We wszystkich dyskusjach na tematy okołokościelne, czy to toczonych w aulach uniwersyteckich, na łamach prasy czy w mediach społecznościowych, prędzej czy później pojawia się niczym magiczne hasło nazwa Sobór Watykański II. Ten ostatni jak dotychczas w dziejach Kościoła sobór stał się pewnym symbolem i cezurą czasową, dla niektórych niemal tak istotną, jak podział na czasy przed i po Chrystusie. Przymiotniki „przedsoborowy” i „posoborowy” stały się jednoznacznymi etykietkami, stanowiącymi komplement bądź obelgę w zależności od tego przez kogo wypowiadane. W tym wszystkim nierzadko widać, że Sobór Watykański II pełni funkcję symboliczną, a jego realne nauczanie pozostaje gdzieś w tle. Wiele prawd wyeksponowanych przez soborowych ojców do dziś nie znajduje zbyt wielkiego rezonansu wśród wiernych, a niektóre z nich mogą nawet zaskakiwać tym, jak bardzo odbiegają od potocznych opinii na temat kościelnego nauczania. Od Soboru minęło już ponad pół wieku, a w przyszłym tygodniu przypadnie rocznica wyboru na tron papieski Pawła VI, wielkiego przewodnika tego spotkania. To dobry czas, by przypomnieć sobie choćby kilka aspektów nauczania soborowego.

  1. Żadnej religii wbrew sumieniu

Jednym z przełomowych dokumentów Soboru była Deklaracja o wolności religijnej Dignitatis humanae. To w niej po raz pierwszy jasno i dobitnie wyłożono, że nie wolno nikomu ani zabraniać jakichkolwiek przekonań i praktyk religijnych, ani nikogo do takowych zmuszać. „Osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej. Tego zaś rodzaju wolność polega na tym, że wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu ze strony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie przymuszano do działania wbrew jego sumieniu”. Oznacza to, że Kościół naucza o prymacie sumienia w kwestii przekonań i praktyk religijnych. Sobór nie mówi tylko o wierze katolickiej – każdy ma prawo wyznawać dowolną religię w zgodzie z własnym przekonaniem. Nikt nikogo nie może natomiast zmuszać do tego, by przyjął jakąś konkretną religię. Kościół odcina się zatem od religii opresywnej, opartej na przymusie!

  1. Ekumenizm zadaniem każdego

Temat ekumenizmu rozgrzewa wiele osób do czerwoności. Niektórzy upatrują w działaniach na rzecz jedności chrześcijan zdrady wobec wiary katolickiej. Tymczasem Sobór Watykański II w Dekrecie o ekumenizmie Unitatis redintegratio mówi jasno, że ekumenizm jest jednym z priorytetów Kościoła. Co więcej, nie jest on sprawą tylko hierarchów lub specjalistów z dziedziny teologii. „O odnowienie jedności troszczyć się ma cały Kościół, zarówno wierni jak i ich pasterze, każdy wedle własnych sił, czy to w codziennym życiu chrześcijańskim, czy też w badaniach teologicznych i historycznych”. W świetle tego nauczania każdy katolik ma obowiązek zaangażowania się w działanie na rzecz ekumenicznej jedności.

  1. Chorał gregoriański muzyką Kościoła rzymskokatolickiego

Poprzednie dwa punkty mogły wydawać się oczywiste tym, którzy przyzwyczaili się widzieć Sobór Watykański II jako symbol nowoczesności i otwartości Kościoła. Ale medal ma dwie strony – trzeba pamiętać też o zakorzenieniu ojców soborowych w tradycji, i to także w tak szczegółowych kwestiach jak muzyka kościelna. Tak, to nie żart – sobór naucza, że podstawowym śpiewem liturgii rzymskiej jest śpiew gregoriański. Chodzi o prosty śpiew łaciński, monofoniczny, oparty zasadniczo na tekście biblijnym. Kto nie wie, jak brzmi chorał, może posłuchać go choćby na Youtube, choć zasadniczo powinien słyszeć go wielokrotnie w swojej parafii na niedzielnej Mszy Świętej, bo śpiew gregoriański „w czynnościach liturgicznych powinien zajmować pierwsze miejsce wśród innych równorzędnych rodzajów śpiewu” (Sacrosanctum Concilium).

