Poznali się w duszpasterstwie akademickim KUL. Był tylko jeden problem – dzieliło ich wyznanie. Mimo wątpliwości i trudności praktycznych zdecydowali się być razem. Dziś są już po ślubie i mówią, że nie żałują. W Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan rozmawiamy z Angeliką i Jarosławem, małżeństwem katolicko-prawosławnym, w którym ekumenizm nie jest tylko teorią, ale codzienną praktyką życia.


Jak to jest? Poznajesz kogoś, zakochujesz się i stajesz przed faktem, że jest to osoba innego wyznania. Jakie myśli pojawiają się w głowie? Jest pokusa, żeby dać sobie spokój?

Angelika: Już na początku wiedziałam, że Jarek jest innego wyznania. Jeszcze zanim zostaliśmy parą, powiedział mi, że jest prawosławny i zanim weszłam w ten związek, miałam bardzo dużo wątpliwości z tym związanych. W pewnym momencie nie wiedziałam, co robić, ale pomyślałam, że trzeba zaryzykować. Dużo modliłam się o to, żeby dobrze tę sytuację zrozumieć i ją przyjąć. Także decyzja o tym związku była u mnie przemyślana, ale też przemodlona. Z dzisiejszej perspektywy absolutnie nie żałuję.

Jarek, z twojej perspektywy jest może inaczej… Prawosławnych w Polsce jest na tyle mało, że częściej zdarzają się małżeństwa mieszane. Nastawiałeś się na to, że i w twoim życiu może tak być?

Jarosław: Oczywiście, brałem to pod uwagę i nie miałem z tym także problemu. Wejście w związek z osobą innego wyznania było dla mnie czymś do zaakceptowania. Przecież nie chodzi o wyznanie, tylko o człowieka, z którym się wiążesz.

Co było w tym wszystkim najtrudniejsze do przełamania? Nastawienie wewnętrzne czy może raczej kwestie praktyczne, np. gdzie chodzić do kościoła, jak się dogadają rodziny?

A: Z mojej perspektywy zdecydowanie trudniejsze były kwestie praktyczne. Sprawy duchowe nigdy nas nie dzieliły. Wiemy dobrze, że Pan Bóg jest jeden i nie dopuszczaliśmy nigdy jakichś duchowych podziałów pomiędzy nami. Natomiast sprawy praktyczne potrafią nieco utrudnić życie… Trzeba było przecież ustalić, w którym obrządku weźmiemy ślub, co z dziećmi, jak będziemy praktykować uczestnictwo w liturgii.

J: Potwierdzam, jedynie te praktyczne kwestie stanowiły w tym wszystkim pewną trudność.

A jak to wygląda ostatecznie dzisiaj? Uczestniczycie wzajemnie w swoich liturgiach?

A: Staramy się robić tak, żeby nikt nie czuł się poszkodowany. Jeśli w jedną niedzielę idziemy do kościoła, to w następną staramy się iść do cerkwi. Ze świętami nie ma żadnego problemu, bo wiadomo, że odbywają się w innych terminach. Mamy więc w pewnym sensie lżej niż małżeństwa jednowyznaniowe – nie ma kłótni, do kogo jedziemy na Boże Narodzenie. Po prostu jedziemy w grudniu do mnie, a w styczniu do Jarka!

J: Dzięki temu rodziny nie mają powodu do niezadowolenia. Wiele spraw praktykujemy więc po prostu podwójnie, na przykład przyjmujemy po kolędzie księdza katolickiego i prawosławnego! Jeden już był, na drugiego czekamy.

IMG_0168n

Gdyby ktoś stawał przed takim dylematem jak wy przed ślubem – czy wiązać się z osobą innego wyznania, to co byście mu doradzili? Jako ci, którzy weszli już na tę drogę, podzielcie się jakimiś radami z tymi, którzy stoją na krawędzi.

