Dzisiejszy dzień przynosi nam święto Świętego Mateusza, apostoła i ewangelisty. Oczywiście można poddawać w wątpliwość, czy faktycznie ten sam człowiek był jednym z dwunastu apostołów i autorem pierwszej z kanonicznych Ewangelii. Ostatecznie żadna z tych ksiąg nie była pierwotnie podpisana, a tradycyjne imiona Mateusza, Marka, Łukasza i Jana zostały im przypisane dopiero później. Sam proces powstawiania ksiąg ewangelicznych był, jak mówią współcześni badacze, o wiele bardziej skomplikowany, niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Nie można raczej mówić o jednym konkretnym autorze, a już na pewno nie o takim, który był naocznym świadkiem ziemskiego życia Jezusa. Ale nie jest to aż tak istotne – grunt, że staje dziś przed nami postać Mateusza, którego Chrystus powołał na jednego ze swoich apostołów. Grono dwunastu było dość osobliwe – znajdowali się tam ludzie z różnych stronnictw religijnych i grup społecznych. Przekładając to na współczesne realia, moglibyśmy powiedzieć, że Jezus zebrał w jedną ścisłą wspólnotę osoby popierające zupełnie inne partie polityczne i frakcje kościelne, mające inny ogląd rzeczywistości społecznej i religijnej. W tej grupie wybranej przez Pana po długiej nocnej modlitwie znalazł się zarówno zwolennik zbrojnej walki z okupantem (takim był prawdopodobnie Szymon Gorliwy), jak i… kolaborant, pobierający podatki dla ciemiężących Izraela Rzymian.

Mateusz został najpierw powołany do pójścia za Jezusem, o czym informuje nas zwięźle i dobitnie perykopa odczytywana dziś w liturgii. Celnik siedzi w swojej komorze, czyli po prostu przelicza niegodziwie zarobione pieniądze. Wtem Jezus po prostu patrzy na niego i lapidarnie wzywa go do pójścia za sobą. A Mateusz odpowiada na to wezwanie równie prosto: […] wstał i poszedł za Nim (Mt 9, 9). Jak to możliwe, że ten, który jeszcze przed chwilą zdzierał z ludzi pieniądze i oddawał je zaborcom, część biorąc dla siebie i z tego żyjąc, teraz nagle staje się uczniem Jezusa? Odpowiedzi trzeba chyba szukać w komentarzu samego Mistrza do tego wydarzenia: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają (Mt 9, 12). Przeliczający kasę Mateusz wcale nie był szczęśliwy, miał się źle. Bogatszy od swoich ziomków, dobrze ustawiony społecznie, pieczołowicie przeliczający swoje zyski – wydawać by się mogło, że takiemu to dobrze. Jezusowi wystarczyło jedno krótkie spojrzenie, by zobaczyć, że ten człowiek po prostu umiera, że jego stan jest opłakany i wymaga natychmiastowej kuracji. Pójdź za mną to nie jest odciąganie Mateusza od szczęścia i pociągnięcie go na drogę trudów i wyrzeczeń. To w pierwszej kolejności radosne wezwanie: Zostaw te pieniądze, jesteś wolny, ruszajmy dalej. Kogo innego miałby powołać na apostołów, jeśli nie takich jak on – chorych, którzy nie obędą się bez boskiego Lekarza? Choroba tocząca Mateusza nie dawała mu żyć, choć w oczach społeczeństwa kto jak kto, ale celnik pomocy nie potrzebował. Tymczasem Mateusz wręcz gnił z powodu ciężkiej dolegliwości, którą autor 1 Listu do Tymoteusza nazwie wręcz korzeniem wszelkiego zła (6, 10). Chciwość pieniądza sprawiła, że Mateusz opływający w dobrobyt w rzeczywistości przepełniony był lękiem, samotnością, a może i niechęcią do siebie samego. Niczego tak nie potrzebował jak tego, by usłyszeć te proste słowa: Zostaw te pieniądze, pójdź za mną.

Mało chyba jest tak aktualnych patronów na dzisiejsze czasy, jak Święty Mateusz. Łatwo uodpornić się na banalną i schematyczną narrację o zepsutym świecie, w którym liczą się głównie pieniądze. Do znudzenia słuchamy potępień materializmu i konsumpcjonizmu. Ale powiedzmy sobie szczerze, że historia Mateusza to prawda o nas. Siedzimy w komorach celnych naszych kont bankowych, lokat, kredytów i umów. Od rana do wieczora przeliczamy pieniądze, zastanawiając się, jak zdobyć ich jeszcze więcej. Niektórzy z nas przeliczają je niejako z przymusu, zastanawiając się, czy starczy im na przeżycie kolejnego miesiąca. Faktycznie potrzebujemy do życia środków materialnych i nie każdy z nas rozda całe bogactwo ubogim. Ale czy nie mamy dosyć tego, że naszymi decyzjami, wyborami życiowymi kieruje zysk? Czy nie przygniata nas już to, że to w kluczu finansowym myślimy o naszych działaniach, celach, przyszłości? Nie tłamsi nas to, że zamiast skupić się na czymkolwiek innym, nieustannie przeliczamy w głowie zyski i straty, pensje i wydatki? W tym znaczeniu chyba wszyscy jesteśmy celnikami zamkniętymi jak Mateusz w świecie swoich pieniędzy. Co więcej często są to pieniądze zdobyte przez wyzysk czy oszustwo, nawet jeśli w pełni legalnie. Innym razem są to pieniądze uczciwie wypracowane, ale gromadzone bez żadnego powodu w nadmiarze, bez oglądania się na potrzebujących naszej materialnej pomocy braci. W każdym razie nasz świat to w dużej mierze świat pieniądza. I wcale nie sprawia nam to radości, raczej nas przygniata. Jeśli dobrze się dziś wsłuchamy w swoje serce, usłyszymy jednak głos przyjaciela celników i grzeszników, który uwalnia nas od męczącej choroby: Pójdź za mną. Chodź razem ze mną w kierunku życia, w którym pieniądze przestają mieć znaczenie. Chodźmy w nieznane, tam, gdzie nie trzeba już przeliczać, bo liczy się tylko na Jednego.

mw


Na zdjęciu wyróżniającym obraz „Powołanie świętego Mateusza” Caravaggia