Wolność po 123 latach niewoli

Rokrocznie data 11 listopada budzi w debacie publicznej wiele emocji – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Jest to z jednej strony dzień, kiedy Polacy starają się być razem i umacniać swoją narodową tożsamość, ale z drugiej strony dzień, w którym uwidaczniają się wszelkie podziały i spory. Sam dzień 11 listopada jest Świętem Niepodległości dlatego, że tego dnia 1918 roku Polska odzyskała wolność po 123 latach niewoli. Oczywiście jest to data dość umowna, nie da się czegoś takiego jak odzyskanie niepodległości wskazać co do godziny. Natomiast właśnie tego dnia rozejm w Compiègne zakończył I wojnę światową, marszałek Józef Piłsudski zaś dzień wcześniej przybył triumfalnie do Warszawy. O ile więc odzyskiwanie niepodległości było procesem wieloetapowym i długotrwałym, o tyle właśnie data 11 listopada była tym momentem, gdy Polacy uświadomili sobie, że są już wolni.

lublin-1285519_960_720Po dziś dzień owa data ma wymiar symboliczny. Stała się dniem najważniejszego święta narodowego – Święta Niepodległości, a tym samym jest także pretekstem do wielu dyskusji, często zażartych i gwałtownych, o kształt i znaczenie polskości, patriotyzmu, przynależności narodowej i państwowej we współczesnym świecie. Często także porusza się zagadnienie relacji pomiędzy patriotyzmem a wiarą. Wiele grup chętnie łączy symbole chrześcijańskie z narodowymi, utożsamia wartości patriotyczne z katolickimi. Inni z kolei są tym zgorszeni i obawiają się, że takie pomieszanie jest nieuprawnione i przynosi duchowy zamęt. Jak to w końcu jest? Czy katolik musi być patriotą? A może trzeba zapytać – czy katolik może być patriotą?

Jedną z opcji, które są wyraźnie obecne w przestrzeni publicznej, jest nacjonalizm. Sama terminologia budzi wiele sporów i zastrzeżeń. Dla jednych pojęcie nacjonalizmu jest jednoznacznie negatywne, dla innych zaś skrajnie pozytywne. Co ciekawe, każda ze stron jest w stanie przywołać odpowiednie cytaty wybitnych autorytetów, także tych kościelnych, by podeprzeć swoją tezę. Jest tak chyba po prostu dlatego, że określenie nacjonalizm jest w punkcie wyjścia rozmaicie rozumiane. Z braku innego terminu odważmy się go jednak zastosować, tłumacząc wszakże, co mamy tutaj na myśli. Chodzi zasadniczo o postawę, w której naród jest traktowany jako wartość najwyższa, a przynależność narodowa definiuje człowieka w sposób fundamentalny. Dla tak rozumianego nacjonalisty Polska jest osią, wokół której krąży całe ludzkie życie i aktywność. Dorzućmy teraz do tego wątek religijny. Dla nacjonalisty odwołującego się do wiary chrześcijańskiej polskość jest kategorią wręcz religijną, jest kluczem, według którego Bóg patrzy na człowieka. Rodzi się tutaj ryzyko myślenia o powołaniu chrześcijańskim jako o… powołaniu polskim. Przedstawiciele innych narodów stają się w najlepszym razie mniej istotni, chrześcijanin zaś ma mieć za zadanie budowanie i umacnianie Ojczyzny. Rodzi się tu pytanie, co jest naprawdę Ojczyzną chrześcijanina?

Nacjonalizm w Biblii?

Postawa stawiająca w centrum życia sprawę narodu i kraju jest obecna w Piśmie Świętym. Jest to właściwie motyw przewodni Starego Testamentu. Przypomnijmy, że jest on historią narodu wybranego. Abraham staje się ojcem tegoż narodu i odtąd Biblia pokazuje losy Izraela, a więc ludu prowadzonego i powołanego przez Pana. Rzeczywiście więc historia Starego Testamentu pokazuje perspektywę, która mogłaby stanowić podbudowę dla chrześcijańskiego nacjonalizmu. Skoro Bóg wybrał naród Izraela, to czy nie jest możliwe, że dziś w pewnym sensie wybrał Polskę? Przecież nie brakuje tego rodzaju sugestii w wielu kręgach, wspólnotach i ruchach religijnych w naszym kraju. Naród ma być przedmiotem Bożych planów, bardziej nawet niż jednostka. Ma być także podmiotem Bożego działania w świecie. Jednak ryzyko pozostaje takie samo, jak u starotestamentowych Żydów – łatwo posunąć się w końcu do pogardy względem przedstawicieli innych narodów. Skoro to ja jestem Żydem lub Polakiem, a więc przedstawicielem narodu wybranego przez Boga, to mogę chyba czuć się w pewien sposób lepszy od innych, którzy są „tylko” Niemcami, Rosjanami lub Włochami?

