Wraz z Adwentem rozpoczyna się nowy rok duszpasterski, który w Polsce będzie, jak zadecydowali nasi biskupi, rokiem poświęconym Duchowi Świętemu. Dlatego na ten czas proponujemy podzieloną na odcinki fascynującą rozmowę o Duchu i Jego dziełach w Kościele. Naszym rozmówcą będzie ks. prof. Krzysztof Guzowski, teolog dogmatyk z KUL, rekolekcjonista i pasterz wspólnot charyzmatycznych, wielki fan Osoby i działania Ducha Świętego.

W dzisiejszym odcinku rozmawiamy o tym, dlaczego tak mało wiemy o Duchu Świętym, jakie ma znaczenie to, że jest On Osobą i jaka jest dziś świadomość Jego obecności w Kościele. Zapraszamy do lektury!


 

Episkopat ogłosił nowy program duszpasterski, którego hasło brzmi: „Duch, który umacnia miłość”. Duży nacisk położono w nim na Osobę i działanie Ducha Świętego, a zwłaszcza na sakrament bierzmowania. To dobra okazja, by porozmawiać o Duchu Świętym, Jego obecności, działaniu w Kościele i w człowieku. Zacznijmy od samej góry, czyli od Trójcy Świętej. Duch jest w pewnym sensie najmniej znaną Jej Osobą. Dlaczego w ciągu tylu wieków rozwoju chrześcijaństwa tak mało mówiliśmy o Duchu? Wynikało to z Jego skromności i pokory, czy raczej był to po prostu nasz błąd?

Ewidentnie to był nasz błąd. Na ten temat trafnie wypowiadał się kiedyś Władimir Łosski, wybitny teolog Kościoła prawosławnego. W jednej z książek już w latach czterdziestych sugerował on, że nieobecność Ducha Świętego w teologii zachodniej wynika z przyjętego schematu trynitarnego. A więc to, że na zachodzie tak mało mówiono o Duchu, bierze się ze sposobu, w jaki rozumiano Trójcę Świętą. Łosski uważał, że schemat Filioque mówi o dwóch źródłach, dwóch zasadach pochodzenia Ducha. W takim razie nie ma ostatecznego jednego źródła, nie ma jednej zasady osobowej, którą jest Ojciec. Schemat wschodni – per Filium – pokazuje jasno, że Ojciec jest początkiem wszelkich działań Trójcy, ostateczną zasadą Bożego życia. Trzeba zauważyć, że ta zasada monarchii Ojca i wschodni schemat trynitarny zostały zachowane także w tradycji katolickiej, choćby w liturgii. Modlimy się przecież do Ojca przez Chrystusa w Duchu Świętym. Źródłem działania jest Ojciec, który działa przez Syna i w Duchu. Takim sformułowaniem kończą się przecież nasze modlitwy liturgiczne. Natomiast w teologii i w modlitwach paraliturgicznych ta zasada nie była przestrzegana. Modlono się zasadniczo do Chrystusa lub do Ojca przez Chrystusa. Ducha w tym wszystkim brakowało. Właśnie ten „defekt” teologii zachodniej Łosski nazywał chrystomonizmem. Zapomnieliśmy o tym, że łaską Boga po Pięćdziesiątnicy jest po prostu Osoba Ducha Świętego. Od tego czasu musimy pamiętać, że Bóg przychodzi do nas zawsze w Duchu! Święty Bazyli Wielki w swoich rozważaniach pokazuje następującą optykę – jeśli patrzymy na życie Trójcy Świętej, to wszystko zaczyna się od Ojca, jeśli zaś patrzymy na życie chrześcijańskie, to kolejność jest odwrotna, wszystko zaczyna się od Ducha. Patrząc natomiast od naszej strony, pierwszą osobą jest Duch Święty. Lubię powtarzać, że Duch Święty jest dla nas osobą pierwszego kontaktu. Jeśli przyjmiemy ten schemat i będziemy go stosować w naszej modlitwie, duszpasterstwie i teologii, wtedy przestaniemy wreszcie rozdzielać niepotrzebnie Osoby Trójcy. To wielki błąd, że w teologii zaczęto z czasem mówić o Jezusie bez odniesienia do wewnątrztrynitarnych relacji.