A: Nie ma prostych odpowiedzi, na przykład decyzja o tym, czy wziąć ślub w kościele czy w cerkwi, zajęła nam sporo czasu i nie była łatwa. Osobom w podobnej sytuacji powiedziałabym: przede wszystkim nie dopuście do tego, żeby sprawy wyznaniowe was podzieliły! Starajcie się patrzeć na to, co was łączy! Wiem, że to brzmi trywialnie, ale tak jest. To Pan Bóg jednoczy ludzi w swojej miłości i pomaga wytrwać mimo wszelkich trudności i różnic, także tych konfesyjnych. Kiedy wchodziłam w relację z Jarkiem, wiedziałam, że jest dobrym człowiekiem i że chcę z nim być. Myślałam sobie: skoro tak jest, to resztę da się jakoś dogadać. Teraz łatwo to powiedzieć, ale trzeba było sporo spraw omówić zarówno między sobą, jak i z osobami trzecimi. Rozmawialiśmy z wieloma duszpasterzami, czytaliśmy sporo książek. Najważniejsza jest w tym wszystkim pokora. Kiedyś zakładałam, że na pewno będę miała męża–praktykującego katolika, to było dla mnie oczywiste. A tu proszę, Pan Bóg mi utarł nosa, stawiając na drodze takiego prawosławnego Jarka… To potężna lekcja pokory, tego, że nie wszystko w życiu dzieje się według naszych ludzkich planów. Ale muszę powiedzieć, że brakowało nam i brakuje wsparcia ze strony osób, które są w takich mieszanych związkach. Przydałoby się, żeby te małżeństwa wspierały się wzajemnie, żeby istniały jakieś grupy, spotkania. Tymczasem nigdzie w Lublinie nie doszukaliśmy się tego rodzaju inicjatyw.

J: Zdecydowanie zgadzam się z moją żoną. W internecie jest na pęczki świadectw na różne tematy, natomiast brakuje świadectw z życia małżeństw mieszanych. Tak samo jeśli chodzi o artykuły bądź książki. Ciężko jest znaleźć dobrą pozycję, w której można by przeczytać pomocne wskazówki dla ludzi znajdujących się w podobnej sytuacji. Świetną ideą byłoby zorganizowanie wspólnoty skierowanej typowo dla takich osób.

A: Bardzo by nam pomogło, gdybyśmy przed ślubem mogli porozmawiać z ludźmi, którzy żyją w takich małżeństwach. Szkoda, że się nie udało. Jeśli ktoś, czytając naszą rozmowę, wpadnie na pomysł, by coś takiego zorganizować, to będzie wspaniale.

Mówicie, że sprawy praktyczne mogą dzielić, ale duchowo nie macie żadnego poczucia podziału. Jak to wygląda w codzienności? Nie ma żadnych kłopotów ze wspólną modlitwą, rozmową duchową?

A: Od początku dużo modliliśmy się razem, także na długo przed ślubem. Najczęściej była to modlitwa spontaniczna. Dawaliśmy sobie także czas na osobistą modlitwę w ciszy. Wspólne proszenie Boga w naszych intencjach i dziękczynienie zawsze budowały naszą jedność. Na początku oczywiście trudno jest się otworzyć i modlić na głos z drugim człowiekiem. Nie jest łatwo w pewien sposób wpuścić trzecią osobę w swoją osobistą więź z Bogiem. Ale akurat trudności wyznaniowych w ogóle tu nie było. Z mężem katolikiem przeżywałabym to pewnie podobnie, to niczego tu nie zmienia. Natomiast jeśli chodzi o duchowe rozmowy, to odbyliśmy ich sporo. Często były dość burzliwe, zwłaszcza gdy chodzi o jakieś szczegółowe kwestie moralne. Są pewne różnice pomiędzy podejściem Cerkwi a Kościoła katolickiego do niektórych spraw. Nawet wtedy jednak, gdy się w czymś nie zgadzaliśmy, szanowaliśmy zdanie drugiej osoby.

J: Dziś patrzymy życzliwie na to, co jest po drugiej stronie, a przede wszystkim szukamy tego, co jest wspólne.

A: Rozłamów jest dziś dużo, wystarczy włączyć telewizję lub otworzyć gazetę, by się o tym przekonać. Warto pokazywać, że da się inaczej.

Jakie są największe trudności po ślubie? Małżeństwo samo w sobie nie jest łatwe, a różnica wyznaniowa pewnie jeszcze utrudnia codzienne porozumienie… A może to nie ma aż takiego znaczenia?

A: Nie odczuwam, żeby różnica wyznaniowa coś nam utrudniała we wzajemnym dogadywaniu się. Zresztą ogólnie jesteśmy parą, która nie kłóci się zbyt wiele.

