Niedziela po uroczystości Objawienia Pańskiego przynosi święto, w którym wspominamy chrzest Pana Jezusa w Jordanie przyjęty z rąk Jana Chrzciciela. Ten szczególny dzień kończy liturgiczny okres Bożego Narodzenia, a zarazem kryje w sobie cały wachlarz znaczeń, przesłań, ale także rodzących się pytań. Myślimy z jednej strony o samym wydarzeniu sprzed dwóch tysięcy lat, pytając choćby o to, po co Jezus przyjął chrzest. Często rozumiemy chrzest przede wszystkim jako akt zmywając grzech, stąd zastanawiamy się, po co miałby go przyjmować bezgrzeszny Chrystus. Zastanawiamy się także nad własnym chrztem, którego w większości przypadków najzwyczajniej w świecie nie pamiętamy. Wiemy, że naszym zadaniem jest coraz bardziej otwierać się na dar przyjętego przed laty sakramentu, jednak często nie mamy pomysłu, co by to właściwie miało znaczyć i jaki ma związek z chrztem Jezusa w Jordanie.

Jednym z wielu tropów, które warto podjąć w rozważaniu tych zagadnień, jest Imię Jezusa. Liturgia zwróciła na nie naszą uwagę kilka dni wcześniej, 3 stycznia obchodziliśmy bowiem wspomnienie Najświętszego Imienia Jezus. Jak wiele imion biblijnych ma ono swoje bardzo konkretne znaczenie, przynoszące przesłanie religijne. Wiemy, że Jehoszua bądź w wersji skróconej Jeszua oznacza „Jahwe zbawieniem”. Imię to kojarzy nam się tak bardzo jednoznacznie z Chrystusem Panem, że nie dopuszczamy w naszym kręgu kulturowym, by ktoś inny miał nosić imię Jezus. Z drugiej strony zdajemy sobie sprawę, że to tylko nasze lokalne przeświadczenie – w innych krajach mających katolickie korzenie, głównie w krajach hiszpańskojęzycznych, imię Jezus jest bardzo popularne i nosi je wielu mężczyzn. A jak było w czasach biblijnych? Czy imię nadane Dziecięciu przez Świętego Józefa było zupełnie nowym i niepowtarzalnym? Bynajmniej, było to jedno z popularnych imion w starożytnym Izraelu. Nosiło je kilka postaci ze Starego Testamentu, z czego niejednokrotnie nie zdajemy sobie sprawy. By nie mylić postaci Zbawiciela z innymi bohaterami Pisma Świętego i nie wprowadzać zbędnego zamętu, tłumacze Biblii na języki narodowe zwykli inaczej przekładać imię Jehoszua w przypadku postaci Starego Przymierza. I tak oto mamy przede wszystkim Jozuego, tytułowego bohatera szóstej księgi biblijnego kanonu.

Zbieżność imion Zbawiciela oraz następcy Mojżesza nie jest pozbawiona swojego znaczenia, choć ukrywa się pod dwoistym spolszczeniem – Jozue i Jezus. Dla Ojców Kościoła, którzy szukali odważnie paraleli pomiędzy Starym i Nowym Testamentem, owa zbieżność była niezwykle istotna. Przypomnijmy, że Księga Jozuego opowiada o zdobywaniu przez Izraelitów Ziemi obiecanej. Mężny wódz prowadzi Hebrajczyków do walki i zwycięstwa nad narodami żyjącymi w Kanaanie, przy czym warto pamiętać, że są to zwycięstwa spektakularne i przeprowadzane bezwzględnie. Mamy do czynienia z jedną z najbardziej krwawych ksiąg biblijnych, w narracji której funkcjonuje idea tak zwanej wojny Jahwe, czyli takiego prowadzenia walki, które wyklucza branie zarówno łupu, jak i jeńców – wszyscy wrogowie mają zostać wybici. Najbardziej zasadniczym i przełomowym momentem opowieści o Jozuem jest jednak przejście przez Jordan. Wchodząc do Ziemi obiecanej, Izraelici napotykają na rzekę, przez którą przedostają się na sposób cudowny, doświadczając rozstąpienia się wód. Jest to oczywiste nawiązanie do przejścia przez Morze Czerwone opisanego w Księdze Wyjścia. Tak jak wody morza rozstąpiły się przed Mojżeszem, tak wody rzeki rozstępują się przed jego następcą Jozuem. Oznacza to, że Bóg nadal prowadzi swój lud i aktywnie kieruje jego losem. Mamy zatem postać imieniem Jozue i rzekę Jordan, a więc dwa elementy, które pojawiają się także w Ewangelii o chrzcie Pańskim. Co może oznaczać ta zbieżność?