duch

Wracając do sedna: Jaka mogła być przyczyna tego, że o Duchu przestaliśmy mówić? Jedną z przyczyn już wymieniliśmy – zachodni schemat trynitarny związany z Filioque i pominięcie faktu, że każde działanie Boże jest trynitarne. Druga istotna kwestia to chyba to, że Ducha Świętego przestano traktować jako Osobę. W średniowieczu zajęto się głównie łaską stworzoną, a więc efektami działania Ducha. Pytano, co Duch Święty stwarza. Rozdzielono pojęcie łaski na stworzoną i niestworzoną, przy czym zajęto się głównie tą pierwszą. Skoncentrowano się na tym, co Duch sprawia i daje, a nie na Nim samym. Jest to zjawisko znamienne do dziś – weszliśmy na poziom tego, co my od Boga mamy, pomijając to, kim On w ogóle jest. To pewne podejście merkantylne, które każe nam pytać: „Co ja z tego będę miał?”. To straszne, że w taki sposób myślimy nawet o Bogu. Kwestia tego, co Bóg daje, przysłoniła samego Boga, to kim jest, Jego miłość. Mistyczny wymiar chrześcijaństwa odszedł w cień, co stanowi poważny problem… Trzecia zaś przyczyna zapominania o Duchu Świętym jest ściśle związana z teologią. Wskazuje na to ojciec Raniero Cantalamessa. Jego zdaniem w epoce scholastycznej teologia bardzo starała się dowieść, że jest nauką i z tego względu może być poddana wszelkim kryteriom naukowości. Zaczęto wyodrębniać jej działy, czyli tak zwane traktaty, zaczęto wręcz „specjalizować się” w teologii. Oczywiście było to niejako pewne zwycięstwo teologii, która dowiodła swej racjonalności i powagi, ale przede wszystkim – pewna tragiczna strata. Od tego czasu bowiem przestano się interesować objawianiem się Boga w naszej rzeczywistości, a skupiono się na wyjaśnianiu pojęć i żonglowaniu ideami. Rozbito teologię na działy, a każdy teolog stawał się specjalistą od danego traktatu. Myśliciele siedzieli zatem w pewnych szufladach, zajmując się pewnymi konkretnymi aspektami teologii, a jednocześnie tracąc często kontakt z jej źródłem, czyli po prostu z Panem Bogiem. Teolog niejednokrotnie chciał być specjalistą z danej dziedziny, a już nie prorokiem dostrzegającym i głoszącym objawiającego się Boga. Trzeba powiedzieć, że nikt nie miał tu złych intencji. Unaukowienie i racjonalizacja wiary doprowadziły jednak do separacji teologii od życia i do jej rozczłonkowania, na skutek czego Duch Święty stał się tylko jednym z wielu tematów. Mamy zatem te trzy powody zapomnienia o Duchu: porzucenie myślenia trynitarnego, pomijanie kategorii osoby w odniesieniu do Ducha oraz przesadna racjonalizacja teologii. Można by także wymienić inne przyczyny, ale poprzestańmy na tych trzech.

Pójdźmy dalej, pytając już z perspektywy życia duchowego, chrześcijańskiej egzystencji. Dlaczego bóstwo Ducha Świętego ma aż takie znaczenie? Dlaczego nie można mówić o Duchu jako o jakiejś Bożej mocy, o sile, której Bóg nam udziela? Skąd tak mocny nacisk Kościoła, by mówić o Duchu jako o Osobie i jako o samym Bogu? Takie pytania stawiano w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, gdy dopiero kształtował się dogmat o Trójcy. Dziś również ktoś mógłby je zadać, choćby Świadkowie Jehowy…