J: Może to jeszcze przyjdzie z czasem…

A: W każdym razie te kwestie nie dokładają nam zmartwień i nieporozumień w życiu codziennym. Wiele spraw omówiliśmy sobie już przed ślubem, a teraz raczej podchodzimy do wszystkiego ze spokojem.

J: Potwierdzam, nasza międzywyznaniowość nie jest jakimś wielkim wyzwaniem, które by nas nie wiadomo jak przytłaczało.

Czyli w ogóle nie przeżywacie tego jako jakiegoś brzemienia, które dociska was do ziemi?

A: Nie, choć są drobnostki, które sprawiają mi pewien dyskomfort. Na przykład chciałoby się czasem dłużej pospać w niedzielę, a tu nic z tego, bo liturgia w cerkwi jest tylko o 9… Czasem próbuję negocjować, ale przypominam sobie, że dla Jarka to jest ważne i wtedy przełamuję swoją niechęć.

Czyli gdybyście mieli doradzić coś ekumenicznym parom stojącym przed decyzją o ślubie, to przede wszystkim to, że warto wszystko, co się da, zawczasu przedyskutować?

A: Dokładnie tak, warto poświęcić nawet długie godziny na omówienie i ustalenie pewnych praktycznych spraw. Dużo dają także, jak już mówiłam, rozmowy z innymi osobami, z duszpasterzami. Bardzo nam pomogło wsparcie ojca Piotra Twardeckiego, jezuickiego duszpasterza akademickiego KUL w czasach, gdy przygotowywaliśmy się do ślubu. Obecnie ojciec pracuje w Bydgoszczy. Jesteśmy mu bardzo wdzięczni.

J: Jeździliśmy też do Warszawy na rozmowy z ojcem Markiem Blazą, również jezuitą. Jest on teologicznym ekspertem w dziedzinie chrześcijaństwa wschodniego. Wspierali nas także księża prawosławni.

A: To było cenne, bo przecież my się nie znamy na teologii na tyle, by samemu sobie pewne rzeczy uporządkować. Ale najważniejsze, że księża dali nam prawdziwe wsparcie i nadzieję, że da się żyć tak, jak planujemy.

IMG_4790m

Czy odczuwacie teraz wsparcie ze strony swoich Kościołów? Jak jesteście przyjmowani we wspólnotach? A rodziny – czy ważna jest ich akceptacja?

A: Ze strony obu Kościołów nie odczuwamy żadnego dystansu, ale też chyba żadnej nadzwyczajnej troski. Jesteśmy traktowani zupełnie normalnie.

J: Nie ma żadnej dyskryminacji. I tu, i tam czujemy się traktowani jak każde inne małżeństwo. Kluczową rolę odgrywa natomiast rodzina. Bardzo wiele zależy od tego, czy ma się wsparcie z jej strony. Ważne jest, by rodziny takich osób jak my nie budowały żadnych barier, nie stawiały przeszkód, nie próbowały ustawiać wszystkiego po swojemu. Rodzina powinna uszanować decyzję młodych i pozwalać im budować życie tak, jak oni sami tego chcą. Źle by było, gdyby ktoś stawiał jakieś warunki czy przeciągał wszystko na swoją wyznaniową stronę.

Natomiast wy założyliście swoją rodzinę, a jak sama nazwa wskazuje, w rodzinie rodzą się dzieci. Dziś jeszcze ich nie ma, ale na pewno się nad tym zastanawiacie – jak to będzie? Nie pytam nawet o chrzest, ale o to, jak będzie wyglądała tożsamość tych dzieci. Macie jakiś lęk z tym związany?

J: Nie mam jakichś wielkich obaw, a nawet myślę, że dzieci mogą na tym wszystkim więcej zyskać, niż stracić. Wzrastanie w kontakcie z dwoma nurtami tradycji chrześcijańskiej wręcz będzie ubogacało nasze dzieci. Poznanie różnych liturgii, różnych kultur – to wszystko może obrócić się w duchowe bogactwo tych młodych ludzi.

A: Chcielibyśmy pokazać i przekazać dzieciom to, co jest najpiękniejsze w obu wyznaniach. Chcemy, żeby zobaczyły obie wspólnoty i zanurzyły się w ich piękno. Myślę, że to nauczy je także tolerancji i szacunku dla odmienności.

Ale naprawdę nie ma ani ziarenka lęku o to, jak to będzie z tymi dzieciakami?

