Wokół tradycyjnej formy sprawowania liturgii rzymskiej narosło wiele stereotypów i uprzedzeń. Tymczasem wiele osób właśnie w takiej formie spotyka żywego Boga za pośrednictwem świętych znaków. O znaczeniu łaciny, rytualności i innych aspektów tak zwanej Mszy trydenckiej rozmawiamy z jej zwolennikiem i propagatorem, Panem doktorem Jerzym Mycką. Pytamy o to, czy wszyscy tradycjonaliści to lefebryści, czy ksiądz rzeczywiście stoi tyłem do ludzi oraz czy rytualizm to coś złego. Obalamy mity i przedstawiamy fakty, by w końcu zaprosić do uczestnictwa – choćby jednorazowego, poznawczego – w starej Mszy.

Zacznijmy osobiście – skąd w Pana życiu wzięła się przedsoborowa forma liturgii? Jak się Pan z nią zetknął i dlaczego tak Pana zachwyciła?

Urodziłem się i dorastałem w takich czasach, że nie miałem już kontaktu ze starą Mszą. Początki mojego świadomego uczestnictwa w liturgii to lata siedemdziesiąte, czyli okres już po reformach soborowych. Muszę jednak od razu dodać, że patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzę, iż wówczas jeszcze dało się odczuć wpływ dawnej liturgii w zachowaniu kapłanów, w ich sposobie celebrowania Mszy Świętej. Skąd natomiast wzięło się u mnie zainteresowanie dawną formą liturgiczną? Zaczęło się od lektur rozmaitych książek katolickich, pochodzących z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. W tych publikacjach, czy to literackich, czy teologicznych, znajdowałem odniesienie do konkretnych elementów liturgii, która wyglądała wyraźnie inaczej niż ta mi znana. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych wraz z moją rodziną mieliśmy okazję sporo podróżować zarówno po Polsce, jak i zagranicą. W ramach tych wyjazdów udało nam się zobaczyć starą liturgię na żywo, a z czasem coraz częściej w niej uczestniczyć. Przełomowym momentem był 2003 rok, kiedy abp Józef Życiński zezwolił na regularne sprawowanie tej Mszy w kościołach diecezji lubelskiej. Pamiętajmy, że było to jeszcze przed motu proprio Summorum Pontificum Benedykta XVI. Jeśli chodzi o powody mojego przywiązania do tej formy sprawowania Mszy Świętej, to podstawową motywacją była dla mnie i mojej rodziny potrzeba odnalezienia odpowiedniego nastawienia modlitewnego w liturgii. Wraz z moją rodziną szukaliśmy coraz wyraźniej wymiaru kontemplacyjnego, adoracyjnego. Tymczasem to, co zapewniała nam rzeczywistość parafialna, to raczej były liturgie skoncentrowane na aspekcie katechetycznym i ewangelizacyjnym. Odnalezienie starej liturgii było dla nas uzupełnieniem tego, czego brakowało nam w życiu parafialnym. Odkryliśmy w tej formie silny charakter rytualny, prowadzący do kontemplacji. To było to, czego nam było potrzeba. Ta Msza po prostu odpowiedziała na nasze duchowe pragnienia.

A czy w tej historii ma też znaczenie Pański zawód? Wykłada Pan matematykę, a umysłowość ścisła może kojarzyć się z poszukiwaniem ładu i harmonii także w modlitwie. Przypomina się tu ks. Wojciech Grygiel zajmujący się relacjami wiary i nauk ścisłych, a jednocześnie będący gorliwym zwolennikiem tradycyjnej formy rytu rzymskiego.

Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Od razu myślę o moich różnych znajomych, którzy uczestniczą we Mszy Świętej w nadzwyczajnej formie. I mamy cały przekrój zawodów, profesji, stylów życia, zainteresowań. Przychodzą rzemieślnicy, prawnicy, lekarze, ale także inżynierowie, matematycy, urzędnicy, nauczyciele. Nie widzę jednak dominacji grupy zawodów ścisłych, równie dobrze i równie licznie odnajdują się w tej formie inne grupy zawodowe. Natomiast zasadniczo coś jest na rzeczy, choć nie jest to kwestia zawodu czy wykształcenia. Mówi Pan o harmonii i chyba to jest właśnie istotne – stara Msza przyciąga po prostu zwolenników harmonii. Często napotykamy coś pięknego, na przykład piękny zachód słońca. Wiele osób mija takie rzeczy, biegnie dalej i nie przykłada wagi do mijanego piękna. Istnieją jednak tacy ludzie, którzy zatrzymają się i będą podziwiać wspaniałość tego zjawiska. Mam wrażenie, że osoby przychodzące na starą Mszę najczęściej wywodzą się właśnie z tej grupy. Chodzi o pewną wrażliwość na piękno i głębię rzeczywistości. Oprócz tego, jeśli już szkicujemy taki duchowy portret zwolennika starej liturgii, dochodzi także druga rzecz, a mianowicie poszukiwanie konkretu. Oczywiście to pewne uproszczenie, ale można chyba powiedzieć, że wiele osób chciałoby w miarę konkretnie uchwycić Pana Boga. W nowej liturgii otrzymujemy pewien wykład i przedstawienie Boga, pewną opowieść. Brakuje jednak w tym wszystkim wrażenia bezpośredniego kontaktu. Tymczasem wiele osób poszukuje konkretu. Stara liturgia przez swój schemat symboli i znaków jest bliżej tego matematycznego ideału. Cechuje się wysoką konkretnością, w swoich symbolach daje rzeczywistość obecności Boga, a nie tylko o niej mówi.

Patrząc globalnie, ale także lokalnie, widzimy rosnącą popularność starej Mszy. Czy można jakoś ogólnie odpowiedzieć na pytanie, skąd się to bierze?

