W ostatnią niedzielę roku liturgicznego przeżywamy szczególną uroczystość – Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Można powiedzieć, że jest to swoista puenta całego roku, zwieńczenie wszystkich świąt i okresów liturgii. Czytania mszalne stają się z dnia na dzień coraz bardziej eschatologiczne, czyli – mówiąc po polsku – dotykające spraw ostatecznych. Kościół ogłasza, że na końcu tych spraw, na kresie kresów, stoi Chrystus Król. Jego Królowanie jest ostateczne nie tylko w znaczeniu czasowym – że jest na końcu i nic po nim już nie będzie, ale także co do wartości – jest to rzeczywistość ostateczna i bezwarunkowa, niemająca sobie równych. Chrystusa od dawna nazywano Królem, jednak niedzielna uroczystość jest stosunkowo młoda. Wprowadził ją do liturgii papież Pius XI encykliką Quas Primas z 11 grudnia 1925 roku. Dokument ten kończył rok jubileuszowy i nakazywał wiernym w dniu uroczystości odmawiać Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz Akt poświęcenia rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu. A zatem kult Chrystusa Króla ma być związany z kultem Najświętszego Serca. Ciekawe to papieskie skojarzenie, które może sugerować, by królowanie Jezusa rozumieć jako królowanie w porządku serca. Listopadowa uroczystość każe nam nie tylko wpatrywać się w osobę Króla i oddać mu pokłon, ale także zajrzeć we własne serce i poszukać w nim śladów Jezusowego królowania.

Królowanie Boga w Biblii

Chrystus Król oznacza swoją osobą po prostu królowanie Boga. Orygenes, jeden ze starożytnych teologów chrześcijańskich, nazywał Jezusa autobasileia, a więc królestwem we własnej osobie. Dlatego królowanie Chrystusa trzeba widzieć po prostu na tle królowania Boga lub – jak zwykliśmy mówić w języku polskim – królestwa Bożego. Wiemy, że to pojęcie było szczególnie istotne dla Jezusa w czasie Jego ziemskiego nauczania. Z Ewangelii synoptycznych dowiadujemy się, że królestwo Boże było dla Jezusa czymś zasadniczym, było jednym z podstawowym tematów Jego nauk wyrażanych choćby w przypowieściach. Jednak idea królestwa Bożego nie była czymś nowym, ale kontynuacją orędzia Starego Testamentu, które Pan Jezus wypełnia. Nazywanie Boga królem i oczekiwanie Jego królowania bierze się oczywiście z doświadczeń ziemskiej monarchii. Jest to więc symbol polityczny, który władzę Boga nad światem pokazuje przez analogię do władzy króla nad jego państwem. Ciekawe jednak, że przed władzą królewską Izrael długo się wzbraniał. I to właśnie z motywacji religijnej, gdyż panowanie człowieka nie mogło, zdaniem pobożnych Żydów, dotyczyć ludu, który jest prowadzony i zarządzany przez samego Jahwe. O ile więc ludy ościenne od najdawniejszych czasów miały swoich królów, często bezwzględnych i despotycznych, o tyle Izrael nie chciał przyjąć monarchii, a nawet odrzucał ją jako coś radykalnie złego. To właśnie ten lud, który początkowo nie miał króla, zaczął nazywać królem samego Boga. Podkreślał w ten sposób, że to Boże panowanie jest ostatecznie rozstrzygające, a władcy polityczni są co najwyżej narzędziami w rękach prawdziwego Króla.

Jednak z czasem i Izrael przyjął monarchię. Samuel niemal z przymusu zgodził się namaścić na króla Saula, który faktycznie okazał się niezbyt dobrym władcą. Następnym królem był Dawid, potem Salomon, a następnie nastąpiło rozbicie na dwa królestwa – południowe i północne. Losy tych monarchii i monarchów znamy z ksiąg historycznych Starego Przymierza. Ostatecznym upadkiem i klęską monarchii było zburzenie Jerozolimy i tak zwana niewola babilońska w VI wieku przed Chrystusem. Właśnie wtedy religijni mędrcy Izraela ponownie zaczęli reflektować nad czasami monarchii i spoglądać na nią z dystansem. Opowiadając kolejnym pokoleniom o czasach królewskich, Żydzi starali się pokazać, że mimo tymczasowej świetności, jaką stanowiły czasy Dawida, monarchia była jedynie dopustem Bożym. To Izraelici chcieli mieć króla, Bóg zaś jedynie się na to zgodził. W 1 Księdze Samuela znajdziemy nawet takie słowa kierowane przez Boga do proroka, który żalił się, że Żydzi chcą mieć ziemskiego króla: Wysłuchaj głosu ludu we wszystkim, co mówi do ciebie, bo nie ciebie odrzucają, lecz Mnie odrzucają jako króla nad sobą (8, 7). A więc w świetle Starego Testamentu ostatecznie to Bóg sam jest prawdziwym królem i tylko Jemu należy się ten tytuł.