A: Nie no, mamy w sobie trochę niepewności. Ale w zasadzie każdy, kto myśli o dziecku, ma w sobie jakieś zatroskanie. Na pewno kwestia wyznaniowa jest tu jakimś problemem praktycznym, na przykład stojąca przed nami decyzja, gdzie ochrzcić dziecko.

J: Pokładamy ufność w Bogu. To On daje życie i wierzymy, że pomoże nam także podjąć odpowiednie decyzje, tak by nikt nie czuł się pokrzywdzony. Przede wszystkim ufamy, że Pan Bóg pomoże nam wychować dzieci jak najlepiej.

A: Patrzymy na to tak, że celem jest dobre wychowanie dzieci. A to, w jakim wyznaniu, to już środek.

J: Ostatecznie celem jest po prostu Pan Jezus, a przecież On jest jeden. Nauka Jezusa Chrystusa nie jest wyznaniowa, ona jest po prostu jedyną prawdą. To w tej nauce chcemy wychować nasze dzieci, posiłkując się także naszym doświadczeniem.

Gdy zapytałem o dzieci, Jarek powiedział od razu o możliwości ubogacenia, jaką jest poznawanie dwóch wielkich nurtów tradycji chrześcijańskiej. A jak to jest z wami samymi, czujecie, że wzajemnie się ubogacacie przez swoje tradycje?

J: Absolutnie tak. Korzystamy nawzajem ze swoich skarbców, jakimi są nasze wyznania. Mamy świadomość, że to wielka łaska i wspaniała możliwość rozwoju duchowego.

A: Ale to także wyjście z pewnej strefy komfortu, jak to się dziś mówi. No bo można sobie wygodnie osiąść w bezpiecznym katolickim światku i odrzucać wszystko, co obce. Ale ja próbuję robić inaczej, skoro mam prawosławnego męża, staram się poznawać prawosławne tradycje i zwyczaje, wchodzić w nie. Chodzimy do cerkwi, obchodzimy święta.

J: Nawzajem korzystamy ze swoich tradycji i w ten sposób ubogacamy się bardziej, niż gdybyśmy pozostawali zamknięci w swoich horyzontach. W prawosławiu są pewne rzeczy, których nie ma w katolicyzmie, i odwrotnie. Czemu więc z tego nie skorzystać?

Cerkiew prawosławna pw. Przemienienia Pańskiego w Lublinie

Cerkiew prawosławna pw. Przemienienia Pańskiego w Lublinie

Konkrety poproszę. Co wam się spodobało w wyznaniu współmałżonka?

A: Ogromne wrażenie robi na mnie w prawosławiu wierność tradycji. Kościół katolicki jest bardziej dynamiczny i w pewnym sensie podporządkowuje się obecnym czasom. Prawosławni z wielką czcią kultywują sięgające starożytności tradycje i starają się być im wierni za wszelką cenę. To jest bardzo poruszające.

J: Ale ja z kolei powiem, że w Kościele katolickim podoba mi się zdolność do zmiany. Wierność tradycji jest piękna, ale w pewnych sytuacjach może warto być elastycznym. Podoba mi się to, że katolicyzm wprowadził do liturgii języki narodowe. Wydaje mi się, że celebrowanie cerkiewnej liturgii w języku narodowym raz na jakiś czas przyczyniłoby się do zwiększenia świadomości ludzi różnych wyznań. Wiadomą rzeczą jest, że podczas tłumaczeń tekstów liturgicznych w danym języku czasem brakuje odpowiednich słów, którymi można by dobrze ująć istotę pewnych spraw. Dlatego wszelkie próby tłumaczeń należy wykonywać z ogromną starannością, ale wiemy, że takie działania są podejmowane w niektórych środowiskach. Zatem liturgia odprawiana w języku polskim choćby raz w miesiącu znacząco pomogłaby ludziom innych wyznań, którzy przychodzą do cerkwi i próbują poznać tę piękną tradycję. Na przykład Angelika – wchodziła do cerkwi i od razu ścierała się z barierą w postaci języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. Jest to trudne doświadczenie.

No właśnie, Angelika, przywykłaś do wschodniej liturgii? Nadal trudno wystać?

A: Jest już lepiej, ale nie ukrywam, że na początku było to dla mnie bardzo trudne. Modliłam się w sercu: Panie Boże, pomóż mi pokochać to, czego tak nie lubię…

J: Miałaś na myśli mnie, czy tylko prawosławną liturgię?