Taka odpowiedź musiałaby być na pewno wielowątkowa. Bardzo żałuję, że nie przeprowadzono w Polsce żadnych rzetelnych badań, które identyfikowałyby motywacje i sposób myślenia uczestników starej liturgii. Sam natomiast pytam bardzo wiele osób związanych z tą formą i stąd mam pewien ogólny obraz motywacji, jakie towarzyszą tym ludziom. Pierwsza odpowiedź, jakiej udzielają zapytani o przyczyny obecności na starej Mszy, brzmi zasadniczo tak: „Bo jak jestem na takiej liturgii, to jest mi lepiej i łatwiej się modlić”. „Gdy jestem na tej liturgii – mówią – to czuję się bliżej Pana Boga”. Mam wrażenie, że to jest sedno sprawy – dążenie do kontaktu z Bogiem. Standardowa praktyka parafialna skupia się na jakimś przekazie emocjonalnym, na wezwaniu do pewnego stylu życia. Tymczasem brak jest doświadczenia konkretnego zjednoczenia z Panem Bogiem. Ludzie, którzy tego szukają, często trafiają właśnie na starą Mszę. Tu widzę główną przyczynę popularności tradycyjnej liturgii. Na starej Mszy ludzie mają poczucie, że zanurzają się w obecność Pana Boga.

Ta odpowiedź chyba zaszokuje wiele osób. Gdyby wyciąć z Pańskich słów frazę „stara Msza”, to właściwie brzmiałby Pan jak członek wspólnoty charyzmatycznej. Czyli naprawdę chodzi Wam po prostu o szukanie bliskości Boga? O zanurzanie się w Jego obecności? A nie, jak myślą niektórzy, o odrzucanie ostatniego soboru, podważanie wiarygodności ostatnich papieży i obsesyjne przywiązanie do rubryk mszalnych?

Tak, chodzi o poszukiwanie spotkania z żywym Bogiem. Taka jest moja odpowiedź, ale także odpowiedź ogromnej większości osób uczestniczących w starej Mszy. Nie mam podstaw, by wątpić w szczerość tej odpowiedzi. Natomiast inną sprawą jest to, że z czasem wśród uczestników tej liturgii rodzą się pewne pytania, a potem odnajdywane są odpowiedzi. Wytwarza się specyficzny zbiór poglądów, co nie oznacza, że wszyscy myślą dokładnie to samo i że to środowisko nie jest zróżnicowane. Najczęściej poszukiwania intelektualne zaczynają się od zderzenia z ciekawością czy czasem niechęcią otoczenia. „Dlaczego nie chodzisz na normalną Mszę?” – pytają znajomi i najbliżsi. Pytają także księża z parafii, zatroskani o brak obecności na Mszy parafialnej. Wobec takich pytań trzeba mieć jakieś odpowiedzi, trzeba coś sobie poukładać w głowie. Taki człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego właściwie woli chodzić na starą Mszę. Samo to, że tam jest mu lepiej się modlić, to odpowiedź mało konkretna, domagająca się uzasadnienia. I wtedy ludzie szukają dalszych odpowiedzi, chcą pogłębiać wiedzę na temat liturgii i teologii, by zracjonalizować swoją postawę. Niestety często te poszukiwania zatrzymują się na jakichś broszurkach czy stronach internetowych, które dostarczają odbiorcom raczej pewnych sloganów, niż rzetelnej wiedzy. Stąd wiele osób jest w stanie tylko „rzucić” parę haseł, na przykład: w Novus Ordo brakuje podkreślenia charakteru ofiarniczego Mszy Świętej. Ale pamiętajmy, że wszystkie te zjawiska i rozmaite argumenty są, jak mówiłem, wtórną racjonalizacją. U genezy zainteresowania starą Mszą leży najczęściej spotkanie z Bogiem właśnie w takiej formie liturgii. A uzasadnienia są lepsze i gorsze, niekiedy bardzo wątpliwe intelektualnie. Natomiast siłą rzeczy rodzi się nieunikniona opozycja między starą a nową Mszą. Kiedy ktoś ma uzasadnić sobie i innym, dlaczego wybiera starą formę, musi powiedzieć, czego brakuje mu w nowej. I wtedy zaczyna się wyliczanka, począwszy od zasadniczej sprawy teocentryzmu, aż po różne szczegółowe kwestie. Osobiście chcę zaznaczyć, że wszystko to, co znajdujemy w starej formie, znaleźlibyśmy także w nowej, gdyby była należycie sprawowana. Problem polega na tym, że standard celebrowania liturgii w parafiach jest inny. Niektórzy więc dochodzą do wniosku, że jedynie na starej Mszy mogą odnaleźć to, czego poszukują. Dodatkowym atutem jest to, że ramy prawne starej liturgii gwarantują nam pewną stabilność. Wiem, że gdy idę na starą Mszę, napotkam mniej więcej to samo, biorąc pod uwagę stałość reguł ceremonialnych. Czy będę na Mszy w Lublinie czy w Krakowie, a nawet w Nowym Jorku czy Genewie, liturgia będzie wyglądała zasadniczo tak samo. Nie ma znaczenia, czy odprawia ją ksiądz Jan czy Piotr i pod jaką szerokością geograficzną to czyni. Tymczasem gdy chodzi o nową Mszę, to wiemy, że wygląda ona zupełnie inaczej w każdej parafii. Inaczej odprawiają kapucyni, inaczej dominikanie. Księża mają bardzo różne podejście do liturgii, sprawują ją z różnym zaangażowaniem. Ktoś powie: „Pójdę na tę i tę godzinę do danego kościoła, tam ksiądz pięknie odprawia”. Ale wystarczy, że ten ksiądz zachoruje i już klapa. A gdy pójdę na starą Mszę, nie ma znaczenia, jaki dziś będzie ksiądz. Jeśli mniej więcej trzyma się tego, czego wymaga prawo liturgiczne, Msza będzie po prostu Boża i piękna. Ostatnio starą Mszę w kościele przy ul. Staszica w Lublinie odprawiał ksiądz z Indonezji i w żaden sposób nie wpłynęło to na jej przeżywanie przez wiernych. A nawet miało znaczenie pozytywne, bo pokazało w praktyce powszechność Kościoła, którą symbolizuje i realizuje język łaciński.

