Wspominając dziś Świętego Benedykta z Nursji, myślimy nie tylko o tej konkretnej postaci, ale o całym ruchu monastycznym, który w Kościele Zachodnim właśnie od niej wziął swój początek. Już w Ewangeliach Jezus wskazuje, że wśród Jego uczniów są tacy, którzy radykalnie ucieleśnią Jego styl życia, praktykując bezżenność i ubóstwo. I rzeczywiście od początku dziejów Kościoła pojawiali się tacy chrześcijanie, których nazwalibyśmy osobami konsekrowanymi, choć taki styl życia przez długi czas nie miał charakteru zinstytucjonalizowanego. Pierwszą, bardziej zorganizowaną formą życia według rad ewangelicznych był właśnie ruch mniszy, który zrodził się w III wieku na terenie dzisiejszego Egiptu. Znane z imienia postaci liderów kształtującego się wówczas monastycyzmu to Święty Antoni (nie mylić z franciszkańskim Antonim Padewskim) i Święty Pachomiusz. Pierwszy z nich proponował życie w kompletnym odosobnieniu, a więc życie pustelnicze. Pachomiusz natomiast zakładał wspólnoty życia, w których mnisi wstępowali na radykalną duchową drogę, mieszkając jednak w jednym miejscu i wspólnie się modląc.

Ten drugi styl życia mniszego z czasem przyjął się także w Kościele w Europie, a jego zasadniczym liderem stał się Benedykt z Nursji. Zakładał on mnisze wspólnoty w Italii i napisał regułę, która na długie lata stała się podstawowym prawem zakonnym na zachodzie. Priorytet w życiu uczniów Benedykta miała oczywiście modlitwa, między innymi wspólne odmawianie psalmów. Jednak Benedykt stawiał także duży nacisk na wielowymiarową pracę mnichów, mającą również wymiar duchowy i formacyjny. Wszyscy znamy popularne hasło podsumowujące nauczanie Świętego Benedykta – Ora et labora. Warto uzmysłowić sobie, że drugi człon tej formuły stawia życie mnisze w pewnym jaskrawym paradoksie. Otóż w punkcie wyjścia mnisi są tymi, którzy zrezygnowali z tego świata, jego dóbr i uciech, ale także po prostu jego cywilizacyjnych udogodnień. Z drugiej strony to właśnie ci ludzie, którzy zdystansowali się względem świata, zamykając się w klasztorze, zaczęli swoją pracą przemieniać ten świat. Ruch mniszy był początkowo kontrkulturowy, ale paradoksalnie stał się kulturotwórczy. To benedyktyni byli w Europie – wówczas nieco cywilizacyjnie zagubionej – prowodyrami i nauczycielami szeroko pojętej kultury. Działanie mnichów benedyktyńskich na tym polu sięgało wielu wymiarów: hodowli zwierząt, uprawy roli, prowadzenia ogrodu, gastronomii. Ale także – i to szczególnie trzeba podkreślić – wysokiej kultury intelektualnej.

W 529 roku, tym samym, w którym Benedykt założył pierwszy klasztor na Monte Cassino, zamknięto ostatecznie Akademię Platońską. Chodzi o szkołę założoną ponad osiemset lat wcześniej przez wielkiego filozofa Platona i będącą przyczółkiem filozoficznej myśli europejskiej. Oba wydarzenia nie mają ze sobą związku przyczynowo-skutkowego. Po prostu tak się zdarzyło, że gdy zamknięto Akademię, otwarto klasztor Benedykta. Często jednak widzi się w tej zbieżności wymiar symboliczny. Kiedy zakończyła się ostatecznie epoka pogańskiej starożytności i jej mędrców, rozpoczęła się epoka mnichów. Nastąpiła zmiana warty i teraz lud wpatruje się w uczniów Benedykta i od nich uczy się kultury, tak jak wcześniej uczył się jej od uczniów Platona. Jest tu zerwanie, ale i ciągłość. W sztafecie pokoleń wciąż przekazywane będzie starożytne dziedzictwo, ale teraz już schrystianizowane. Mnisi przekażą dalej to, co głosiła Akademia, ale już rozświetlone blaskiem Ewangelii.