  1. Dzieci katolików powinny chodzić do szkoły katolickiej

Owszem, tak naucza Sobór Watykański II. Przywykło się widzieć szkoły katolickie jako jakąś ekstrawagancję, na którą z racji finansowych mogą sobie pozwolić tylko nieliczni. Ewentualnie rodzice dzieci sprawiających szczególne problemy wychowawcze mogą zdecydować się na posłanie ich do szkoły katolickiej, licząc na pedagogiczne wsparcie ze strony ludzi Kościoła. Tymczasem Sobór naucza, że sieć szkół katolickich powinna się coraz bardziej rozrastać i stawać się niejako czymś oczywistym. „Rodzicom zaś katolickim przypomina obowiązek posyłania swojej dziatwy kiedy i gdzie to tylko możliwe, do szkół katolickich, wspomagania ich w miarę sił i współpracowania z nimi dla dobra swoich dzieci” – tak czytamy w Deklaracji o wychowaniu chrześcijańskim Gravissimum educationis. Powtórzmy to jasno i wyraźnie: Kościół przez nauczanie soboru powszechnego głosi, że rodzice mają obowiązek, gdy tylko to możliwe, posłać dzieci do szkoły katolickiej!

  1. Religie Dalekiego Wschodu mają w sobie elementy prawdy i świętości

Jednym z najgłośniejszych i budzących największe dyskusje dokumentów Soboru Watykańskiego II jest Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich Nostra aetate. To w niej po raz pierwszy w dziejach Kościół oficjalnie odniósł się pozytywnie do religii poza chrześcijaństwem. Z uwagi na kontekst historyczny najwięcej uwagi poświęca się w tym temacie relacjom pomiędzy chrześcijaństwem w judaizmem. Oprócz tej kwestii warto jednak zwrócić uwagę na tak zwane religie Wschodu, spośród których ojcowie soborowi wymieniają z nazwy buddyzm i hinduizm. W obiegowej opinii, budowanej przez wielu księży i działaczy katolickich, religie te są z gruntu czymś złym, a nawet demonicznym. Na słowo „buddyzm” wiele osób reaguje niemal jak na jakieś złowrogie zaklęcie. A jednak nauczanie nadgorliwych rekolekcjonistów i katechetów nie jest nauczaniem Kościoła, lecz tylko prywatną opinią, opartą często na fatalnych uproszczeniach i niewiedzy. Kościół natomiast naucza, że o ile pełnia prawdy zbawczej jest tylko w Jezusie Chrystusie, o tyle pewne cząstkowe elementy prawdy są zawarte w różnych religiach i kulturach. Również w tak zwanych religiach Wschodu, choć Kościół nie podziela wielu elementów ich doktryny, są pierwiastki Bożej prawdy, dobra i piękna. „Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte”. To zdanie podsumowuje passus dotyczący między innymi buddyzmu, którego pozytywny wymiar, według ojców, polega głównie na tym, że „w różnych swych formach, uznaje całkowitą niewystarczalność tego zmiennego świata”. Ktokolwiek więc uważa duchowość dalekowschodnią za coś z gruntu złego, nie może się bynajmniej powoływać na nauczanie Kościoła.

