Czytając Nowy Testament i inne pisma pierwotnego Kościoła, jednoznacznie przekonujemy się, że dla pierwszych chrześcijan perspektywa bliskiego nadejścia królestwa Chrystusa była czymś absolutnie fundamentalnym i rozstrzygającym. Sam Jezus w Ewangeliach zapowiada swoje nadejście w chwale, Święty Paweł w swoich wczesnych listach zdaje się uważać, że nastąpi to już za chwilę, a kończąca kanon Apokalipsa zwieńczona jest wołaniem Marana tha, czyli: Przyjdź, Panie! Cały fenomen wczesnego chrześcijaństwa staje się zrozumiały tylko na tym tle. Rygoryzm moralny, wezwanie do wyrzeczenia, sprzedawanie posiadłości i rozdawanie majątków, wreszcie prymat celibatu nad małżeństwem i życiem rodzinnym – wszystko to ma swój kontekst właśnie w przekonaniu, że wkrótce Pan przyjdzie. Ziemska rzeczywistość została całkowicie zrelatywizowana, a egzystencja człowieka postawiona pod znakiem oczekiwania nadejścia Zbawiciela, które nastąpi już niebawem.

Oczekiwanie powtórnego przyjścia Syna Bożego z czasem okrzepło, aż wreszcie stało się niemal martwe i tylko symboliczne. Spodziewany przełom czasu nie nadchodził, a chrześcijanie zadomawiali się na świecie. Doczesność przestawali traktować jako chwilowy i przejściowy etap, zaczęli natomiast w nią inwestować. Przykładać wagę do życia społecznego, posiadłości, pracy, budowania domów i budowania swojej pozycji na świecie. W tych gorzkich uwagach nie ma żadnego wyrzutu, po prostu w pewnym sensie tak musiało być. Jeśli okazało się, że chrześcijaństwu dane jest na dłużej zanurzyć się w ten świat, musiało ono w jakimś sensie się tu zadomowić. A jednak wraz z utratą przekonania o bliskim końcu utraciliśmy coś bardzo ważnego. Jakieś zasadnicze poczucie tego, o co naprawdę chodzi w całej otaczającej nas rzeczywistości. Z Bogiem „załatwiamy” nasze ziemskie sprawy, prosząc Go o zdrowie czy zdaną maturę, ale nie czekamy już, a może nie wierzymy w to, że może On tu przyjść i przemienić wszystko.

Pierwotny ogień oczekiwania na przyjście Pana przetrwał w okrzepłej, ustabilizowanej postaci okresu liturgicznego, który dziś właśnie się zaczyna. Adwent, jak poucza Kościół, nie jest w pierwszej kolejności okresem przygotowania do Bożego Narodzenia, ale czasem rozbudzenia wiary w to, że Jezus Chrystus powróci i skończy znany nam świat. Czy jesteśmy w stanie dziś na coś takiego czekać? Czy możemy potraktować to poważnie, skoro od dwóch tysięcy lat Pan nie przychodzi? Te pytania nie pojawiły się dzisiaj, ale już pod koniec pierwszego wieku, kiedy entuzjazm eschatologiczny chrześcijaństwa zaczął przygasać. Relacjonuje to późno napisany 2 List Świętego Piotra, w którym czytamy przytoczone pytanie, zapewne często się już pojawiające: Gdzie jest obietnica Jego przyjścia? (3, 3).

Słowo „adwent”, które będzie nam towarzyszyć w najbliższych tygodniach, oznacza najzwyczajniej w świecie „przyjście” (łac. adventus). To chyba dość istotna wskazówka – jesteśmy w okresie oczekiwania na przyjście, ale także po prostu jesteśmy w czasie przyjścia. Skoro zaczyna się Adwent, to już teraz zaczyna się przyjście Pana. Może odbiega ono od naszych wyobrażeń i nie jest jeszcze spełnione tak, jak tego oczekujemy. Świat nadal trwa i prawdopodobnie – choć tego nie wiemy – przetrwa także ten kolejny Adwent. Nie wydarzy się kosmiczna katastrofa, nie zobaczymy spektakularnych znaków na niebie i nie staniemy na sądzie, gdzie Syn Człowieczy będzie rozdzielał owce od kozłów. Ale przyjście Pana już teraz się zaczyna, subtelnie i niepozornie, jak w lekkim powiewie Eliasza.

Pod łacińskimi terminami ukrywają się z kolei greckie, które są dla nas rozstrzygające. To greka jest językiem Nowego Testamentu, więc do niej powinniśmy sięgać, kiedy chcemy zrozumieć biblijne i liturgiczne idee i zagadnienia. Otóż pod łacińskim adventus kryje się grecka parousia, pojęcie dobrze nam znane. Katechizmowo rzecz biorąc, paruzja to powtórne przyjście Chrystusa na ziemię u końca wieków. Ale trzeba pamiętać, że samo słowo nie zawiera w sobie nic o powtórnym przyjściu. Oznacza po prostu przyjście, a używano go, choćby opisując wizytę ważnego władcy czy urzędnika w danym miejscu. Biblia zdaje się nie aż tak mocno rozdzielać pierwsze od drugiego przyjścia, mówi raczej po prostu o przychodzeniu, które trwa. Przychodzenie Pana miało swój szczególny punkt w Betlejem, co będziemy już wkrótce rozważać i świętować, ale trwa ono nadal. I zanim spełni się u końca czasów, świat nie pozostaje opuszczony przez Chrystusa. Między pierwszym a drugim przyjściem rozciąga się tak naprawdę jedno jedyne przyjście. Podstawowe i pierwotne znaczenie terminu parousia to po prostu obecność. To właśnie ta obecność wciąż trwa i daje się odkrywać. Nie trzeba tyle się jej spodziewać, co raczej ją dostrzegać i się na nią otwierać.

Czy nie w kluczu paruzji, czyli obecności, da się jedynie zrozumieć chrześcijaństwo także dzisiaj? Jak ważna jest dla Kościoła obecność Pana w Jego słowie, obecność w siedmiu sakramentach, obecność we wspólnocie wiary? Dalej: obecność w łasce i w mocy Ducha Świętego. Obecność w Maryi, która szczególnie mocno towarzyszy nam w czasie Adwentu. Ale obecność tę można odkrywać także w spotkaniu z drugim, w naszych decyzjach i działaniach. Czym wreszcie jest oczekiwane przez nas niebo, jeśli nie pełnią obecności Boga? A czemu mówimy o piekle, jeśli nie po to, by ostrzegać siebie i innych przed perspektywą utraty tej obecności?

Wchodząc w Adwent, wchodzimy w paruzję, wchodzimy zatem w obecność. Nie trzeba nam tajemnych przepowiedni i wyznaczonych przez rzeczoznawców dat końca świata. Widzimy, jak Pan przychodzi na sposoby sobie tylko wiadome, a przez nas w pokorze rozpoznawane. I choć mijają setki lat, wciąż możemy rozbudzić w sobie postawę oczekiwania. Nie jest to oczekiwanie na przyjście nieobecnego, ale na dopełnienie się Jego niezwykłej obecności. I to oczekiwanie, gdy się w nim rozsmakować, porządkuje ziemskie troski, czyniąc nieważnymi sprawy uważane dotąd za bardzo ważne. Uczy pragnąć tylko jednego – zanurzenia się na zawsze w obecną Miłość.

mw