Faktem jest, że nowa Msza zostawia duży margines dowolności dla celebransa. Tam zaś, gdzie pojawia się duży margines dowolności, tam także istnieje ryzyko bylejakości…

Powiedziałbym znacznie ostrzej: tam bylejakość staje się wkrótce standardem. I tak rzeczywiście stało się z nową Mszą. Kiedyś zapytałem jednego z lubelskich księży, jak wygląda sprawowanie liturgii w jego nowej parafii. Przede wszystkim był zdziwiony tym pytaniem, bo pytanie o nową parafię powinno raczej dotyczyć warunków mieszkaniowych i podobnych tematów. A liturgia? „No, jak trzeba odprawić Mszę, to się wychodzi i się odprawia” – odpowiedział w końcu ksiądz. Co tu jest więcej do omawiania? Chcę tutaj zastrzec – i mówię to z własnego doświadczenia – że i starą liturgię można odprawić w sposób wołający o pomstę do nieba. Natomiast są dwa czynniki, które mocno blokują takie precedensy. Po pierwsze przepisy liturgiczne są bardzo dokładne i klarowne. Rubryki starego mszału bardzo precyzyjnie normują zachowanie kapłana i wszystkich uczestników liturgii. Dlatego wspomnianego marginesu dowolności jest bardzo mało. Drugi czynnik to charakter samego środowiska uczestników starej Mszy. Do tej formy liturgii garną się ludzie, którym bardzo zależy na godnym sprawowaniu świętych misteriów. Siłą rzeczy w takich środowiskach obserwowane jest większe zaangażowanie ze strony wiernych, jak i ze strony kapłanów. W lubelskim środowisku mamy ponad dziesięć osób śpiewających w scholi gregoriańskiej i koło piętnastu ministrantów, którzy wymieniają się i posługują na różnych liturgiach. Mamy także około dziesięciu osób, które sprawują różne funkcje pomocnicze i administracyjne, na przykład zajmują się stroną internetową, dbają o paramenty liturgiczne, zbierają finanse na niezbędne inwestycje. Skala aktywności jest ogromna, gdy wziąć pod uwagę wielkość naszej grupy. W większości dużych lubelskich parafii byłoby wielkim osiągnięciem, gdyby w gotowości była schola i piętnastu ministrantów. Środowisko starej Mszy w Lublinie jest o wiele mniej liczne niż jakakolwiek parafia, a jednak ma takie zaplecze. Krótko mówiąc, z racji na zaangażowanie ludzi siłą rzeczy poprzeczka sprawowania liturgii jest wyżej postawiona.

Przejdźmy do spraw historyczno-informacyjnych. Jaka jest historia starej Mszy po Soborze Watykańskim II, jaki jest jej status w Kościele na dzień dzisiejszy?

W pierwszą Niedzielę Adwentu 1969 roku wprowadzono w Kościele rzymskokatolickim nową formę Mszy Świętej. W związku z tym teoretycznie miała wygasnąć dawna forma sprawowania liturgii. Nigdy jednak się to nie stało, czego trzeba mieć świadomość. Stara Msza nigdy nie wygasła, ponieważ Kościół pozwolił wielu starszym księżom na pozostanie przy znanej im formie celebrowania Najświętszej Ofiary. Z czasem zgody na sprawowanie starej Mszy udzielano także licznym wspólnotom zakonnym. W tamtym okresie Paweł VI mówił w wywiadzie, który przeprowadzał z nim Jean Guitton, że nie ma żadnych problemów z wydawaniem zgody na sprawowanie starej liturgii. Problem jest tylko w tym – mówił papież – w jakim kontekście niektórzy tę liturgię chcą osadzić. Chodzi oczywiście o kontekst buntu wobec Kościoła. Mimo wynikającej z takiego stanu rzeczy postawy zachowawczej stara Msza od samego początku była sprawowana w wielu miejscach. Różny był jej status i kontekst kościelny. Często wierni gromadzili się po prostu wokół starszych kapłanów, którzy mieli prawo taką Mszę sprawować. Były także całe regiony, gdzie funkcjonowała zgoda na celebrację starej Mszy. Tak było choćby w Wielkiej Brytanii, gdzie zaistniał precedens znany jako tzw. indult Agathy Christie – w Anglii i Walii zaraz po wprowadzeniu nowej liturgii pojawił się przywilej odprawiania starej, która przetrwała tam do dzisiejszych czasów. Inną sprawą są także wspólnoty, które znajdują się w nieuregulowanym stosunku do Kościoła – mam tu oczywiście na myśli zwłaszcza Bractwo Świętego Piusa X. Patrząc na późniejsze lata, niewątpliwie przełomową datą był rok 2007, kiedy to papież Benedykt XVI wydał motu proprio Summorum Pontificum. Celem tego dokumentu było uregulowanie sytuacji starej Mszy w Kościele. Ojciec Święty stwierdził niejako, że nie powinno być żadnego problemu ze sprawowaniem liturgii w starej formie, skoro przez tyle wieków taka forma funkcjonowała i wciąż dla wielu ludzi jest ważna na drodze duchowego dążenia ku Bogu. Co właściwie zmienił dokument Benedykta XVI? Otóż przede wszystkim pozwolił każdemu księdzu sprawować Mszę w nadzwyczajnej formie bez potrzeby zgody jakiejkolwiek wyższej instancji. Każdy ksiądz może odprawić taką Mszę bez pytania proboszcza czy biskupa. To ważne, bo biskupi często zachowywali postawę powściągliwą lub nieprzychylną wobec ruchów dążących do zorganizowania w danym miejscu starej liturgii. Dokument reguluje także sytuację od strony wiernych. Jeśli znajdzie się grupa, która chce przeżywać liturgię w takiej formie, to ma ona prawo liczyć na opiekę władz kościelnych, na wyznaczenie kapłana i otrzymanie takiej Mszy. Słowem, jak mówi sam dokument, „na życzliwe potraktowanie”. Z realizacją Summorum Pontificum było różnie w różnych miejscach. W Lublinie, jak już mówiłem, arcybiskup Życiński już kilka lat wcześniej umożliwił sprawowanie starej Mszy na prośbę wiernych. Natomiast dokument z 2007 roku sprawił, że tradycyjną formą liturgiczną zainteresowało się więcej osób, zaczęły otwierać się nowe miejsca celebracji. Z doświadczenia widzę, że gdziekolwiek powstanie inicjatywa sprawowania starej Mszy, tam bardzo szybko powstanie środowisko kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu osób, które będą regularnie w niej uczestniczyły.

