrała z koleżanką kilka dni przed śmiercią. Opowiadają, że ostatnio wykładały półeczki ceratą. Takie właśnie drobne rzeczy tam robiły. To jest właśnie wielka miłość w prostych rzeczach. Słyszałam, że niektórzy mówią: „Przecież strażacy giną w obronie ludzi i nikt ich tak nie odznacza, a Helenka nic takiego nie zrobiła”. Odpowiadam, że w sumie się z tym zgadzam. Nic nie wiemy, by jej śmierć była „za kogoś”. Jeśli mówimy o niej w perspektywie świętości, to dlatego, że jej życie było święte. Sam wyjazd był pewnym poświęceniem i wyrazem wiary, ale nie porównujmy tego z ofiarą Maksymiliana Kolbego. Owszem, zostawiła w Polsce wszystko: rodzinę, chłopaka, pracę, by przez pół roku pracować za darmo na rzecz drugiego człowieka. Ale powiedzmy jasno: w świetle zasad Kościoła katolickiego Helenka nie jest męczennicą. Nie podoba mi się to, że niektórzy ją tak nazywają. Spontanicznie powiedział tak kard. Dziwisz i za nim podchwyciła to pewna strona internetowa. Ale Helenka zginęła, służąc Chrystusowi, a nie zginęła za Chrystusa. Rozróżniajmy to i szanujmy wielkie pojęcia.

Ok, od tego się odżegnujesz. Sama natomiast mówisz odważnie, że Helenka „jest w niebie”, nie wahasz się też używać kategorii świętości. Uważasz siostrę za swoją osobistą świętą?

Jeżeli przez świętą rozumiesz osobę, która poszła do nieba, to tak. Mam przekonanie, że Helenka była w stanie łaski uświęcającej. Kilka godzin przed śmiercią przyjęła Komunię Świętą. Wiem, że bardzo dbała o bycie w stanie łaski, często się spowiadała, to było dla niej ważne. Nigdy nie widziałam, żeby na Eucharystii Helenka nie przystępowała do Komunii. Wierzę, że jest w niebie, patrząc na jej życie. Począwszy od życiowej aktywności, aż po pobożne praktyki, takie jak pierwsze piątki miesiąca czy noszony szkaplerz, Helenka cały czas była blisko Pana. Oczywiście, może jest w czyśćcu, ale w sumie dla Boga nie ma czasu, więc czy nie mogę mówić, że jest, będzie w niebie? Dodatkowo za wstawiennictwem Helenki dzieją się wielkie rzeczy. Nie mam jakiejś obiektywnej pewności, nie powiem pod przysięgą, że na pewno Helenka jest już święta. Człowiek nie może mieć takiej wiedzy. Ale mam przekonanie w sercu, że tak jest. Ja już nie modlę się za nią, tylko za jej wstawiennictwem.

Myślisz, że Helenka może być wzorem dla młodych ludzi? Co Bóg przez nią pokazał? Co to za rodzaj świętości?

To świętość w zwykłych rzeczach. Świętość tam, gdzie jesteś. Helenka pokazała, że nie trzeba iść do zakonu, żeby być świętym. Historia Helenki nie jest o męczeństwie, ale jest potężnym świadectwem. Wystarczy dobrze żyć tam, gdzie się jest. Żyć pełnią życia i nie marnować żadnej okazji do tego, by zrobić coś dobrego dla drugiego człowieka. Tylko tyle i aż tyle.

Czego życzmy sobie sobie nawzajem i wszystkim czytelnikom. Dzięki za rozmowę!

rozmawiał mw