Papież Leon, którego wspominamy 10 listopada, zasłużył sobie na przydomek „Wielki” nie tyle poprzez jakąś wyróżniającą się postawę życiową, co poprzez wyrazistość swojego nauczania. Potrafił jasno i niedwuznacznie przedstawić doktrynę chrześcijańską, co było szczególnie istotne w jego czasach trawionych atakami niebezpiecznych herezji. Błędy teologiczne, z którymi zmagał się święty papież, to przede wszystkim te dotyczące osoby Jezusa Chrystusa, Jego bytu i znaczenia. Wszyscy uznawali już w tamtym czasie, że Jezus był wcielonym Synem Bożym, zrodzonym z Ojca przed wszystkimi wiekami. Wiara w bóstwo Chrystusa przysłaniała jednak niekiedy prawdę o Jego prawdziwym człowieczeństwie. Przesadnie „pobożny” nurt teologii, uprawianej zwłaszcza przez mnichów, widział w Jezusie Boga, który chodził po ziemi niejako w przebraniu człowieka. Uważano, że Jezus miał tylko jedną, boską naturę, człowieczeństwo zaś było tylko jakąś martwą formą Jego objawiania się ludziom. Ten pogląd, zwany z greki monofizytyzmem, spotkał się z reakcją trzeźwo myślących pasterzy, w tym papieża Leona. W liście do patriarchy Flawiana papież wyłożył jasno naukę o Jezusie Chrystusie jako posiadającym dwie natury – boską i ludzką.

„[N]iewidzialny w swojej naturze stał się widzialny w naszej; niepojęty chciał być ogarniony; istniejący przed wiekami zaczął istnieć w czasie; Pan wszechświata przyjął postać służebną, zasłaniając swój niezmierny majestat; niepodlegający cierpieniu Bóg nie zawahał się być człowiekiem podległym cierpieniu, a nieśmiertelny poddał się prawom śmierci”.

Nauczanie papieża stało się bodźcem dla innych biskupów, którzy zgromadziwszy się na soborze w Chalcedonie, sformułowali prawowierne nauczanie o Jezusie Chrystusie, będącym jedną i tą samą osobą, posiadającym jednak dwie natury. Sobór precyzuje, jak te dwie natury współistnieją w Jezusie i w paradoksalny sposób są ze sobą połączone. Żeby dobrze zrozumieć istotę chalcedońskiego dogmatu, wystarczy przypomnieć sobie tekst znanej kolędy: „Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony. Ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony…”. Wiara chrześcijańska jest utkana z paradoksów, a rozstrzygnięcia doktrynalne Kościoła nie zaprzeczają temu, lecz raczej stoją na straży paradoksu. Jednocześnie rozstrzygnięcia te są same w sobie jasne i bardzo precyzyjne. Posłuchajmy, jak ojcowie soborowi w 451 roku sformułowali zależność między dwiema naturami osoby Jezusa.

„[J]ednego i tego samego Chrystusa Pana, Syna Jednorodzonego należy wyznawać w dwóch naturach, bez zmieszania, bez zmiany, bez rozdzielania i rozłączania. Nigdy nie zanikły różnice natur przez ich zjednoczenie, ale została zachowana właściwość obu, tworzących jedną osobę i jedną hipostazę”.

Przytoczony dogmat stał się na długie wieki normą rozważań o Chrystusie i normą wiary dla Kościoła. Warto pamiętać, że nie byłoby go, gdyby nie bezkompromisowe i kapitalnie wyważone nauczanie papieża Leona. Nic dziwnego, że gdy w trakcie soboru odczytano treść listu Leona Wielkiego (sam papież nie był obecny na obradach), ojcowie mieli krzyknąć: „Piotr przemówił przez Leona!”. Tak właśnie postrzegano rolę papieża jako tego, który, będąc następcą Świętego Piotra, umacnia braci w wierze, dba o czystość przekazywanej nauki i czuwa nad jej wypaczeniami.

Warto pamiętać o dzisiejszym patronie i jego wkładzie w rozwój doktryny chrześcijańskiej. Ale nie chodzi tylko o jakieś wspomnienia czy kolejną laurkę dla przywoływanego w liturgii Świętego. To przede wszystkim dobra okazja, żeby poobcować trochę z treścią dogmatu wiary ogłoszonego ponad półtora tysiąca lat temu w Chalcedonie (na terenie dzisiejszej Turcji). Dogmat wcale nie gryzie, a może wiele pomóc w przeżywaniu wiary i w rozumieniu rzeczywistości. Chyba szczególnie cenna jest wyliczanka zależności pomiędzy naturami Chrystusa: „bez zmieszania, bez zmiany, bez rozdzielenia i bez rozłączenia”. Te słowa tłumaczą nie tylko samą postać Chrystusa, ale w ogóle całą rzeczywistość wiary, całą zależność między tym co Boże, a tym co ludzkie. Zależność ta musi pozostać paradoksem. Próbowanie postawienia grubej kreski, oddzielającej sprawy Boże od ludzkich, kończy nieuchronnie w krainie herezji razem z monofizytami. Boskie i ludzkie idą razem, trwają nierozdzielne jako dwa aspekty naszego życia, tworzące cały jego paradoks. Nie jesteśmy Bogiem ani nie staliśmy się Nim. A jednak stajemy się jedno z Nim, zanurzamy się w Nim. Nie można nas od Niego oddzielić, nawet w teorii. W Chrystusie widzimy, że Boga nie da się pomyśleć bez człowieka, a człowieka bez Boga. A patrząc na nasze życie w kluczu dogmatu z Chalcedonu, nie oddzielajmy prozaicznych ludzkich spraw i niecodziennych boskich interwencji. Wszystko, co robimy, przeżywamy i spotykamy, jest w pełni ludzkie, a jednocześnie w pełni Boże. Bóg przyjął człowieczeństwo w całej pełni, jako swoje. I nic co ludzkie nie jest mu obce. Takiego właśnie chrześcijaństwa, które spraw Boga i człowieka nie miesza w jakąś hybrydową całość, ale też nigdy ich nie rozdziela, uczy nas Święty Leon Wielki. Pokazuje, że nasz człowieczy los jest także losem samego Boga. Nasza wolność, będąc naprawdę naszą, staje się przestrzenią Bożego działania. To naprawdę dobra nowina, dlatego warto dziś krzyknąć: „Piotr przemówił przez Leona!”.

mw