Starożytni chrześcijanie studiujący wnikliwie pisma biblijne nie mieli wątpliwości – nowy Jozue dopełnia to, czego dokonał stary. Zadaniem Jozuego żyjącego ponad tysiąc lat przed Chrystusem było wprowadzenie Ludu Bożego do Ziemi obiecanej. Ale to dopiero nowy Jozue wprowadza nas do prawdziwej, duchowej ziemi obiecanej, już nie tej w Palestynie, ale tej w niebie. Dawny Jozue niszczył wszystkich wrogów, którzy stali na drodze do jego celu. Nowy Jozue niszczy wszystko to, co staje na przeszkodzie naszemu zbawieniu. W przeciwieństwie do dawnego ten Jozue nie zabija jednak żadnego człowieka. Walczy on jedynie z grzechem jako siłą niszczącą każde ludzkie życie. Jego walka jest bezwzględna i do takiej walki zaprasza także swoich uczniów, stanowiących nowy lud Izraela. Każde światowe przywiązanie, każda nieuporządkowana relacja i każde ziarno egoizmu musi zostać bezwzględnie zniszczone, jeśli naprawdę chcemy posiąść ziemię obiecaną. Czytając Księgę Jozuego, chrześcijanie nie mieli wątpliwości – to ostatecznie opis tego, jak Pan Jezus zdobywa przestrzeń naszego serca, wypędzając z niej wszelkie zło i czyniąc je swoją ziemią. A jak zaczyna się ta walka, co jest jej początkiem? Przejście przez Jordan. To oczywiście chrzest jest zanurzeniem w Jordanie, od którego zaczyna się nasze zdobywanie ziemi obiecanej. W chrzcielnej rzece zanurza się sam nowy Jozue, mimo że osobiście nie potrzebuje oczyszczenia. Wraz z Nim zanurzamy się i my, wkraczając na teren walki o prawdziwe szczęście. Z tej perspektywy widać jasno, że chrzest to wejście do ziemi obiecanej, ale także początek walki. Najgorszym, co moglibyśmy zrobić, to spojrzeć na ten sakrament jako statyczny punkt, który wszystko załatwia i normalizuje. Chrzest to początek bitwy, ale nie będziemy walczyć z ludźmi, tylko z wszystkim tym, co w nas samych domaga się zniszczenia. Cała tendencja do wywyższania się nad innych, żądza panowania i posiadania, poszukiwanie własnej chwały, wszystko to musi zostać bezwzględnie wybite. I to taki jest cel chrztu, by nas do takiej śmiertelnie poważnej wojny przygotować, jednocześnie zapewniając nas o już dokonanym zwycięstwie. By razem z Jezusem przejść ze śmierci, nazywanej przez nas niekiedy życiem, do prawdziwego życia w Kanaanie. Czy taką właśnie intencję mieli nasi rodzice, kiedy przynosili nas do chrzcielnicy, gdy byliśmy niemowlętami? A może raczej mieli na myśli spełnienie tradycyjnego rytuału, ewentualnie magicznego zabiegu, alternatywnego bądź uzupełniającego wobec czerwonej wstążki zawiązanej na rączce, który to zwyczaj miałby uchronić nas przed chorobą, nieszczęściem albo pójściem do piekła? Nie ma to już dzisiaj żadnego znaczenia. Dziś to już od nas zależy, co zrobimy dalej z naszym chrztem. Czy poprzestaniemy na obrzędzie zanurzenia się w wodach Jordanu, czy wejdziemy do ziemi obiecanej, by tam zawalczyć o prawdziwe życie?

Po co właściwie cała ta wojna, do której zaprasza nas Jozue przez swój chrzest? Nie chodzi w niej o uzyskanie moralnej doskonałości, którą moglibyśmy się potem napawać. Rzecz nie leży w tym, żeby przestać popełniać błędy, ale by inaczej spojrzeć na rzeczywistość, inaczej traktować siebie i innych ludzi. Celem zaś, podobnie jak przed trzema tysiącami lat, jest zdobycie ziemi obiecanej. Co ona jednak dzisiaj oznacza? Lub inaczej – czym właściwie jest ziemia obiecana, skoro nie jest dosłownie ziemią? Odpowiedź przychodzi w Ewangelii. Ziemia obiecana to przestrzeń, w której Duch zstępuje na nas jak gołębica. I moment, w którym wreszcie możemy usłyszeć głos z niebios. Jest to głos, za którym od zawsze tęskniliśmy. Głos, którego pragniemy najbardziej na świecie. Chodzi o słowa, które chcemy z całych sił uzyskać od innych ludzi. To właśnie dlatego robimy wiele głupich rzeczy, bo chcemy wreszcie to usłyszeć. Dzięki świadomemu wejściu w tajemnicę chrztu możemy razem z Jozuem usłyszeć te słowa. I to nie od ludzi, ale z samego nieba. Nie chodzi o nic więcej, jak tylko o to, by wreszcie usłyszeć: Jesteś kochany (por. Łk 3, 22).

mw