Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa zasadza się na niewiarygodnym paradoksie. To pewne szaleństwo, które Kościół brawurowo ogłasza na placach i ulicach miast i wsi. Dwie rzeczywistości, które wydają się jaskrawie sprzeczne, zostają tu złączone w jedno. Nie ma nic mniej cielesnego niż Bóg, a jednak tu mówi się właśnie o Bożym Ciele. Nie ma nic bardziej nieboskiego niż ciało, a jednak tu właśnie ono odbiera boską cześć. Ten, który jest ponad wszelką konkretnością, staje się konkretem. Wcielone Słowo ciągle jawi nam się w ciele, poprzez konsekrowaną hostię. I od wieków odpowiedzią na tę zaskakującą obecność jest milcząca adoracja. Bardziej uroczyście, jak w dzień Bożego Ciała, lub bardziej pośpiesznie, na co dzień, pomiędzy obowiązkami a rozrywkami, wchodzimy do kościołów, by adorować.

Czym właściwie jest adoracja Najświętszego Sakramentu i jaki jest jej sens? Odpowiedzi na to pytanie może być z pewnością wiele, ale zaproponujmy jedno bardzo ważne rozróżnienie. Istnieją dwa typy adoracji, stanowiące dwa etapy jej przeżywania, a może lepiej powiedzieć – dwa elementy, bo mogą one występować jednocześnie, choć to drugi jest właściwym kresem adorowania.

Pierwszy rodzaj adoracji to podziwianie. Można wyobrazić sobie nastolatkę, która wiesza w swoim pokoju plakat ulubionej piosenkarki. Wpatruje się w jej wizerunek i zachwyca się nim. Ta osoba jest dla niej idolem, wzorem piękna, kimś godnym podziwu. Taka adoracja jest podziwianiem, które daje wytchnienie, wzbudza zachwyt, uspokaja. Chodzi o oglądanie piękna jak w przypadku kontaktu z górskimi widokami lub wielkimi dziełami malarskimi. W taki też sposób adorujemy Najświętszy Sakrament. Taka adoracja to zachwyt nad Bożym pięknem, zatrzymanie się i wpatrywanie w Tego, który nas ukochał.

Ale na tym adoracja nie może się skończyć. Po podziwianiu przechodzi ona w drugi etap, mianowicie w wewnętrzną przemianę tego, który adoruje. Pomyślmy znowu o plakacie, tym razem przedstawiającym naprężającego mięśnie kulturystę. Plakat wisi w siłowni i wpatrują się w niego ci, którzy przychodzą poćwiczyć, chcąc się zmienić. Ten plakat nie służy już tylko do podziwiania. Zerkanie na niego to bodziec błyskawicznie mobilizujący do ćwiczeń. Patrzący daje się ponieść temu widokowi i wchodzi w proces przemiany swojego życia, by utożsamić się z tym, co widzi. On też chce być tak dobrze zbudowany. I taki jest cel adoracji Najświętszego Sakramentu – patrzymy, by stać się tym, na co patrzymy. W przeciwieństwie do siłowni nie robimy tego własnymi wysiłkami, lecz sam Ten, w którego się wpatrujemy, skutecznie nas przemienia. Pozwolić Mu na to i stawać się takim jak On – oto drugi element adoracji, bez którego sam podziw do niczego nie prowadzi. „Ja też chcę mieć takie mięśnie, też chcę być tak zbudowany” – powtarzamy sobie na siłowni. A na adoracji: „Ja też chcę być taki jak Ty. Chcę być dobry jak chleb. Chcę tylko kochać, chcę być czysty jak ta hostia. Przemieniaj mnie”.

Ale i ten rodzaj adoracji jest tylko wstępem do tego, co naprawdę najważniejsze. By stawać się Nim, nie wystarczy patrzeć. Trzeba spożywać. Ostatecznie, ustanawiając Eucharystię, nie powiedział: „Bierzcie i patrzcie”, tylko: Bierzcie i jedzcie. Kresem adoracji jest spożywanie, które jednoczy i przemienia nas w Tego, którego spożywamy. „Człowiek jest tym, co zje”, zauważył jeden z filozofów. Tak, stajemy się Tym, którego jemy z ołtarza.

Ciekawe, że pierwszych chrześcijan w Imperium Rzymskim oskarżano o kanibalizm. Msze Święte odbywały się w ukryciu i ich przebieg nie był znany profanom. Stąd słysząc o „jedzeniu ciała”, obywatele rzymscy mieli jednoznaczne skojarzenia – ta żydowska sekta to kanibale! Oczywiście już wtedy tłumaczono, że zarzut jest zupełnie chybiony i spożywanie sakramentalnego chleba i wina, które, według chrześcijan, stają się Ciałem i Krwią Chrystusa, nie ma nic wspólnego z dosłownym jedzeniem ludzkich tkanek. Ale może ten absurdalny zarzut kanibalizmu nie jest aż tak głupi, jak się wydaje? Antropolodzy kulturowi wykazują, że u ludów pierwotnych w większości przypadków kanibalizm nie był jakąś doraźną aberracją kulinarną, ale czymś symboliczno-kultycznym. Funkcjonowało przekonanie, że moc szczególnych jednostek przejdzie na tych, którzy spożyją ich ciało. Jeśli ktoś wyróżniał się jakąś duchową czy fizyczną siłą, społecznym oddziaływaniem albo urodą, zjedzenie jego ciała miało zapewnić kanibalom stanie się takim, jak skonsumowana osoba. Eucharystia w swoim znaczeniu nie jest aż tak daleka od tej intuicji. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim (J 6, 56). Żadna adoracja czy procesja nie ma sensu, jeśli to wszystko nie prowadzi ostatecznie do spożywania Ciała Chrystusa i stawania się z Nim jedno. Uroczystość Bożego Ciała to wielki znak tego, że możemy stawać się tacy jak Bóg. Nie mamy już pretekstu, że On jest tak duchowy, a my przecież cieleśni. Oto dziś staje przed nami Bóg w Ciele i Krwi. Bierzcie i jedzcie.

mw