  1. Łacina pozostaje językiem liturgii rzymskiej

Po tej podróży na Daleki Wschód wróćmy myślami do naszej parafii i uprzytomnijmy sobie, że podstawowym językiem liturgii pozostaje łacina. W Konstytucji Sacrosanctum Concilium stwierdza się lapidarnie: „W obrzędach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego, poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe”. Jak widać z praktyki, z czasem wyjątki stały się codziennością. Faktycznie już sam Sobór głosi, że skoro „użycie języka ojczystego nierzadko może być bardzo pożyteczne dla wiernych, można mu przyznać więcej miejsca”. Szanując późniejszą reformę liturgiczną i fakt wprowadzenia języków narodowych bez żadnych ograniczeń, warto jednak pamiętać o tym aspekcie soborowego nauczania. Wprowadzenie gdzieniegdzie choćby części stałych w języku łacińskim w uroczyste dni nie przerastałoby na przykład niczyich możliwości, a mogłoby wzmocnić nie tylko poczucie tożsamości rzymskokatolickiej, ale także przekonanie o powszechności Kościoła, którą łacina symbolizuje i realizuje. W każdym razie jedno jest pewne – gorliwi przeciwnicy używania języka łacińskiego w liturgii nie mogą powoływać się na Sobór Watykański II.

  1. Koniec nieuzasadnionych spacerów do tabernakulum

W tabernakulum znajduje się oczywiście prawdziwe Ciało Pana Jezusa konsekrowane na minionej Eucharystii. Jednak dla wyrazistości symboliki konkretnej liturgii mszalnej jest wysoce wskazane, by wierni przyjmowali komunię z chleba konsekrowanego na tej właśnie liturgii. Wszyscy spożywamy wtedy z tego samego chleba, który stał się Ciałem Pana. Dlatego „zaleca się usilnie ów doskonalszy sposób uczestniczenia we Mszy świętej, który polega na tym, że po komunii kapłana wierni przyjmują Ciało Pańskie z tej samej ofiary” (Sacrosanctum Concilium). Oczywiście korzystanie z tabernakulum jest wygodniejsze, bo nie wymaga przeliczeń i szacowań, ile komunikantów położyć na ołtarzu. Jednak wygodnictwo nie może być ważniejsze od przejrzystości sprawowanej liturgii. Jeśli wierni spożywają dosłownie jeden chleb, „co zmienia się w Chrystusa Ciało”, wtedy z większym przekonaniem mogą zaśpiewać: „Jak ten chleb, co złączył złote ziarna, tak niech miłość złączy nas ofiarna”. Tabernakulum zaś powstało w pierwszej kolejności celem przechowywania Najświętszego Sakramentu dla chorych. Sobór przypomina, że „dobieranie” zeń Ciała Pańskiego w trakcie Eucharystii powinno być wyjątkową rzadkością. Niestety jest codziennością.

  1. Małżeństwo nie ma za cel wyłącznie potomstwa

Od początku swoich dziejów chrześcijaństwo w kontraście do otaczającej go pogańskiej kultury podkreślało wartość poczętego życia, wychowania i naturalnego środowiska, jakim dla dziecka jest rodzina. Małżeństwo w oczach Kościoła bardzo wyraźnie wiązało się, i nadal wiąże, z rodzicielstwem, zrodzeniem i wychowaniem potomstwa. Ten aspekt z czasem tak bardzo zdominował teologię małżeństwa, że można było odnieść wrażenie, iż dla Kościoła miłość kobiety i mężczyzny służy tylko i wyłącznie wydawaniu na świat kolejnych ludzi. Rzeczywiście w dawniejszym nauczaniu kościelnym mówiło się o jednym właściwie celu małżeństwa, jakim była prokreacja. Dziś, nie rezygnując z podkreślania znaczenia płodności, Kościół wyraźnie eksponuje wartość samej więzi między małżonkami. W Konstytucji o Kościele współczesnym Gaudium et spes czytamy: „Małżeństwo jednak nie jest ustanowione wyłącznie dla rodzenia potomstwa; sama bowiem natura nierozerwalnego związku między dwoma osobami oraz dobro potomstwa wymagają, aby także wzajemna miłość małżonków odpowiednio się wyrażała, aby się rozwijała i dojrzewała”. Tak, miłość męża i żony jest skierowana na płodność, ale sama ta miłość ma swoje niezbywalne znaczenie i niezwykłą wartość. Na pewno na Sobór Watykański II nie mogą się powoływać ci, którzy uważają, że miłość oblubieńcza nie ma żadnego znaczenia dla małżeństwa, które jest tylko przestrzenią płodzenia dzieci.