jerusalem-2353514_960_720

Po takim wielowiekowym doświadczeniu Izraelici nabrali przekonania, że mogą oczekiwać już tylko jednego królestwa. Już nie królestwa Dawida, choć potomek Dawida może w nim pełnić rolę pośrednika, lecz królestwa samego Boga. Zbawiony świat to taki, w którym króluje sam Bóg. To nadchodzące królestwo Boże zapowiadali prorocy aż po Jana Chrzciciela, który ogłosił jego bliskość. I wreszcie Jezus to królestwo przyniósł i zainaugurował. Obwieścił jego obecność i sam je uobecnił. Oto prawdziwy Król – zarówno Bóg, jak i człowiek. Królowanie Boga jest królowaniem Chrystusa, który nie jest jednak ziemskim monarchą, wybranym z politycznego wyrachowania jak dawniej Saul. To Król, którego namaszcza Bóg i w którym sam Bóg przychodzi królować. Jaki jest ten Król, który jest już nie tylko władcą Izraela, ale i całego wszechświata?

Ziemscy królowie a Król niebieski

Zgodnie z klasycznymi zasadami teologii, czyli po prostu zasadami mówienia o Bogu, nasze słowa o Stwórcy zawsze są analogiczne do naszych słów o stworzeniu. To, co mówimy o świecie, odnosimy także do Boga, maksymalizując jakąś cechę czy atrybut znanej nam rzeczywistości. Widzimy na przykład różne piękne rzeczy, a o Bogu mówimy, że jest najpiękniejszy, że jest czystym Pięknem. Nie ma innej drogi niż taka analogia, bo Bóg nie jest żadnym przedmiotem, który moglibyśmy dosłownie opisywać. Podobnie jest i w przypadku królestwa Bożego i Chrystusa Króla. Widzimy władców politycznych i przez analogię chcemy wyrazić, że Bóg rządzi całym światem w sposób bezwarunkowy. Dlatego nazywamy Go jedynym, najwyższym Królem. Jednak analogia rządzi się fundamentalnym prawem, o którym nie wolno zapominać. Kapitalnie wyraził to prawo Sobór Laterański IV w 1215 roku: „[…] pomiędzy Stwórcą a stworzeniem nie można dopatrzeć się tak wielkiego podobieństwa, żeby nie trzeba było widzieć większej pomiędzy nimi różnicy”. A więc cokolwiek mówimy o Bogu przez podobieństwo do stworzeń, to różnica jest większa niż podobieństwo. Nazywamy Boga miłością, ale pamiętamy, że jest to miłość nieporównanie inna niż nasza ludzka. Określamy Boga mądrym, ale wiemy, że chodzi tu o mądrość zupełnie nie z naszego porządku. Podobnie określamy Boga (Chrystusa) Królem, ale musimy wiedzieć, że ten Król bardziej się różni, niż jest podobny do naszych ziemskich królów. Polityczne królowanie przez analogię naprowadza nas na Bożą rzeczywistość, ale gdy już Boga nazwiemy Królem, musimy natychmiast odrzucić ziemskie skojarzenia. Królowanie Chrystusa niezbyt przypomina poznawane przez nas na lekcjach historii rządy Piastów czy Jagiellonów. Jaki jest więc ten Król, tak inny od wszystkich ziemskich władców? Jakie jest Jego królowanie?

king-1304612_960_720

Król wyzwoliciel

Podstawowym znamieniem wielkich monarchii w historii świata było poddaństwo. Skoro jeden człowiek ma rządzić, pozostali są jego poddanymi. Władza królewska, czegokolwiek by nie mówić o jej zasadności, po prostu ogranicza człowieka. Tak czy inaczej obywatel monarchii jest poddanym, a więc musi podporządkować się woli króla. To król jest wolny w swoich decyzjach, inni ludzie zaś swą wolność muszą ograniczyć, by spełniać królewskie nakazy. Często bywało tak, że nakazy władzy wręcz ubezwłasnowolniały człowieka, innym zaś razem jedynie umiarkowanie regulowały jego życie. Natomiast faktem jest, że każda władza polityczna ma predyspozycje do ograniczania wolności człowieka. Czyż nie podobnie wyobrażamy sobie niekiedy królowanie Boga? Skoro to Bóg rządzi światem, to nasza wolność jest ograniczona. Przecież to jeden z najbardziej dyskutowanych problemów w dziejach europejskiej filozofii. Jak pogodzić władzę Boga z ludzką wolnością? Jeśli Bóg naprawdę wszystkim rządzi, jeśli jest prawdziwym Królem, to człowiek nie ma nic do powiedzenia…