Słuszne jest połączenie tych dwóch spraw – bóstwa i osobowości Ducha Świętego. Trzeba koniecznie rozumieć te dwie kwestie razem. W momencie, gdy zaczynamy myśleć o Duchu jako o jakiejś bezosobowej mocy Bożej, cofamy się do Starego Testamentu, w którym nie było jeszcze wyraźnego objawienia Osoby Ducha. Na tamtym etapie uznawano za oczywiste, że bóstwo odnosi się tylko do samego Jahwe, jedynego Boga, który podejmował decyzje, działał, miał plan wobec Izraela i świata, panował nad teraźniejszością, ale i przyszłością. Gdybyśmy jednak my dzisiaj mieli negować prawdę o bóstwie Ducha i o tym, że jest On Osobą, wtedy pojawiłoby się ryzyko myślenia funkcyjnego, że Duch został nam dany niejako do naszej dyspozycji. Skoro uznalibyśmy, że Duch jest jakąś rzeczą, to przy takim Jego rozumieniu moglibyśmy z Nim robić co nam się podoba, dostosowywać Go do naszych oczekiwań, pragnień, wyobrażeń. Duch Święty stałby się wtedy po prostu funkcją. I rzeczywiście widać to w tym, co nazwaliśmy wyżej chrystomonizmem. Duch Święty stał się w odbiorze chrześcijan tylko jakąś funkcją misji Jezusa. Natomiast jeśli wsłuchamy się w Objawienie, widzimy, że Duch Święty wybiera, powołuje, mówi, dokonuje, prowadzi, rozświetla, nakazuje, przypomina… Krótko mówiąc, jest Osobą Bożą i jako taki spełnia Bożą wolę wspólną dla całej Trójcy. Nie realizuje innego planu niż Ojciec i Syn. Ale to właśnie Duch Święty przenika nas i kształtuje. Warto tu przypomnieć ważną teorię, którą forsowali przedstawiciele myśli scholastycznej, choćby Piotr Abelard i Tomasz z Akwinu. Chodzi o inhabitatio – ten łaciński termin możemy przetłumaczyć jako zamieszkiwanie. To właśnie ono jest źródłem i początkiem łaski. Zdaniem teologów średniowiecza najpierw łaską jest to, że sam Bóg w nas mieszka, a dopiero później to, co On dla nas robi, co nam daje. To Duch Święty jest pierwszym darem, a pozostałe dary, czyli łaski, to po prostu skutki Jego obecności. Najpierw musimy więc uświadomić sobie obecność Ducha Świętego w nas, a dopiero później zwracać się do Niego z prośbą o dary. Niestety te ważne tezy wybitnych myślicieli Kościoła zostały zapomniane. Zaczęliśmy się interesować łaską jako życzliwością Pana Boga. Często rozumiemy łaskę właśnie tak, dość prymitywnie, jako pewną życzliwą postawę Boga wobec człowieka. Oczywiście Bóg jest życzliwy i dlatego udziela nam różnych darów. To, czego nie mamy, czego nam brakuje, daje nam życzliwy wobec nas Bóg. Z tego względu widzimy łaskę jako to, czego nie mamy z natury, czego nie możemy się spodziewać od tego świata, a co może nam dać tylko Bóg. Interesujemy się zatem pomocą, jaką możemy otrzymać z nieba w obliczu naszych niedostatków. To rozumienie dość płytkie i bezosobowe, ale niestety właśnie w tym kierunku poszło nasze myślenie. Dlatego tak istotne jest, by mówić o Duchu jako o Osobie Trójcy, o osobowym Bogu. Duch Święty to ten, który spełnia w nas samych Boże dzieła. Powtórzmy – Duch jest osobą pierwszego kontaktu. Kiedy myślimy o Nim, musimy więc pamiętać o kategoriach bóstwa i osoby.

Ksiądz profesor głosi obecność Ducha w sferze zarówno zawodowej, jak i duszpasterskiej. Dziesiątki rekolekcji różnego typu, pasterzowanie wspólnotom charyzmatycznym, współpraca ze zgromadzeniami zakonnymi, nauczanie kleryków i świeckich studentów teologii… To daje Księdzu szerokie spojrzenie na życie i mentalność katolików. Jaka jest we współczesnym Kościele świadomość obecności i działania Ducha Świętego?