Wspomniał Pan o Bractwie Świętego Piusa X. Myślę, że to ważne, by wyjaśnić historię i istotę tej organizacji, a także odróżnić ją od samych środowisk tradycyjnej liturgii, które gromadzą się w pełnej jedności z Kościołem katolickim. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego rozróżnienia i pojawiają się niesprawiedliwe stereotypy, wrzucające tradycjonalistów do worka z napisem „lefebryści”.

Muszę znowu zacząć od kontekstu historycznego. Reforma liturgiczna nastąpiła na początku lat siedemdziesiątych, a pamiętajmy, że były to lata zaraz po radykalnej rewolucji obyczajowej w świecie zachodnim. Jest faktem, że rewolucja lat sześćdziesiątych miała także wpływ na Kościół. W obliczu realnie pojawiających się nadużyć grupa kleryków zgłosiła się do arcybiskupa Marcela Lefebvre’a z prośbą o poprowadzenie ortodoksyjnej formacji. W „normalnych” seminariach ci ludzie zetknęli się bowiem z rozmaitymi wypaczeniami. Na skutek prośby tych kleryków arcybiskup założył seminarium duchowne, które na początku cieszyło się zupełną aprobatą władz kościelnych. Wraz z seminarium powstało bractwo, którego siedzibą stało się Écȏne w Szwajcarii. Problemy zaczęły narastać, gdy arcybiskup Lefebvre i jego wychowankowie zradykalizowali się w swoich poglądach, negując w dużej mierze nauczanie ostatniego soboru. Z jednej strony doszło do tego, że Watykan zdelegalizował działalność Bractwa, z drugiej strony arcybiskup podtrzymał wbrew tej decyzji jego funkcjonowanie. Rok 1976 przyniósł pierwsze kary kościelne – suspensa za to, że Bractwo wyświęcało kapłanów wbrew zakazom. Sytuacja cały czas wahała się i dynamicznie zmieniała, przez co bractwo znajdowało się w coraz to nowszej relacji do władzy kościelnej. 5 maja 1988 roku podpisano porozumienie ze Stolicą Apostolską, w którym uznano sytuację Bractwa za w pełni uregulowaną. Jednak już po kilku tygodniach arcybiskup Lefebvre odszedł od porozumienia i dokonał konsekracji biskupich. Dla Jana Pawła II nie było wątpliwości, że taki akt samą swoją mocą zaciąga ekskomunikę na arcybiskupa i wszystkich, którzy uczestniczyli w obrzędach święceń (latae sententiae). Po śmierci założyciela Bractwa trwały wciąż próby porozumienia jego członków z Watykanem. Zdjęte zostały ekskomuniki nałożone w 1988 roku, natomiast nadal kapłani Bractwa nie mają prawa – jak podkreślał Benedykt XVI – do sprawowania jakiejkolwiek posługi kapłańskiej. Tyle historii, a jak to wygląda w praktyce? Na całym świecie, w tym także w kilkunastu miejscach Polski powstały kaplice prowadzone przez księży Bractwa Świętego Piusa X. Komisja Ecclesia Dei, czyli organ watykański do spraw związanych ze starą liturgią, na liczne zapytania dotyczące tej sytuacji odpowiada następująco: jeśli ktoś bierze udział w liturgii w tych kaplicach ze względu na swoją duchowość, pobożność i bez wrogiego nastawienia do władzy kościelnej, to nie zaciąga w ten sposób żadnego grzechu. Jeśli motywacje są inne, pozapobożnościowe, to oczywiście pojawia się problem.

Czyli z pobudek czysto duchowych można uczestniczyć w liturgii Bractwa. Ale czy można przyjmować tam sakramenty?

To właśnie nie było sprecyzowane przez Watykan. Znaczna część księży interpretuje to tak: można wziąć udział w takiej Mszy, ale przyjąć Komunię już nie. Według ostatnich decyzji papieża Franciszka kapłani Bractwa mogą ważnie udzielać rozgrzeszenia, oczywiście chrzty i bierzmowania są ważne. Warto zapytać, jakie naprawdę są motywacje ludzi, którzy uczestniczą w liturgiach prowadzonych przez księży Bractwa Świętego Piusa X. Wiele osób uczestniczy w starej liturgii zarówno w katolickich parafiach, jak i niekiedy w kaplicach Bractwa. Sądzą oni, że to nie ma aż takiego znaczenia, a spór pomiędzy Bractwem a papieżem to wyłącznie kwestia jakichś prawnych ustaleń, które nie mają wpływu na realne życie Kościoła. Tymczasem problem jest wyraźny, a doświadczenie pokazuje, że regularne uczestniczenie w liturgii w kaplicach bractwa wiąże się u wielu osób z formacją w duchu tej wspólnoty, a więc ostatecznie także z izolacją od Kościoła powszechnego. Stawiam takim ludziom bardzo konkretne pytanie – jeśli chodzi wam tylko o relację z Panem Bogiem, to co więcej może wam dać celebracja w kaplicy Bractwa od Mszy odbywającej się w kościele, w pełnej i bezdyskusyjnej jedności z Rzymem? W Bractwie mamy dyskusyjną sytuację prawną, w diecezji nie ma żadnych wątpliwości, że to, co robimy, jest kanonicznie katolickie. Msze Bractwa odbywają się w pomieszczeniach zaadaptowanych do celów religijnych, na Mszy organizowanej przez diecezję gromadzimy się w kościele z prawdziwego zdarzenia. Gdyby w okolicy nie było nigdzie sprawowanej starej Mszy w kościele diecezjalnym, to rozumiem, że ktoś przywiązany do tej formy mógłby zdecydować się na uczestnictwo w kaplicy Bractwa. Ale skoro taka Msza jest obecnie dostępna w większości regionów Polski, to pytam – dlaczego ktoś idzie do Bractwa Świętego Piusa X? Odpowiedź jest tylko jedna, a mianowicie, że takimi osobami kierują już motywy inne niż pobożnościowe. I tu rodzi się niebezpieczeństwo. W każdym razie, wracając do samego Bractwa, wciąż trwa dialog jego władz ze Stolicą Apostolską. Ufajmy, że kiedyś ta dziwna sytuacja znajdzie jakieś swoje unormowanie. Trzeba też pamiętać, że choć kapłani i wierni FSPPX dystansują się od kościelnego pluralizmu i podkreślają bezdyskusyjność oraz „jedyną słuszność” swoich przekonań, w rzeczywistości sami reprezentują ogromne zróżnicowanie wewnętrzne. Rozmawiam z ludźmi związanymi z Bractwem, nawet z ich księżmi i uzyskuję od różnych osób skrajnie różne odpowiedzi na bardzo istotne pytania. Mechanizm jasnej identyfikacji okazuje się wcale nie tak klarowny. Niektórzy z nich mówią na przykład, że uznają ważność nowej Mszy, inni zaś mają z tym problem. Trudno powiedzieć, które poglądy są poglądami Bractwa, a które są ideami tego czy innego księdza.