  1. Bezżenność dla królestwa doskonalsza niż małżeństwo

Skoro już mowa o małżeństwie i o tych, którzy nie doceniają jego znaczenia, sprowadzając je tylko do samej płodności, warto też zaczepić tych, którzy z kolei przeceniają małżeństwo. W tradycyjnym nauczaniu katolickim zawsze podkreślano, że choć życie w małżeństwie jest czymś bardzo dobrym, to przewyższa je rezygnacja z małżeństwa, oczywiście gdy jest dokonana dla królestwa Bożego. Jednym słowem: przez całe wieki podkreślano obiektywną wyższość dziewictwa nad małżeństwem. Obecnie wiele osób skłonnych jest uważać to przekonanie za relikt przeszłości, który można by co najwyżej litościwie przemilczeć. Zwykło się uważać, że dziś trzeba widzieć małżeństwo i celibat jako dwie zupełnie równorzędne drogi, z których żadna nie ma w sobie nic doskonalszego niż druga. Można tak oczywiście sądzić, ale… nie można się w tym powoływać na nauczanie Kościoła. To nie tylko starożytność czy średniowiecze akcentowały doskonałość bezżenności, ale nauczał tak również Święty Jan Paweł II oraz ojcowie Soboru Watykańskiego II. W Dekrecie o formacji kapłańskiej Optatam totius znajdujemy passus poświęcony uzasadnieniu praktyki celibatu księży w Kościele zachodnim. To właśnie tam, jakby mimochodem, pojawia się zachęta: „Obowiązki i godność małżeństwa chrześcijańskiego, które przedstawia miłość między Chrystusem a Kościołem (por. Ef 5, 22-33), niech alumni należycie poznają, niech jednak uświadomią sobie wyższość dziewictwa poświęconego Chrystusowi”.

  1. Biblii nie wolno interpretować bez uwzględnienia jej literackiego charakteru

Biblia, będąc zapisem słowa Bożego, pozostaje jednocześnie literaturą. Są w niej rozmaite gatunki literackie, które trzeba brać pod uwagę, gdy chce się właściwie zrozumieć jej orędzie. Może się to wydawać oczywiste, ale wcale takim nie było pół wieku temu. W Konstytucji o Objawieniu Bożym Dei Verbum ojcowie soborowi trzeźwo zauważyli: „Ponieważ zaś Bóg w Piśmie Świętym przemawiał przez ludzi, na sposób ludzki, komentator Pisma Świętego chcąc poznać, co On zamierzał nam oznajmić, powinien uważnie badać, co hagiografowie w rzeczywistości chcieli wyrazić i co Bogu spodobało się ich słowami ujawnić. Celem odszukania intencji hagiografów należy między innymi uwzględnić również rodzaje literackie. Całkiem inaczej bowiem ujmuje się i wyraża prawdę o tekstach historycznych rozmaitego typu, czy prorockich, czy w poetyckich, czy innego rodzaju literackiego”. Nie można więc Biblii interpretować dosłownie, jako od początku do końca historycznej relacji. Tak czynią choćby Świadkowie Jehowy, ale i wśród katolików nie brakuje wciąż takich tendencji. Jedno jest pewne – osoby, które literalnie interpretują Pismo, uważając choćby, że świat dosłownie powstał w ciągu sześciu dni, nie mogą się powoływać na współczesne nauczanie Kościoła, wyrażone w dokumentach Vaticanum II.

To tylko dziesięć z wielu możliwych do wyłuskania elementów nauczania Soboru Watykańskiego II. Jeśli któryś z punktów szczególnie Was zaskoczył, podzielcie się swoimi uwagami w komentarzach. A przede wszystkim pamiętajmy, zanim znów w ramach jakiejś rozmowy rzucimy w przestrzeń hasło „Sobór Watykański II”, że za tymi słowami stoją bardzo konkretne dokumenty, których treść być może jest nam wciąż słabo znana.

mw