Katoliccy patrioci powołujący się na Stary Testament muszą pamiętać o jednym – jest to właśnie Stary Testament, który został wypełniony i przekroczony przez Nowy. A tu, jak pisał Święty Paweł, „nie ma już Żyda ani Greka – wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Jezusie Chrystusie” (por. Ga 3, 28). W trwającym Nowym Przymierzu nie ma już miejsca na myślenie o narodach wybranych, w których Bóg szczególnie sobie upodobał. Jezus stawia nam przed oczy obraz Boga jako Ojca wszystkich ludzi, który kocha każdego człowieka z osobna, każdego prowadzi i o każdego się troszczy. Bóg nie ma względu na osobę, nie patrzy na kolor skóry, lub na to jakim kto posługuje się językiem. W każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie – stwierdził u początków Kościoła Święty Piotr (Dz 10, 35). A zatem o ile wolno spodziewać się, że Bóg ma jakieś plany czy kieruje jakieś wezwania wobec Polski, o tyle trzeba pamiętać, że przede wszystkim Bóg zwraca się do konkretnych osób i powołuje jednostki, niezależnie od ich pochodzenia. Iluzoryczne byłoby spodziewać się, że zbawienie świata zależy od Polski lub że Bóg jakoś szczególnie umiłował Polskę. Kocha On każdy naród i każdego człowieka, o czym dobitnie naucza Nowy Testament. Tak oto spełniają się także zapowiedzi Starego Przymierza. Abraham to wszak nie tylko ojciec narodu wybranego, ale ostatecznie ojciec wielu narodów. Bóg stopniowo objawia, że chce zbudować nowy lud – Kościół, a więc społeczność opartą na wierze w Jego obietnice, a nie na przynależności etnicznej. Nacjonalizm niesie zatem ryzyko powrotu do mentalności Starego Testamentu i zanegowania tego, co Bóg objawił w Chrystusie. W dalszej mierze może niekiedy prowadzić nawet do bałwochwalczego ubóstwienia narodu czy państwa. Z historii najnowszej wiemy, jakie skutki przyniosły tego rodzaju postawy.

Kosmopolityzm wobec nacjonalizmu

Skoro Nowe Przymierze relatywizuje znaczenie narodowości, skoro uczy nas zdrowego dystansu wobec kraju, w którym żyjemy, to może się wydawać, że alternatywą dla zagrożeń nacjonalizmu jest kosmopolityzm. Znowu trzeba powiedzieć, że wiele osób zupełnie co innego rozumie słysząc to słowo – dla jednych ponadto jest to pojęcie pozytywne, a dla drugich negatywne. Na potrzebę artykułu ustalmy, że przez kosmopolityzm będziemy rozumieli taką postawę, która kompletnie ujmuje znaczenia państwom i narodom, utrzymując, że wszyscy ludzie są jednością i należy zapomnieć o narodowych podziałach. Często można spotkać się z takim podejściem, gdzie ludzie gardzą wartościami patriotycznymi, nie przywiązują wagi do narodowej historii i tradycji, a 11 listopada obchodzą jedynie… szerokim łukiem. Wydawać by się mogło, że taka postawa jest zgodna z orędziem chrześcijańskim, które można by streścić przywoływanymi już słowami Świętego Pawła: „[…] nie ma już Żyda ani Greka”. A jednak także kosmopolityzm ma swoje zagrożenia, które warto sobie uzmysłowić.