 

Dosyć tej historii, porozmawiajmy trochę o samej Mszy. Z newralgicznych punktów, które chciałbym poruszyć, pierwszym jest łacina. Jaki jest jej sens? Wyraża ona niewątpliwie jedność i powszechność Kościoła, ale ktoś mógłby spytać, czy na pewno jest czymś trafionym, by cała liturgia odbywała się w obcym dla większości osób języku?

Zacznę od kwestii czysto pragmatycznej. Otóż regularny udział w Mszach Świętych w języku łacińskim pozwala na opanowanie w krótkim czasie tekstów najważniejszych modlitw. Nie prowadzimy żadnych kursów łaciny liturgicznej, ale wierni z czasem sami zaczynają rozumieć modlitwy i nawet małe dzieci na Mszach śpiewają po łacinie Gloria czy Credo. Żyjemy przecież w czasach, gdy akcentuje się wartość nauki języków obcych dla rozwoju człowieka. Dlaczego więc miałoby być problemem, że Msza wymaga zetknięcia się z łaciną? To jedna kwestia, ale jest także druga, o wiele istotniejsza, a rzadko dostrzegana. Jeśli liturgia ma być spotkaniem z Panem Bogiem, to musi w niej być jakiś szczególny rodzaj symboliki, jakiś rytuał. Mowa używana w obrzędach musi przekraczać charakter czysto komunikacyjny. Język nie pełni tu funkcji jedynie przekazu informacji, on jest tu środkiem ekspresji. Łacina ze względu na swoją hieratyczność jest językiem, w którym poczucie kultyczności jest o wiele bardziej wyraźne niż w języku narodowym. I nawet jeśli nie rozumiem do końca znaczenia każdego słowa, to przez samo brzmienie łaciny jestem wprowadzony w pewien nastrój modlitwy. Gdy już zaś jestem wprowadzony w duchowy klimat liturgii, to sprawdzenie znaczenia pewnych słów jest rzeczą wtórną i banalną. W każdym właściwie kościele, gdzie sprawowana jest stara liturgia, są dostępne mszaliki łacińsko-polskie. Łatwo znaleźć też tłumaczenia części zmiennych z danego dnia. Można wyszukać to wszystko w Internecie i zapoznać się z tym nawet w domu, przed wyjściem na liturgię. Trudności praktyczne nie są więc wcale tak duże, jak mogłoby się wydawać. Pamiętajmy natomiast o modnym dziś powiedzeniu – „Forma przekazu jest częścią przekazu”. Sam fakt obecności łaciny jest znaczący dla przekazu orędzia chrześcijańskiego. Jest to język sakralny, ale nie na zasadzie jakiegoś arbitralnego wyboru Boga czy Kościoła, lecz na zasadzie po prostu Tradycji, czyli wynika to z historii. Tak ukształtował się Kościół na zachodzie Europy, że łacina była i jest nadal jego językiem sakralnym. Są więc dwa główne motywy używania łaciny – powszechność Kościoła, którą ona urzeczywistnia, oraz sakralny charakter samego języka.

Obok łaciny niektórych krytyków starej formy liturgicznej mierzi jej mocno rytualny charakter. W kwartalniku „Christianitas” napisał Pan o znaczeniu rytualności dla życia duchowego. Wiele osób kojarzy pojęcie rytu z martwym rytualizmem, tymczasem Pan twierdzi, że ryt właśnie jest potrzebny życiu duchowemu.

Szczerze mówiąc nie bardzo sobie wyobrażam, jak miałaby wyglądać forma, w jakiej oddajemy cześć Panu Bogu, gdyby miała być pozbawiona pewnego rodzaju rytuału. Pomijam wyjątkowe przypadki nadprzyrodzonych objawień. Takie rzeczy się dzieją, ale przecież nie są codziennością Ludu Bożego. Przyznajmy, że nie każdy z nas miewa na co dzień nadzwyczajne objawienia Boże. Pozostaje nam więc pytanie, jak mamy kształtować swoje wnętrze, by wejść w kontakt z Panem Bogiem. Socjologowie pokazują, że wszędzie tam, gdzie ludzie szukali otwarcia na transcendencję, organizowali społecznie celebrowany rytuał. Tenże rytuał ma swoje konkretne cechy, jak stałość i charakter symboliczny. Takie są po prostu prawidła religijności jako takiej i odnosi się to także do chrześcijaństwa. Oczywiście istnieje niebezpieczeństwo, że tak zafascynujemy się poszczególnymi gestami, iż zapomnimy o sensach, które niosą. Natomiast jeżeli zrezygnujemy z rytuału w ogóle, to powstaje pytanie, czy ten sens będzie mógł się jakkolwiek ujawnić. Nasze odniesienie do Boga jest taką relacją, w której same słowa są niewystarczające. Już wiele wieków temu Dionizy Areopagita zapoczątkował w myśli chrześcijańskiej nurt zwany teologią negatywną, przypominając, że Boga nie da się zmieścić w ramach naszego systemu intelektualnego.

Ciekawe, bo tenże Dionizy był jednocześnie teologiem szczególnie mocno zafascynowanym celebracją liturgiczną.