A: (śmiech) W każdym razie dziś nie mam już wielkiej trudności. Z czasem nauczyłam się skupienia w cerkwi, choć nadal utrudnieniami są dla mnie bariera językowa i długość nabożeństwa.

Jarek, a co sądzisz o katolickich kazaniach? Lubisz naszych księży?

J: Kazania jak kazania, są lepsze i gorsze. Nie mam żadnych uprzedzeń. Nie patrzę też na to jakoś bardzo krytycznie, kazanie jest dla mnie po prostu częścią liturgii. Co by nie było mówione, staram się po prostu wyciągnąć coś dla siebie. Nie postrzegam także tej kwestii wyznaniowo, nie porównuję: nasi księża mówią lepsze, czy gorsze kazania.

A: Trafiamy chyba na księży mówiących dobre kazania, sporo słuchamy też w sieci homilii i konferencji, które nam odpowiadają.

Myślę sobie, że z tej rozmowy wyłania się taki obraz: zero problemów, same radości. Po prostu sielanka!

A: Problemów było dużo, ale chyba najgorsze za nami. Przeszliśmy najtrudniejsze dyskusje i decyzje już przed ślubem i to może dlatego teraz brzmimy tak optymistycznie.

IMG_4978

Czy przeżywacie wasze małżeństwo ze świadomością, że jest znakiem jedności chrześcijan? Wasze bycie razem jest przecież zapowiedzią przyszłej jedności, świadectwem tego, że już teraz ostatecznie jesteśmy jedno…

A: Gdzieś przeczytałam, że rodziny mieszane wyznaniowo to najprawdziwsza forma ekumenizmu. Zgadzam się z tym jak najbardziej. Stanowimy takie małe laboratorium jedności. Można sobie urządzać wielkie teologiczne debaty, można coś ustalać w gronie hierarchów „na górze”, ale to my jesteśmy w ekumenizmie na co dzień. To my przepracowujemy jedność chrześcijan każdego dnia. Myślę, że obraliśmy dobrą drogę – szukania tego, co nas łączy i wzajemnie ubogaca.

Myślicie, że swoim małżeństwem dajecie do myślenia członkom obu Kościołów? Prowokujecie do myślenia o jedności i działania na jej rzecz?

J: Trudno powiedzieć, ale daj Boże, żeby tak było. Na wsi, z której pochodzę, normalnym jest, że prawosławni żyją obok katolików. Nie ma żadnej wrogości, ale nie ma także dążenia do jedności, do wzajemnego poznawania się. Brakuje inicjatyw ekumenicznych, a wszyscy po prostu przywykli do sąsiadów innego wyznania. W Lublinie dzieje się więcej, nie brakuje różnych akcji i ekumenicznej wrażliwości. Przypomnijmy choćby o celebrowanym z rozmachem Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan, który właśnie się zaczyna.

A: Z kolei w mojej rodzinnej wsi nasz związek był po prostu wydarzeniem roku. Od dawna nic takiego się tam nie wydarzyło, dlatego cała lokalna społeczność była zainteresowana naszym ślubem. Ksiądz ode mnie z parafii dzwonił i pytał, czy nie będzie problemu, że on powie na zapowiedziach, iż Jarek jest prawosławny. Kto wie, może dzięki nam mieszkańcy tej miejscowości będą mieli okazję zetknąć się z tradycją prawosławną?

J: Albo chociaż zobaczą, że ludzie innych wyznań nie gryzą, są tacy sami jak oni… Może poczytają trochę o prawosławiu, zainteresują się? Oby to służyło wzajemnemu ubogaceniu.

Na koniec zadam wam pytanie, które w zasadzie można postawić wszystkim małżeństwom, niezależnie od stażu i od różnic wyznaniowych czy ich braku. Warto było?

J: Oczywiście, że tak. A czemu nie?

A: Warto było. Czasem było ciężko, nadal bywa, a i pewnie będzie. Ale zdecydowanie było warto. Małżeństwo to najlepszy do tej pory okres w moim życiu.

J: Potwierdzam, w moim też.

Dziękuję serdecznie za rozmowę. Życzę wam trwania z Boża pomocą na obranej drodze, a wszystkim czytelnikom i sobie samemu tego, żebyśmy za waszym przykładem uwierzyli, że jedność chrześcijan jest możliwa i podjęli kroki w jej kierunku!

rozmawiał mw