Na początku odpowiem optymistycznie: coraz większa. Z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień wzrasta świadomość obecności Ducha Świętego. Jest nie tylko coraz więcej publikacji, ale także rekolekcji i spotkań poświęconych Duchowi. Raduje mnie, że kerygmat Kościoła, głoszenie obecności Boga, naprawdę przeradza się dziś w rodzaj proroctwa. Gdy czytamy opis Pięćdziesiątnicy w Dziejach Apostolskich, słyszymy, że Piotr cytuje znamienne proroctwo Joela o powszechnym wylaniu Ducha. Dziś widzimy, jak ta zapowiedź spełnia się na naszych oczach. Bóg naprawdę posłał swojego Ducha, rzeczywiście zalał nas ocean Bożej łaski, a niebo połączyło się z ziemią. To niesamowity cud, który dzieje się tu i teraz. I to trzeba głosić, bo dzieje się wielka sprawa. Duch faktycznie działa, przenika Kościół, zmienia życie jednostek, ożywia wspólnoty, kieruje historią. Pięćdziesiątnica realizuje się także w indywidualnych losach ludzi, w ich decyzjach, wewnętrznych przemianach, zewnętrznych uzdrowieniach i dziś mamy tego coraz większą świadomość. Jakie natomiast są konkretne znaki tego, że ze świadomością obecności Ducha Świętego jest coraz lepiej?

Duccio_di_Buoninsegna_-_Pentecost_-_WGA06739

Po pierwsze zaczęto mówić o Duchu jako o „Kimś”, czyli o osobie. Nie mówi się już nieustannie o jakiejś bezosobowej łasce, lecz wskazuje się wprost, że Bóg działa przez swojego Ducha. Chrystus udziela nam swoich darów przez Ducha i w Duchu. Ludzie otrzymują następujący przekaz: „Bóg działa w Tobie przez swojego Ducha”, „Bóg kocha Cię w Duchu”. Wraca tym samym terminologia personalistyczna, czyli osobowa. Znów rozmawiamy ze sobą językiem Biblii, mówimy o Bogu działającym, mówiącym do nas, prowadzącym nas. To jest niesamowite, musimy zdać sobie sprawę z tej kapitalnej zmiany języka religijnego, będącej wręcz rewolucyjną. Oczywiście nie chodzi o same słowa, lecz o to, że one naprawdę zmieniają więź ludzi z Bogiem. Coraz więcej osób otwiera się na żywą relację ze Stwórcą, coraz więcej widzi, że modlitwa to osobowe spotkanie. Dla wielu jest wręcz wstrząsającym odkryciem, że Bóg do nich osobiście przemawia. Dokonuje się to choćby przez popularny odrodzony po wiekach fenomen Lectio Divina. To jest po prostu cud – ludzie znów zaczęli czytać Biblię nie jako jakąś książkę, ale jako mówiące do nich żywe słowo. Trzeba tu też wymienić wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej, gdzie kładzie się duży nacisk na spotkanie z Bogiem kierującym do nas swoje słowo. Także wiele innych wspólnot, również charyzmatycznych, żyje dzisiaj słowem Bożym. Trzeba to widzieć jako efekt otwarcia się na Ducha Świętego. Odkryto wymiar prorocki słowa – sam Bóg do nas mówi! Językiem fachowym powiedzielibyśmy, że to aktualizacja słowa Bożego. Ale tu nie chodzi o jakiś techniczny proceder, to Duch sprawia, że słowo Jezusa dziś jest żywe i zbawia. I to jest drugi pozytywny znak współczesnej świadomości pneumatologicznej – odkrycie prorockiego wymiaru słowa Bożego. Teologowie powiedzieliby, że odkryto performatywny wymiar słowa, a więc: co Bóg mówi, to jednocześnie i sprawia.