Zgadza się i sądzę, że ta korelacja nie jest przypadkowa. Bo skoro nie możemy zamknąć Boga w słowach, to pojawia się w pytanie: Jak jeszcze Go wyrazić? Niedawno ojciec Cassian Folsom OSB zwrócił uwagę na to, że liturgia musi odpowiadać antropologii chrześcijańskiej. Ta zaś mówi o człowieku jako bycie nie tylko duchowym, ale także cielesnym. Przypomina się tu Pascal mówiący, że gdy człowiek próbuje być aniołem, kończy jako zwierzę. Nie jesteśmy aniołami, mamy ciała! Skoro mamy służyć Bogu, mamy mu także służyć swoim ciałem. Dlatego, wracając do liturgii, rubryka mówiąca, że w danym momencie mamy przyklęknąć, służy ostatecznie oddawaniu chwały Bogu. Tym przyklęknięciem nie mniej czcimy Boga niż słowami wypowiadanej modlitwy. A skoro już jest powiedziane, żeby w tym miejscu przyklęknąć, czemu nie ma być sprecyzowane, w jaki sposób to uczynić? Chodzi ostatecznie o chwałę Bożą, dlaczego więc się o to nie zatroszczyć? Precyzując takie rzeczy, uniemożliwiamy dowolność gestów w kluczu ludzkiej fantazji, która ostatecznie prowadzi najczęściej do niedbałości i minimalizmu. Rytuał to zatem pewne utrwalenie naszej pobożności. Służy umacnianiu treści liturgii, a nie jej wypieraniu. Słowa i gesty pozostają we wzajemnym odniesieniu, to bardzo ważne. Ciekawą rzecz napisał Romano Guardini w swoim liście do Kongresu Liturgicznego w 1964 roku, relacjonując swoje obserwacje liturgii Wielkiego Tygodnia. Stwierdził, że widział wielką modlitwę wówczas, gdy ludzie patrzyli po prostu na to, co się dzieje na ołtarzu. Również samo skupienie i patrzenie jest w liturgii formą modlitwy. Nie tylko słowa są modlitwą. A ryt pomaga, a nie przeszkadza w odkrywaniu jedności z Bogiem. Jest tak nawet na poziomie czysto praktycznym – gdy jestem ministrantem nie muszę zastanawiać się, jak podać ampułki, bo przepisy dokładnie to określają. Tym samym nie stresuję się tym, co robię, lecz modlę się poprzez swoją służbę przy ołtarzu. Podsumowując, wydaje mi się, że współczesna walka z rytualizmem jest zupełnie chybiona. Gdzie zresztą w polskich kościołach zdarzają się popisy pustego rytualizmu? Ja nie znam takiego miejsca. Jeśli zaś chodzi o starą Mszę, to rytualizm jest po prostu sposobem modlitwy i po uczestnikach, ministrantach i celebransie po prostu widać, że się modlą. W tradycyjnej liturgii szczególnie istotna jest także cisza, zwłaszcza cisza podczas kanonu rzymskiego. Jest to niezwykła cisza, którą można odczuć wręcz fizycznie. Ciekawe, że gdy starą Mszę odprawia się gdzieś mimochodem, w ramach jakiejś egzotyki dla ludzi, którzy nigdy wcześniej na niej nie byli, ta cisza ma często inny wymiar. Staje się ciszą przerażenia – dlaczego nic się nie dzieje? To jest właśnie problem naszej duchowości dzisiaj, chcemy, żeby było ciekawie i żeby się coś działo. To emocjonalizm jest obecnie głównym zagrożeniem, a nie rytualizm. Sam ryt nie jest problemem, jeśli prowadzi do jedności z Bogiem.

Twierdzi Pan więc, że rytuał nie jest przeciwieństwem ducha, a nawet, gdy jest dobrze rozumiany, jest formą otwarcia się na to, co w człowieku najgłębsze.

Tak, z całą pewnością tak jest. Problemem może być oczywiście to, do czego wykorzystuje się ryt. Jeśli staje się on celem samym w sobie i źródłem legalistycznej fascynacji, to może wręcz zamykać na modlitwę, nie zaprzeczam temu. Zresztą to dotyczy nowej Mszy tak samo jak starej. Pamiętam, jak byłem ministrantem jako młody chłopak. Często rozmawialiśmy między sobą o tym, kto uklęknął na złe kolano, kto źle trzymał świecę i tak dalej. Chodziło o nasze ambicje, by asysta była dobrze wykonana, czasem nawet bardziej ministrancką dumę niż o oddawanie chwały Bogu. I to samo może się zdarzać wśród ministrantów na starej Mszy. Ale to chyba po prostu zwyczajne zjawisko, zwłaszcza u młodych ludzi, którzy nie mają jeszcze dystansu do pewnych spraw. Nie jest temu winien sam rytuał.

Innym istotnym elementem, który mocno wyróżnia starą Mszę od nowej, jest tradycyjny śpiew gregoriański. Ciekawe zresztą, że Sobór Watykański II podtrzymuje, iż chorał jest podstawowym śpiewem Kościoła zachodniego. Tymczasem wiele osób nigdy nie słyszało go na uszy, przeżywszy w tym Kościele kilkadziesiąt lat.