I tu właśnie wystarczy przypomnieć sobie, że niepodobieństwo jest większe niż podobieństwo. Bóg nie króluje nad światem w taki sposób, jak ziemscy królowie. Nie trzeba rozgraniczać pomiędzy Jego władzą a naszą wolnością. Przeciwnie, to właśnie Boże królowanie jest źródłem i tajemnicą naszej wolności. Bóg nie jest władcą, który ogranicza i odbiera wolność. Jego poddani nie są poddanymi, ale dziećmi, które otrzymują wolność Ojca. Szkołą tej wolności jest Ewangelia, w której widzimy przykład Chrystusa Króla. Nigdy nie ogranicza On ludzkiej wolności, nie zmusza, nie manipuluje, nie grozi, nawet gdy chce kogoś uzdrowić, pyta go, czy chce być uzdrowiony. Niczego więc nie dokonuje bez zgody człowieka, zawsze oczekuje ludzkiej wolności i wychodzi jej naprzeciw. Ciekawy to Król, który nie tylko nie odbiera innym wolności, nie tylko jej nie ogranicza, ale o nią dba i wyciąga na światło dzienne. Podczas gdy ziemscy władcy uciskają i tak czy inaczej odbierają lub ograniczają wolność, ten Król działa zupełnie inaczej – uwalnia, wyzwala. Królowanie Boga nie oznacza wyrzeczenia się ludzkiej wolności, ale jest przestrzenią jej realizacji. W Bożym królestwie człowiek jest naprawdę wolny, a Chrystus Król przychodzi jako wyzwoliciel, a nie jako despota. Oto Król, który nie zmniejszy pola naszej wolności ani o centymetr. Przychodzi do niej i króluje w niej, nie ograniczając jej w żaden sposób. Wszelkie rozważania o Bogu ograniczającym wolność stają się bezzasadne – oto Król, który objawia się nie gdzie indziej jak przez naszą wolność i w niej.

Król sługa

Inną cechą monarchii, związaną z ograniczeniem wolności, jest postawa służebna poddanych. Skoro to król jest najważniejszy i to on decyduje o wszystkim, obywatelom pozostaje jedynie służyć królowi. Tak wyglądała sytuacja w starożytnych monarchiach Bliskiego Wschodu, które znamy z podań historycznych. Rolnicy potulnie wykonują swoją pracę, by zapełnić pszenicą królewskie spichlerze, rzemieślnicy część swoich wyrobów przesyłają na królewski dwór, a wszyscy mężczyźni, gdy nadejdzie pora, zaciągają się do wojska na zawołanie jego królewskiej mości. To oczywiście uproszczony obraz, ale czy nie takie są nasze skojarzenia z królestwem i królami? Kojarzymy króla z kimś, kto domaga się służby – począwszy od dosłownie rozumianej służby pałacowej, aż po szeroko widzianą służbę poddanych, wyrażaną choćby w płaconych daninach. Gdy zaś władca pojawia się łaskawie wśród ludu, wszyscy padają na kolana w służebnym oddaniu. I znowu – czy nie tak widzimy królestwo Boże, czyli to, jak mają się sprawy pomiędzy Bogiem a człowiekiem? Oczywiście Bogu należy się hołd i służba, ale czy to jest jedyny wymiar Jego królestwa? I czy to jest punktem wyjścia?