Natomiast powiem też o pewnych negatywnych symptomach, które dostrzegam, głosząc na wiele sposobów Ducha Świętego i rozmawiając z różnymi ludźmi. Otóż problemem jest to, że wielu uważa sprawę Ducha za domenę jedynie wspólnot charyzmatycznych. Niektórzy nie dostrzegają, że Duch Święty jest źródłem naszego życia i zbawienia, a nie kwestią jakiejś frakcji kościelnej. Czasem ktoś mówi, że nie będzie się interesował Duchem Świętym, bo to nie jego duchowość. To absurd, nie ma takiej duchowości, która nie byłaby duchowością Ducha Świętego. Taka jest specyfika chrześcijaństwa, wszak już Jan Chrzciciel zapowiadał, że po nim nadchodzi Mesjasz – ten, który będzie chrzcił Duchem, czyli zanurzał w Duchu Świętym. Od czasów Chrystusa duchowość to po prostu nasz związek z Bogiem przez Chrystusa w Duchu Świętym. Ale pamiętajmy, że Duch zawsze jednoczy nas z Jezusem, który jako człowiek żyjący w Duchu jest wzorem dla każdego chrześcijanina. Skoro Jezus udziela nam Ducha, by nas ze sobą połączyć, to nie ma innego chrześcijaństwa i innej duchowości chrześcijańskiej, niż ta związana z Duchem Świętym. Tylko w Duchu możemy mieć dostęp do Jezusa i do Ojca. Dlatego razi mnie opór niektórych ludzi, jakieś dziwne blokady, przeświadczenie, że od Ducha Świętego są tylko pewne grupy. Duch Święty nie jest przecież domeną jedynie charyzmatyków.

Drugi wielki problem jaki dostrzegam to nasza nieumiejętność otwarcia się na działanie Ducha poza znanymi nam schematami. Chcielibyśmy ująć Boga w pewne ramy, określić gdzie może działać, a gdzie nie. Tymczasem Duch Święty to Bóg swobodny, który działa poza naszymi normami i przewidywaniami. Spójrzmy przykładowo na to, jak opisano działanie Ducha w Dziejach Apostolskich. Widzimy, że namaszczał ludzi w trakcie chrztu, przed tym sakramentem i po chrzcie. Przyjmijmy do wiadomości, że Duch Święty jest swobodny w swym działaniu. Oczywiste jest natomiast, że Duch Święty wybrał sakramenty, w tym wypadku chrzest, jako normalną, regularną drogę, którą do nas przychodzi. Mówiąc o swobodzie działania Boga, nie negujmy, że to On sam dał sakramenty jako szczególną przestrzeń swojego działania. Są to po prostu konkretne przejawy tego, jak Bóg obdarza nas swoim życiem. To jest przecież największe pragnienie Boga – obdarzyć ludzi swoim życiem. To jest właśnie łaska. Znaki sakramentalne są po to, byśmy wiedzieli, w którym momencie Bóg na pewno do nas przychodzi. Natomiast Duch działa przecież także poza sakramentami, przychodzi do nas, gdy się modlimy: czy to na spotkaniu wspólnoty, czy w czasie modlitwy z nakładaniem rąk, gdy odmawiamy różaniec albo, gdy sięgamy po brewiarz… Przychodzi także, gdy słuchamy głoszonego słowa Bożego i wzywa nas do nawrócenia. Ostatnio niektórzy teologowie fundamentalni dyskutowali nawet, czy nie nazwać słowa Bożego sakramentem, skoro przynosi ono ludziom łaskę.

Podsumowując, dziś w coraz większym stopniu widzimy Ducha Świętego, coraz bardziej jesteśmy otwarci na Jego działanie. Są pewne nieporozumienia, ale mimo wszystko powinniśmy być dobrej myśli. Chciałbym też podkreślić, że wszystko to, co się teraz dzieje na tym polu, było w Kościele obecne już od dawna. To znamienne, że o tym wszystkim wiedziano od początku, a my dziś zaskoczeni odkrywamy po wiekach te prawdy…

Ciąg dalszy nastąpi…

rozmawiał mw