Punktem wyjścia jest stabilność starego rytu, o której już wspominaliśmy. Rubryki mszalne mówią jasno, że jeśli liturgia jest śpiewana, to jest taką w całości. Śpiewać więc należy wszystkie części stałe i części zmienne. Nie może być tak, że coś pominiemy, bo jest za trudne, coś wyrecytujemy lub zamienimy jakąś znaną pieśnią. Jeśli Msza jest śpiewana, to wszystko, co powinno być zaśpiewane, zaśpiewane być musi. To wielka wartość, z której warto sobie zdać sprawę. Znów powtórzmy rzecz fundamentalną – modlitwa nie jest kwestią tylko słów, ale całego człowieka, wszystkich wymiarów jego bytu. Śpiew gregoriański ma ogromną siłę kształtowania człowieka, wprowadzania go w modlitwę. Jeśli chodzi o słowa, to tak jak w przypadku modlitw, można zerknąć na kartkę z polskim tłumaczeniem, by dowiedzieć się, co jest śpiewane. Ale nawet, gdyby ktoś nie zgłębiał w danym momencie samego tekstu, śpiew ma kolosalne znaczenie dla przeżywania liturgii. Antyfony i inne śpiewy od początku zostały napisane na tę właśnie konkretną liturgię. Słowa i muzyka są ze sobą istotowo złączone. Jest to zupełnie inna sytuacja niż znana nam z życia parafialnego, gdzie dość dowolnie dobrane pieśni stanowią jakby dodatek do liturgii. To, co śpiewamy na starej Mszy, jest integralną częścią obrzędu, a nie ścieżką dźwiękową. Taka sytuacja tworzy swoiste nastawienie wewnętrzne, które pozwala głębiej się modlić. Istotny jest także sam rodzaj śpiewu. Chorał ma to do siebie, że nie pobudza słuchacza rytmicznie. Nie rozprasza, lecz w swojej prostocie i jednogłosowości wzbudza nastawienie modlitewne. To nawet ważniejsze być może niż same słowa. Choć co do słów trzeba powiedzieć, że stanowią one o biblijności starej liturgii. Mówię to z pewnym przekąsem, bo krytycy starej Mszy zarzucają jej niekiedy, że nie jest biblijna. Tymczasem chorał gregoriański to w ogromnej większości po prostu teksty psalmów. Ktokolwiek śledzi starą liturgię, czyta chociażby teksty Introitu na dany dzień, z czasem nabywa ogromnego bogactwa cytatów z tej bardzo istotnej części Pisma Świętego, jaką jest Księga Psalmów. W nowej liturgii tego właśnie ewidentnie brakuje. Nowy mszał pozwala śpiewać chorał „lub inny stosowny śpiew”. Oczywiście skwapliwie korzysta się z tej drugiej możliwości, przy czym dyskusyjne pozostaje, czym jest stosowny śpiew, do czego i dla kogo ma być stosowny.

Poruszmy jeszcze jedną ważną kwestię, funkcjonującą w obiegowych opiniach i dyskusjach. Wiele osób burzy się z tego powodu, że w ramach starej Mszy ksiądz „stoi do nich tyłem”. Obalania mitów nigdy za wiele, więc proszę cierpliwie, na pewno nie pierwszy raz w życiu, wyjaśnić, dlaczego taka, a nie inna pozycja kapłana w tradycyjnej formie rytu rzymskiego.

Ta kwestia była już tłumaczona tyle razy i w tylu miejscach, że trudno mi uwierzyć, iż wciąż ktoś porusza to zagadnienie. Ale faktycznie jest tak, że ciągle można się spotkać z tym, nazwijmy to, zarzutem. Wyjaśniam zatem po pierwsze, że w liturgii przez całe wieki nie istniał żaden problem usytuowania wiernych wobec kapłana czy kapłana wobec wiernych. Msza Święta to nie spotkanie z księdzem czy jego występ artystyczny. Zasadniczą kwestią było zawsze zwrócenie się wiernych do Boga – taki jest sens liturgii. Dlatego kapłan i wierni byli zwróceni w jedną stronę – ku Bogu. Ta nomen omen orientacja była początkowo realizowana jako zwrócenie się ku wschodniemu kierunkowi świata. Ma to swoje uzasadnienie symboliczno-biblijne, którego nie czas teraz szczegółowo przywoływać. Tam, gdzie kościoły nie były orientowane, wszyscy po prostu zwracali się w tym samym kierunku, zasadniczo w kierunku krzyża i tabernakulum. Tak jest to praktykowane po dziś dzień w starej Mszy. Muszę powiedzieć, że nigdy nie odczuwałem żadnego dyskomfortu związanego z tym, że jestem zwrócony w tę samą stronę co kapłan. W wielu momentach Mszy, gdy kapłan wzywa wiernych do modlitwy, odwraca się w ich kierunku. Można by to nazwać momentami wspólnej mobilizacji. Dodam także, bo ktoś może tego nie wiedzieć, że gdy głoszone jest kazanie, celebrans jest zwrócony twarzą do wiernych… Ogólnie nikt z uczestniczących w tradycyjnej liturgii nie ma żadnego problemu z postawą kapłana. Wydaje mi się, że zarzuty pod adresem takiego zwyczaju wynikają po prostu z uprzedzeń. Uświadomił mi to kiedyś pewien ksiądz, który zwrócił moją uwagę na znamienny fakt. Otóż w całej Polsce, w każdej parafii odbywają się nabożeństwa okresowe, takie jak majowe, czerwcowe czy różaniec. Kapłan klęczy wówczas przed ołtarzem – o zgrozo – tyłem do ludzi! Nikt nigdy nie zgłaszał żadnego sprzeciwu wobec tego zjawiska, nikt nie czuł się obrażony. Kapłan jest wtedy przewodnikiem, który nas prowadzi i zwraca się razem z nami ku Bogu. Tak jest to rozumiane i w starej Mszy. Dodatkowo powiem, że taka pozycja jest bardzo zdrowa dla duchowości kapłana. Wycisza ona naturalne, często nawet nieświadome poszukiwanie kontaktu z wiernymi, próby spodobania się, stawiania siebie w centrum. W nowej Mszy ksiądz zmaga się z pokusą wejścia w rolę swego rodzaju aktora. Jeden z kapłanów, który pierwszy raz odprawił starą Mszę, zwierzył się mi, że przez pół liturgii był roztrzęsiony, że nie widzi ludzi, ich reakcji, nie wie, jak się czują. Potem w połowie Mszy uświadomił sobie, że odprawia na cześć i chwałę Boga i że to na Nim ma się skoncentrować. Faktycznie jest też tak, że w starej Mszy ludziom łatwiej myśleć o Bogu, bo nie skupiają się na osobie księdza. Myślę, że takie odpersonifikowanie kapłana jest bardzo dobre. Nie zastanawiamy się, czy nasz prezbiter ma dziś humor, dlatego tak dziwnie na nas spojrzał, czy jest uśmiechnięty. Kapłan zaś nie musi sprawdzać, kto siedzi w której ławce, kogo dzisiaj nie ma, czy dzieci nie biegają po kościele. Krótko mówiąc, orientacja całego zgromadzenia wraz z celebransem w stronę tabernakulum ma swoją ogromną wartość. Adwersarzom przypomnę, że w takiej postawie sprawowana jest także nowa Msza w wielu miejscach świata, na przykład w kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Jeśli można odprawiać przed obliczem Matki Bożej, to chyba można też odprawiać, będąc zwróconym ku Panu Jezusowi w tabernakulum?