Królowanie Boga różni się tutaj znowu radykalnie od królestw tego świata. Żeby zrozumieć jak bardzo, znów trzeba przyjrzeć się postaci Chrystusa Króla szkicowanej przez Ewangelie. To Jezus uosabia Boże królestwo i nigdzie indziej jak tylko w Nim możemy zobaczyć, co ono oznacza. Jak więc króluje Bóg w Chrystusie? Przede wszystkim nie domaga się służby, lecz tylko pokornie do niej wzywa. To On sam jest pierwszym służącym. Pamiętajmy, że […] nie przyszedł aby Mu służono, lecz aby służyć (Mt 20, 28). Ten Król nie oczekuje czołobitności, lecz sam pochyla się nad człowiekiem. Widzimy to na każdej właściwie stronie Ewangelii – czy to jeszcze za mało, by wreszcie to przyswoić? Chrystus Król nie chce najpierw naszej służby, lecz chce nam usłużyć. Pokazuje to dobitnie w Wieczerniku, gdzie myje swoim uczniom nogi. Ale uwaga – ten Król chce także naszej służby. Uczy nas służyć i wymaga, byśmy tę służbę wdrażali w życie. Nie ma to jednak nic wspólnego z usługiwaniem królowi zasiadającemu na tronie. Nasz Król chce, byśmy służyli naszym braciom, szczególnie najbardziej potrzebującym. Nietypowy to władca – nie chce nic dla siebie, lecz chce, by jego poddani służyli sobie wzajemnie. Tylko w tej sposób mogą usłużyć Jemu. Bo ten Król utożsamia się ze swoimi poddanymi i cokolwiek się im uczyni, czyni się Jemu samemu (por. Mt 25, 40). O przedziwne to królestwo i przedziwny Król, który rządzi służąc i zaprasza wszystkich to udziału w tak rozumianej władzy. Może to oczywiste, ale czy na co dzień tak właśnie wyobrażamy sobie władzę Boga, w taki właśnie sposób o niej rozmawiamy? Bliższe bywa nam chyba wyobrażenie nadczłowieczego despoty, który zasiada na tronie w niebie i mocen jest zrobić, co tylko zechce… Dziwnym trafem nie robi tylu rzeczy, które przecież powinien – uzdrowić natychmiast wszystkich chorych, nakarmić głodnych, zapobiec przemocy wobec niewinnych. Może obchodzona przez nas uroczystość to dobra okazja, by inaczej pomyśleć o Bożej władzy? Wszechmoc, która działa nie inaczej, jak tylko przez służbę. Królowanie, które ludzkimi rękami chce zaradzić biedom i nędzom potrzebujących. Czas ziemskiego życia Jezusa się skończył, a teraz Chrystus Król wraz ze swoim panowaniem przychodzi przez nasze ręce i naszą służbę podejmowaną w wolności.
social-work-2356024_960_720

Królestwo miłości

Czym więc jest królestwo Boże, które Jezus nie tylko głosił, ale które samym sobą uobecnił? Jaki jest Chrystus Król, w którego dzisiaj poleca nam wpatrywać się Kościół? Królowanie, o którym tu mowa, można chyba najtrafniej opisać jednym słowem. Jest to słowo często nadużywane, ale tu chyba właśnie trzeba mieć odwagę je wypowiedzieć – miłość. Królowanie Boga to po prostu królowanie miłości. Dlatego nie są to żadne despotyczne rządy, które miałyby kogokolwiek skrzywdzić. Miłość, choć z definicji totalna, nie ma w sobie nic totalitarnego. Jej władza jest konkretna i rzeczywista, a jednak nieuchwytna i pokorna. Miłość jest spełnieniem wolności i wydarza się w jej przestrzeni, nigdy jej nie ograniczając i przeciw niej nie występując. Jest ona także służbą wobec drugiej osoby, nieoglądającą się na swoje ego. Taka jest miłość i taki jest Bóg, którego jeden z Apostołów nazwał właśnie miłością (por. 1 J 4, 8). Jakże daleko jest królestwo Boże od naszych ziemskich doświadczeń z różnymi królami, którzy przecież niekoniecznie muszą nosić złote korony. Nie brakuje w nas samych chęci do królowania nad innymi – a rozumiemy przez to kierowanie kimś drugim i wyzyskiwanie go dla naszych potrzeb. Tymczasem dziś widzimy innego Króla, którego królowanie jest pokorną służbą i prawdziwą wolnością. Królestwo Boże jest na wyciągnięcie ręki, jeśli dosłownie i poważnie potraktujemy dekret Króla: cokolwiek czynicie jednemu z tych najmniejszych, czynicie wobec mnie. Oto Król, który utożsamia się z każdym ze swoich poddanych. Nie jest Mu bliżej do wielkich tego świata niż do najmniejszych i pogardzanych. Można Go spotkać w każdym biedaku i w nim Mu usłużyć. Przez taką służbę prawdą staje się, że królestwo Boże jest pośród nas (por. Łk 17, 21). I to na drodze miłości, a nie przez jakąś kosmiczną katastrofę, Chrystus obejmuje władzę nad całym wszechświatem.

mw