group-278387_960_720

Lekceważenie znaczenia państw i narodów jest oznaką przede wszystkim braku realizmu. Owszem, wszyscy ludzie są braćmi w Chrystusie, są dziećmi jednego Ojca. Wszyscy powołani są do jednej, ponadnarodowej wspólnoty, która zwie się Kościołem. Jednak nie oznacza to, że w warunkach trwającej na ziemi egzystencji życie bez państw i narodów jest możliwe. Chrześcijanin wie, że jego braćmi są wszyscy ludzie, ale nie musi przez to negować państwa i społeczeństwa w którym żyje. Bycie Polakiem jest mniej ważne, niż bycie chrześcijaninem, ale nie jest całkowicie nieważne. Nie wolno uważać innych ludzi za gorszych przez to, że nie są Polakami. Trzeba szukać i budować jedność ze wszystkimi ludźmi. Jednak skoro żyjemy właśnie tutaj, w Polsce, to tutaj jest nasza przestrzeń dla czynienia dobra i budowania jedności. Polska to konkretne miejsce i konkretna wspólnota, w której żyjemy. To właśnie tutaj wzywa nas Bóg, byśmy pełnili Jego wolę.

Postawę radykalnego kosmopolityzmu, połączonego z niechęcią do polskości, można bardzo łatwo zdekonstruować psychologicznie i duchowo. Jest ona po prostu bardzo wygodna, jest sprytną ucieczką od konkretności życia i odpowiedzialności. Tak, wszyscy ludzie są moimi braćmi, ale mam pewne szczególne zobowiązania wobec moich biologicznych braci, wobec mojej rodziny. Tak, kocham wszystkich starszych ludzi, ale mam szczególny obowiązek zająć się właśnie moimi rodzicami w ich starości. Łatwo jest powiedzieć – wszyscy jesteśmy równi i wszyscy się kochajmy, a powiedziawszy to, wrócić do swojego wygodnego fotela i nie kochać tak naprawdę nikogo. Chrześcijaństwo ustawia we właściwej perspektywie znaczenie narodu, tak jak znaczenie rodziny. A jednak nie likwiduje ani narodu, ani rodziny. Jestem powołany, by kochać tych konkretnych ludzi, wśród których żyję. Jestem więc powołany do tego, żeby kochać (czynem, a nie deklaracjami) Polskę. To tutaj Bóg mnie powołuje do służby i choć mógłbym być Eskimosem lub Egipcjaninem, to jestem właśnie Polakiem. Dlatego patriotyzm nie jest bez znaczenia, jest to po prostu konkretna miłość do konkretnych ludzi.

Patriotyzm jako złoty środek

Wobec tych dwóch możliwości, które hasłowo nazwaliśmy nacjonalizmem i kosmopolityzmem, rodzi się zatem wizja pewnego złotego środka. Jaki jest właściwy patriotyzm, taki, który można by nazwać chrześcijańskim? Odpowiedzią na to pytanie mogą być dwa słowa: miłość i dystans.

Ale po kolei – co właściwie oznacza patriotyzm? Przede wszystkim, zgodnie z etymologią, jest on kwestią Ojczyzny. A więc pytanie o chrześcijański patriotyzm jest najpierw pytaniem o Ojczyznę chrześcijanina. Dla Biblii sprawa jest jasna – w ścisłym sensie Ojczyzną wierzącego nie jest ani Polska, ani Hiszpania, ani nawet Watykan. Nasza Ojczyzna jest w niebie, to z niej pochodzimy i do niej zmierzamy. Nasza Ziemia Obiecana nie jest w Palestynie, ani nigdzie indziej na ziemi. Zmierzamy do prawdziwej Ojczyzny, a więc do tego, co należy do prawdziwego Ojca. Naszym Ojcem jest Bóg, a Ojczyzną jest niebo, w którym na nas czeka. I przy każdej dyskusji o patriotyzmie i o jego relacji do chrześcijaństwa musimy o tym pamiętać. Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie – pisał Paweł do mieszkańców Filippi (3, 20). Tymczasowo tylko mieszkamy w Polsce, to stan przejściowy. Zmierzamy do naszego prawdziwego Domu, który będzie trwał na wieki.

