Skąd wziął się różaniec? Nie jest wcale tak łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Modlitwa różańcowa nie powstała z dnia na dzień, jak sugerowała upowszechniona niegdyś dominikańska legenda, według której Święty Dominik otrzymał różaniec bezpośrednio od Matki Bożej. Na powstanie różańca wpłynął raczej cały szereg czynników, które ostatecznie doprowadziły do zadomowienia się w Kościele tej znanej nam formy modlitewnej w drugim tysiącleciu chrześcijaństwa. Niektórzy mocno podkreślają, że kluczowe w tej historii jest znaczenie psałterza. Otóż psalmów mamy w Biblii, jak wiadomo, sto pięćdziesiąt. Wszystkie je odmawiali starożytni mnisi, nie tak jak dziś w cyklu dwu- lub czterotygodniowym, ale każdego dnia wszystkie. Natomiast ludzie, którzy nie znali tekstów psalmów i nie potrafili czytać, byli zachęcani do odmawiania zamiast nich stu pięćdziesięciu zastępczych modlitw, na przykład Pozdrowień anielskich. Tu właśnie tkwiłaby, zdaniem wielu badaczy, geneza liczby stu pięćdziesięciu „zdrowasiek” w różańcu (po pięćdziesiąt w tajemnicach radosnych, bolesnych i chwalebnych – tajemnice światła zostały dodane dopiero niedawno). Ale oprócz tego jest także inna inspiracja, która bez wątpienia kształtowała różaniec. Chodzi o sposób modlitwy, który sięga już starożytności i jest praktykowany przede wszystkim na chrześcijańskim Wschodzie.

Modlitwa Jezusowa, bo o niej mowa, to w pewnym sensie matka różańca. Wszelkie modlitwy związane z powtarzaniem konkretnych słów, zarówno litanie, jak i różaniec, mają swoje źródła właśnie w tej modlitwie. Była ona praktykowana przez wschodnich mnichów i pustelników, jak Święty Makary Wielki czy Ewagriusz z Pontu. Za pośrednictwem tych świątobliwych ludzi rozszerzała swoje wpływy na całe chrześcijaństwo. Wielu z nich opisywało swoje doświadczenia związane z tą modlitwą, a ich teksty do dzisiaj są inspirujące dla chcących wejść na tę ścieżkę. W kolejnych wiekach modlitwa jezusowa stała się charakterystyczna dla Kościoła prawosławnego, na zachodzie zaś została nieco zapomniana. Współcześnie jednak przeżywa swój renesans także w Kościele katolickim – powstają grupy ją praktykujące, ukazują się liczne publikacje na jej temat, organizowane są konferencje naukowe. Do upowszechnienia się tej formy przyczyniła się anonimowa książka z XIX wieku pod tytułem Opowieści pielgrzyma. Na czym polega modlitwa jezusowa? Odpowiedź jest zaskakująco prosta – na cichym powtarzaniu, najlepiej w rytm oddechu, słów: Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem. Tę lub wedle uznania podobną formułę powtarzamy bez końca, wyciszając przy tym swoje myśli, nie prowadząc żadnej aktywności uczuciowej i trwając w fizycznym bezruchu. Tylko tyle i – jak się przekona, kto spróbuje – aż tyle.

Upowszechnienie się praktyki modlitwy jezusowej daje nam nowe spojrzenie na jej zachodnią córkę – modlitwę różańcową. Tak jak w przypadku pierwszej używa się niekiedy czotek, czyli modlitewnych sznurów z paciorkami, tak w różańcu używamy podobnej koronki. I tu, i tu powtarzamy tę samą formułę modlitewną. W wypadku różańca jest to Zdrowaś Maryjo, ale zauważmy, że w centrum tej krótkiej modlitwy także znajduje się imię Jezus. Można więc powiedzieć, że istotnie różaniec jest po prostu pewną wersją modlitwy jezusowej. Co to nam mówi o samym różańcu? Jeśli wierzyć wskazówkom duchowych mistrzów, chodzi w nim wcale nie o intensywne myślenie, lecz o uwolnienie się od myśli. O wyciszenie, zwane z greckiego hezychią. O to, by do znudzenia powtarzać te same słowa, ale nie by zaliczyć ich odpowiednią liczbę, ale by całkowicie odciąć się od otaczającego nas, ale także buzującego w nas świata. Wszystko to nie po to, by osiągnąć jakiś doskonały poziom wewnętrznego spokoju i harmonii psychicznej, ale by stanąć w żywej, miłującej obecności Boga. Sama technika medytacji polegająca na trwaniu przy powtarzanym słowie jest starsza niż chrześcijaństwo i pojawia się właściwie we wszystkich wielkich religiach ludzkości. Ale my, chrześcijanie, wiemy, po co się wyciszamy i dlaczego uparcie zmagamy się ze swoim ego, by odkryć swoje prawdziwe, głębokie ja. Wiemy, że nie chodzi tylko o nas samych, ale o to, by stanąć twarzą w twarz z Miłością.

Modlitwa jezusowa czy różańcowa nie jest ostatecznie jakąś tylko techniką, po której spodziewamy się osiągnąć pewne duchowe rezultaty. Nie chodzi ani o samo wypraszanie łask, ani o uspokojenie serca i uwolnienie się od ziemskich przywiązań. To wszystko jest wtórne, a pierwsze jest to, by prostym oddechem i powtarzaną formułą zanurzyć się w imieniu Jezus. By stanąć w miłującej obecności i po prostu w niej trwać.

mw