Druga niedziela wielkanocna od wielu już lat poświęcona jest tajemnicy Bożego miłosierdzia. W wielu kościołach zabrzmi koronka lub litania do miłosierdzia Bożego, w homiliach pojawi się temat miłosierdzia, na pewno nie zabraknie także refleksji nad znaczeniem orędzia przekazanego światu przez świętą siostrę Faustynę Kowalską. Dziś wszystko to wydaje się oczywiste, ale trzeba pamiętać, że nie zawsze takim było. Temat nieskończonego miłosierdzia Boga wielu bulwersował i nadal bulwersuje. Sformułowanie „Jezu, ufam Tobie” wydawało się początkowo zbyt zuchwałe nawet ks. Michałowi Sopoćce, który chciał zastąpić podpis na obrazie hasłem „Chrystus Król Miłosierdzia”. Obecnie wydawałoby się, że mówienie o miłosierdziu nikogo specjalnie nie gorszy, chyba że wówczas, gdy pojęcia tego się nadużywa, wypłukując je z jakiegokolwiek sensu. Ale czy rzeczywiście nie mamy żadnego problemu z miłosierdziem? Jedno z ważnych zagadnień na tym polu to relacja między miłosierdziem a karą. Skoro Bóg jest nieskończenie miłosierny – pytają niektórzy – to po co mówić o karaniu czy o gniewie Bożym? Jak się ma jedno do drugiego? To chyba klasyczny już problem, który powraca zwłaszcza w ten dzień, w Niedzielę Miłosierdzia.

Nie zatrzymujmy się na historii świętej siostry Faustyny i jej Dzienniczku. Miłosierdzie to sprawa absolutnie biblijna, więc sięgnijmy do samych źródeł. Propozycja jest taka – cofnijmy się do VIII wieku przed Chrystusem. Co dzieje się wtedy w Izraelu? Czasy dawnej świetności, którą uosabiał zwłaszcza król Dawid, przeminęły. Monarchia jest podzielona na część północną i południową, a pierwotna gorliwość ludu wybranego już dawno przygasła. Nowe pokolenia nie pamiętają już wielkich dzieł Bożych, pamięć o wyjściu z Egiptu rozmywa się w legendzie, a sielanka początków monarchii odeszła bezpowrotnie. Bóg nie zostawia jednak swojego ludu na pastwę losu, lecz zaczyna posyłać mu proroków. Niektórych z nich znamy jako autorów ksiąg Starego Testamentu. Wśród wszystkich ksiąg prorockich najstarsze są dwie, powstałe właśnie około połowy VIII wieku – Amosa i Ozeasza.

Co to ma wspólnego z naszym tematem? Otóż najdawniejsi prorocy zastanawiali się nad tym, jak Bóg reaguje na niewierność Izraela, jaki jest Jego stosunek do ludzi, którzy zawodzą i łamią zawarte z Nim przymierze. Amos akcentuje wyraźnie nadchodzący sąd i gniew Boży. Przez usta tego proroka Bóg wygłasza wyroki nad wszystkimi narodami Kanaanu, nie pomijając także samego Izraela. Naród wybrany na równi z innymi ma być sądzony i spodziewać się kary, gdyż odrzucili Prawo Pana i przykazań Jego nie strzegli (Am 2, 4). To właśnie w Księdze Amosa po raz pierwszy pojawia się wątek dnia Pańskiego, przewijający się następnie przez całą Biblię i obecny także w chrześcijańskiej pobożności. Dzień ostateczny to dzień pomsty, wymierzenia sprawiedliwości. Nie będzie to dzień wywyższenia Izraela, ale jego osądu. Oto Ja zmiażdżę was tak, jak miażdży wóz napełniony snopami – zapowiada Pan Bóg (Am 2, 13).

W obliczu wielkiego kryzysu wiary, objawiającego się w bezdusznym kulcie świątynnym i uciskaniu ubogich, w hołdowaniu egoizmowi i niesprawiedliwości, staje również inny prorok, Ozeasz. W przeciwieństwie do Amosa zwraca on jednak uwagę na inny wymiar reakcji Pana na nędzę Jego ludu. W swojej księdze pokazuje przede wszystkim miłosierną miłość Boga, który lituje się nad Izraelem. Ozeasz wiedział, co mówi, gdy opowiadał o niestrudzonym przebaczeniu Bożym. Jego własne życie było znakiem tego orędzia – pojął za żonę kobietę lekkich obyczajów, której nieustannie wybaczał kolejne zdrady. Sam Bóg zachęcił proroka do takiego swoistego ożonku, a potem nakazywał mu wybaczać i przyjmować powtórnie wiarołomną niewiastę. Dzięki temu Ozeasz zrozumiał, jak się mają sprawy między Bogiem a człowiekiem. Choć ludzie wciąż łamią przymierze i wpadają w nędzę grzechu, Bóg nieustannie na nich czeka i jest gotów ich przyjąć. Jakże cię mogę porzucić, Efraimie, i jak opuścić ciebie, Izraelu? (Oz 11, 8)

Dwie wizje, Amosa i Ozeasza, rozciągają się daleko poza VIII wiek przed Chrystusem. Napięcie pomiędzy nimi trwa właściwie po dzień dzisiejszy. Wszyscy znamy na przykład księży, którzy grzmią z ambony podobnie jak Amos, ale znamy też takich, którzy podkreślają Bożą łagodność jak Ozeasz. Może jako dzieci w domu rodzinnym usłyszeliśmy prawdę o Bogu w wydaniu bardziej amosowym, a może ozeaszowym. Wiele osób byłoby skłonnych powiedzieć, że mówienie o gniewie Bożym to zabobonny przeżytek, a podkreślania miłosierdzia nigdy zbyt wiele. Ale obie księgi pozostają w kanonie Pisma Świętego, więc w obu można odnaleźć słowo Boże. Tym bardziej, że nie ma tu sprzeczności, a jedynie paradoks. Zresztą również Ozeasz wspomina o gniewie, a Amos ostatecznie prowadzi czytelnika do miłosierdzia: Uwolnię z niewoli lud mój izraelski (Am 9, 14).

Gniew to oczywiście ludzkie uczucie, które Bogu przypisujemy tylko na zasadzie antropomorfizmu. Ale biblijne akcentowanie gniewu Boga ma swoje ważne i niezbywalne znaczenie – pokazuje, że miłosierny Bóg nie toleruje zła. Miłosierdzie nie jest tolerancją, ale walką z grzechem na śmierć i życie. Jest okiem pełnym przebaczenia, ale nie jest przymykaniem oka. Warto chyba dziś przypomnieć obie strony medalu, oba aspekty Bożego nastawienia do człowieka. Bóg jest miłosierdziem, które spala w swej zapalczywości wszystko, co niemiłosierne. Ale trzeba pamiętać, że Jego gniew jest zwrócony przeciwko złu, a nie przeciwko samemu człowiekowi. Pierwszym i ostatnim słowem pozostaje miłość. Gniew Jego bowiem trwa tylko przez chwilę, a Jego łaskawość – przez całe życie (Ps 30, 6).

mw