Benedyktyni mieli świadomość, że najważniejszym, co mają do przekazania Europie, jest po prostu Ewangelia. Ale wiedzieli także, że Ewangelia nie może trafiać w próżnię, że trzeba zadbać także o kulturę, w której królestwo Boże ma wzrastać. Chcieli przekazać przyszłym pokoleniom wszystko to, co wartościowego zostawił po sobie grecko-rzymski antyk. Dlatego skrupulatnie, dzień za dniem, przepisywali dzieła filozofów, pisarzy i historiografów. To dzięki tej mniszej pracy dziś możemy sięgać do tekstów tak istotnych dla myśli europejskiej, jak choćby dialogi wspominanego Platona czy mowy Cycerona. Benedyktyni oparli się pokusie banalnego odrzucenia pogańskiego dziedzictwa, mimo że była ona we wczesnym chrześcijaństwie dosyć silna. Co więcej, nie przepisywali tylko tych dzieł, które mogłyby mieć jakąś funkcję pomocniczą dla teologii, ale także na przykład teksty Owidiusza traktujące o sztuce uwodzenia. Możemy zakładać, że dla uczniów Benedykta było jasne, iż chrześcijanie powinni odnajdywać się we wszystkim tym, co najpiękniejsze i najszlachetniejsze w kulturze, w której żyją.

Warto pamiętać dziś o tym trudzie, jaki podjęli benedyktyni, by przekazać kolejnym pokoleniom kulturowe dziedzictwo. Zanim ktokolwiek rzuci kolejny slogan o katolickim ciemnogrodzie, który nic innego nie robi, jak tylko blokuje rozwój cywilizacji, dobrze żeby pamiętał, że to ten „ciemnogród” zachował od zniszczenia i zapomnienia mądrość starożytnych filozofów, a potem twórczo ją rozwijał. Ale wspomnienie Świętego Benedykta stawia przed konkretnymi pytaniami także nas, katolików. Czy pamiętamy o tym, że wiara zobowiązuje nas także do zaangażowania kulturalnego, do twórczego działania i przekazywania dziedzictwa, które nas ukształtowało? Oczywiście nie chodzi o to, by wpadać w ton narracji o zagrożonej Europie i potrzebie walki z kimś lub czymś, co chce ją zniszczyć. Wiemy dobrze, że celem chrześcijaństwa jest zbawienie ludzi, a nie uratowanie kultury europejskiej. Ale to nie zmienia faktu, że jesteśmy zobligowani do podjęcia i rozwijania kultury, w której funkcjonujemy jako ludzie wierzący. Może to zabrzmi śmiesznie lub pretensjonalnie, ale jako chrześcijanie w Europie jesteśmy potencjalnie przedstawicielami intelektualnej i kulturalnej arystokracji. I choć najważniejsze jest to, czy przekażemy kolejnym pokoleniom wiarę w Jezusa Chrystusa, to nie jest także bez znaczenia, jakie przekażemy im dziedzictwo kulturowe. By się o to zatroszczyć, najpierw musimy sami się w dziedzictwo Europy zanurzyć. Nie po to mnisi pieczołowicie przepisywali teksty Platona, żebyśmy my dzisiaj zadowalali się harlequinami. Widząc trud naszych poprzedników na ścieżkach wiary, czujemy, że nie powinniśmy oglądać, czytać i słuchać byle czego. W jakie dziedzictwo wprowadzimy nasze dzieci – w banalny serial komediowy, idiotyczne teksty tabloidów czy zbudowane na trzech dźwiękach radiowe hity? Być może takie pytania stawia nam dziś Święty Benedykt z Nursji.

mw