Dopiero pamiętając o tym, możemy właściwie uchwycić znaczenie naszej ziemskiej Ojczyzny. Tak, możemy nazwać Polskę naszą Ojczyzną, ale tylko w drugorzędnym, relatywnym sensie. Jest ona naszym ziemskim domem, naszą drogą, po której kroczymy do celu. Nie wolno nam zatracić się w niej, nie wolno przywiązać do niej zanadto wagi. Jesteśmy tu tylko w drodze i obserwujemy cień prawdziwej rzeczywistości. Ziemska Ojczyzna jest znakiem niebieskiej, życie na ziemi jest znakiem życia wiecznego. Trzeba przy tym pamiętać, że Polska to konkretna przestrzeń naszego działania i kochania, której także wiele zawdzięczamy. Nie tylko jesteśmy dłużnikami tych, którzy ją teraz budują, ale także spadkobiercami tych, którzy na rozmaite sposoby budowali ją w przeszłości. 11 listopada to dobra okazja, by poczuć zdrową dumę z tego, że jesteśmy Polakami. Mamy wspaniałą historię, wielkich bohaterów, wybitnych twórców. Polska to wielka tradycja, wspaniałe świadectwo i godny kultywowania przekaz. Warto podjąć go z miłością i przekazać dalej. Pamiętając, że prawdziwa Ojczyzna jest w niebie, można ucieszyć z ziemskiej Ojczyzny, w której przyszło nam żyć. Patriotyczna duma nie jest niczym złym, jeśli nie prowadzi do pychy i poczucia własnej wyższości.

poland-2537089_960_720

Do zdrowego patriotyzmu potrzebny jest zatem pewien dystans, a właściwie to nieskończony dystans. To Bóg jest kresem i celem naszych dążeń, to On jest Ojcem, który oczekuje nas w prawdziwej Ojczyźnie. W obliczu takiej perspektywy ziemska Ojczyzna blednie, ukazując się taką, jaką naprawdę jest. Być może, żeby być dobrym Polakiem, trzeba mieć pewien zdrowy dystans do Polski, by nie uczynić z niej bożyszcza. Natomiast obok dystansu fundamentem patriotyzmu jest bez wątpienia miłość. Bez niej żadne ludzkie działania i idee nie mają sensu. Patriotyzm jest właśnie miłością do Ojczyzny, miłością do rodaków. Miłość chrześcijańska nie zna żadnych granic, także granic państwowych. Ogarnia wszystko i wszystkich, ale realizuje się w konkretach. Hipokryzją jest miłość do „ludzkości”, jeśli pozostaje tylko deklaracją, za którą nie idzie miłość do małżonka, dziecka, sąsiada. Podobnie jest w kwestii patriotyzmu – miłość realizuje się tam, gdzie jesteśmy i żyjemy. Jeśli jesteśmy i żyjemy w Polsce, to Polska potrzebuje naszego zaangażowania, naszej miłości. Polska to nie idea, ale konkretni ludzie, którzy wokół nas żyją. Patriotyzm chrześcijański nie może być uzasadniony inaczej, jak tylko miłością.

Czy katolik musi być patriotą? To wszystko zależy od tego, jak się patriotyzm rozumie. Jak widzieliśmy, wiele jest w tej kwestii bałaganu. Bałwochwalczemu ubóstwieniu narodu trzeba powiedzieć zdecydowane nie, podobnie jak wrogości wobec obcych. Jednak odrzucanie tożsamości narodowej także wydaje się drogą donikąd. A więc chyba trzeba powiedzieć tak: jeśli patriotyzm miałby oznaczać pogardzanie drugim człowiekiem i uznawanie własnej wyższości, katolikowi nie wolno być patriotą. Jeśli zaś patriotyzm oznacza konkretną miłość do ludzi, która realizuje się nie tylko poprzez kultywowanie narodowych tradycji i manifestowanie przynależności narodowej, ale przede wszystkim przez konkretne działanie na rzecz społeczeństwa, to katolik nie tylko może, ale chyba wręcz musi być patriotą. Polska nie jest Bogiem, nie jest także królestwem Bożym. Jest jednak miejscem, w którym Bóg nas postawił i konkretną przestrzenią, w której mamy za zadanie budować Jego królestwo. Tak oto nasza ziemska Ojczyzna jest drogą do niebieskiej.

mw