Czyta nas sporo osób z Lublina i okolic. Zaprośmy na starą Mszę, proszę podać godziny i miejsca. Warto przyjść i uczestniczyć w tej formie choćby raz, by wyrobić swoje zdanie w oparciu o faktyczne doświadczenie, a nie stereotypy i mity.

Najbardziej stabilne w diecezji miejsce sprawowania tradycyjnej Mszy rzymskiej to kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny przy ulicy Staszica w Lublinie. Liturgia odbywa się w każdą niedzielę o godzinie 9.00. W tygodniu jest także sprawowana w czwartki o 17.30; ponadto, śledząc ogłoszenia, dowiemy się, że stara Msza sprawowana jest także we wszystkie ważniejsze święta również o 17.30. Dotyczy to w szczególności liturgii Wielkiego Tygodnia: zapraszamy wszystkich na Triduum Paschalne do kościoła przy ulicy Staszica. Oprócz tego miejsca Msza sprawowana jest także w innych kościołach, a mianowicie w kościele Świętej Rodziny na Czubach oraz u księży Salezjanów. Warto sprawdzać na bieżąco ogłoszenia w Internecie, by dowiedzieć się, o której godzinie i w jaki dzień można włączyć się w taką modlitwę. Dotyczy to także innych miast Polski – informacje o liturgii można bardzo łatwo znaleźć w dobie Internetu.

Jeśli ktoś chciałby po raz pierwszy uczestniczyć w takiej liturgii, co powinien wiedzieć? Czy musiałby się jakoś przygotować? Potrzebny jest kurs łaciny, a może jakiś specjalny strój?

Nie trzeba mieć żadnej fachowej wiedzy czy specjalnego przygotowania. Natomiast są pewne wskazówki, których udzieliłbym takiej osobie, a które warto wziąć sobie do serca. Po pierwsze, potraktuj tę liturgię jako formę spotkania z Bogiem. Nie koncentruj się zanadto na szczegółach, nie staraj się za wszelką cenę kontrolować każdego słowa i gestu. Często nowe osoby nie wchodzą w ducha liturgii, bo tracą czas i uwagę na wertowanie mszalika i swoich notatek, starając się nie uronić żadnego elementu i wszystko zrozumieć. To droga donikąd, przede wszystkim nastawmy się na wejście w przestrzeń modlitwy. Po drugie, nie daj się zwieść rzekomej opozycji starej i nowej Mszy. To ten sam obrządek, choć inna forma. Na starej Mszy spotkasz znane ci elementy – Chwała na wysokości Bogu, Credo, czytania, kazanie, modlitwa eucharystyczna z podniesieniem. Będzie Ojcze nasz i Komunia Święta. To zasadniczo ta sama struktura, którą znasz z nowej Mszy. Więc odrzuć nastawienie, że to na pewno będzie coś zupełnie innego i niezrozumiałego. Po trzecie, zachęcam do nastrojenia się na pewną wrażliwość modlitwy nieograniczającej się do słów i sfery rozumu. Przyjdź na Mszę, by pomodlić się barwą, zapachem, dźwiękiem. Możemy modlić się wszystkimi pięcioma zmysłami! Stara liturgia bardzo mocno to akcentuje. Kiedyś namówiłem jedną znajomą, by przyszła na starą Mszę mimo braku znajomości łaciny i tradycyjnej formy liturgii. Miała bardzo krytyczne nastawienie, ale po celebracji mi podziękowała. Powiedziała, że dawno tak dobrze się nie modliła. „Liturgia stała się – mówi – jakby częścią mnie, a ja częścią liturgii”. Myślę, że to o to ostatecznie chodzi. Jeśli nie stwarzamy sztucznych przeszkód, to liturgia sama wciągnie nas w modlitwę. Dodam jeszcze, że trzeba także trochę wytrwałości i cierpliwości. Bywa tak, że pierwszy kontakt ze starą Mszą jest trudny i frustrujący. Może to wynikać na przykład z naszego stanu psychicznego albo z jakichś czynników zewnętrznych. Jeśli tak się zdarzy, to daj sobie drugą szansę i przyjdź jeszcze raz! Będziesz miał przynajmniej czyste sumienie i przekonanie, że rzetelnie próbowałeś zrozumieć tradycyjną liturgię, nawet jeśli ona do Ciebie nie przemówiła.

Jak to? Dopuszcza Pan taką myśl, że ktoś może się w tym totalnie nie odnaleźć? Sądziłem, że ostatecznie chciałby Pan, żeby cały Kościół wrócił do takiej formy.

Myślę, że cała liturgia Kościoła powinna być zawsze po prostu teocentryczna, czyli stawiać Boga na pierwszym miejscu. Wierzę, że Kościół, prowadzony przez Ducha Świętego, dąży do takiego właśnie stanu. W jakiej formie go uzyska, to już nie jest moja sprawa. Ze swojej strony staram się dołożyć małą cegiełkę do tego dążenia poprzez zaangażowanie w prace na rzecz tradycyjnej liturgii. Ale nie wątpię, że można odprawiać i nową Mszę w sposób piękny i teocentryczny. Nie chcę więc zapędzić wszystkich na siłę na „starą” Mszę, ale cieszę się, gdy ludzie przynajmniej otwierają się na tę formę i mają podstawową wiedzę na jej temat. Problemem jest jednak to, że wciąż wiele osób myśli o starej Mszy przez pryzmat mitów i uproszczeń, o których nieco rozmawialiśmy. Marzę więc po prostu o tym, żeby każdy krytyk tej formy liturgii zechciał najpierw bez uprzedzeń choć raz w niej uczestniczyć. A to, co się będzie dalej działo z Kościołem i jego liturgią, zostawmy Duchowi Świętemu.

Dziękuję za rozmowę!

rozmawiał mw