Pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza.

[…]

Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: «Talitha kum», to znaczy: „Dziewczynko, mówię ci, wstań!” Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia.

 

Powyższe fragmenty pochodzą z dłuższej perykopy Ewangelii wg św. Marka 5, 21-43. Tekst ten czytany był w liturgii jednej z ostatnich niedziel. Ta sama historia, choć w wersji ewangelisty Mateusza, była także potem czytana w dzień powszedni. Nieprzypadkowo czyta się w Kościele ten stosunkowo długi fragment Ewangelii, nie dzieląc go na części, choć mogło by się wydawać, że podział byłby zasadny. Są tu właściwie dwie historie – o wskrzeszeniu córki Jaira i o kobiecie cierpiącej na krwotok. Jednak już w samym tekście Ewangelii te historie przenikają się ze sobą. W trakcie narracji o umierającej (według Marka) lub już zmarłej (Mateusz) córce zwierzchnika synagogi, pojawia się nagle ni stąd, ni zowąd kobieta, która cierpi na upływ krwi. Dotyka Jezusa i zostaje uzdrowiona, po czym Pan podąża dalej do domu Jaira, gdzie wskrzesza jego córkę. To chyba jedyny przypadek w Ewangeliach, gdy historia o konkretnym cudzie Jezusa przerwana zostaje zdarzeniem dotyczącym innej osoby.

Nie ulega wątpliwości, że powiązanie przez Marka tych dwóch historii w jedną całość jest celowe i znaczące. Wielu biblistów wskazuje zwłaszcza na fakt, że w przypadku zarówno jednej, jak i drugiej potrzebującej osoby ewangelista podkreśla pozornie pozbawiony znaczenia detal – liczbę dwunastu lat. I nie chodzi tu nawet o jej symboliczne znaczenie, a raczej o fakt, że w obu przypadkach jest to ta sama liczba. Tak jakby natchniony autor chciał nam powiedzieć, że w tych dwóch sytuacjach chodzi o to samo. Dwanaście lat upływu krwi z łona chorej kobiety i wiek dziewczynki to ten sam czas. To samo dwanaście lat.

Być może warto by zacząć od rozpatrzenia takiej kwestii – czy ta cierpiąca kobieta nie jest po prostu matką dziewczynki? Słyszymy tylko o ojcu, który przyszedł do Jezusa i poprosił Go o pomoc. A matka? Gdy Jezus wskrzesza dziewczynkę, zabiera ze sobą najbliższych uczniów, a także ojca i właśnie matkę, o której wcześniej nic nie słyszeliśmy. Chyba że ona również wyruszyła na spotkanie Jezusa, choć nie razem z mężem. Może to ona padła Mu do stóp i za wszelką cenę chciała Go dotknąć w tłumie ludzi. I to właśnie ona przez dotknięcie Jezusa odzyskała zdrowie.

Dlaczego matka wyruszyła na spotkanie Jezusa osobno, a nie z Jairem? Co było nie tak z tym małżeństwem i z tą kobietą? Wskazówką może być jej dolegliwość. Od dwunastu lat – czyli dokładnie od momentu urodzenia córki – cierpiała ona na upływ krwi. Z całą pewnością nie chodzi tylko o dosłowną chorobę, którą miałby uaktywnić poród. Krew to w hebrajskim świecie symboli po prostu życie, a więc utrata krwi to utrata życia. Ta kobieta, od kiedy ma dziecko, każdego dnia umiera.

Narodziny dziecka są źródłem wielkiej radości i życia, ale mogą także przynosić śmierć. Nie z winy dziecka, ale z winy rodziców, którzy sami tak przeżywają swoje rodzicielstwo, że tracą przez nie życie. Oczekiwania wobec tego, kim ma być dziecko i co ma ze sobą przynieść na świat, nie tylko nie pozwalają żyć samemu dziecku, ale także rodzicom. Dziewczynka po prostu umarła, a matka ledwo żyje, codziennie tracąc krew. Może teraz ta historia brzmi znajomo niejednemu z nas. Rodzice chcieli, żebyśmy byli tacy, a nie inni. Mieli takich, a nie innych znajomych, studiowali to, co oni sobie wymarzyli. Osiągnęli sukcesy w dziedzinach, w których nie mieliśmy szans, bo w ogóle się w nich dobrze nie czuliśmy. To oni wymyślili sobie, czym mamy się zajmować i jacy mamy być. Ale w taki sposób nie da się żyć, można tylko umrzeć. Podobnie rodzice – koncentrując się na przyszłości dziecka i na swoich planach wobec niego – tracą więź między sobą, a także własną radość życia. Dlatego może rodziców w tym fragmencie Ewangelii widzimy osobno. Dopiero Jezus zgromadził ich razem i pokazał im, że ich córka żyje, choć najpierw musiała umrzeć. Gdy rodzice pozwoli jej umrzeć, Jezus pokazał, jak naprawdę się rzeczy mają. Dwunastoletnia dziewczynka nie umarła, tylko śpi. Dla rodziców była już martwa, nie potrafili się nią cieszyć. Ale dla Jezusa dziewczynka żyje.

Rodzice nie muszą wcale tracić życia dla dzieci. Brzmi to może szlachetnie: czy nie na tym polega miłość? Tak, miłość i rodzicielstwo wiążą się z wyrzeczeniami, ale jeśli odbierają życie, to coś tu jest nie tak. Powinno być przeciwnie, bo miłość jest życiodajna, ale żeby tak było, trzeba pozwolić drugiemu być sobą. Nie czynić z dziecka swojej własności i obiektu swoich planów, ale pozwolić mu wzrastać jako osobie, czyli komuś osobnemu. Kto tego nie zrobi, będzie tylko tracił życie przez swoje rodzicielstwo jak ewangeliczna kobieta cierpiąca na upływ krwi. Tylko dotknięcie Jezusa może uratować tę sytuację. Wystarczy się do Niego zwrócić i można odzyskać życie, a w nim i prawdziwe rodzicielstwo. To chyba jedyny cud na kartach Ewangelii, który dokonuje się niejako bez udziału ludzkiej woli Jezusa. On nie musiał nawet spojrzeć na tę kobietę, poznać jej problemu, wystarczyło, że ona Go dotknęła. Odzyskała życie, bo dotknęła Życia.

Ewangelia jest jednak skierowana nie tylko do tych, którzy mają dzieci i zmagają się z trudem wychowania. Także ten konkretny fragment jest adresowany do wszystkich. Warto spojrzeć na tajemniczą kobietę z tłumu i na zmarłą dziewczynkę jako na jedną i tę samą osobę. Zapomnijmy na chwilę o hipotezie, że mamy do czynienia z matką i córką. Załóżmy, że to jedna i ta sama kobieta, tracąca życie i z każdą chwilą gubiąca swoją młodość. Gdzieś jest w niej dwunastolatka – pełna energii i zapału, dążąca do wielkich rzeczy, niebojąca się marzyć i żyć. Ale dorosłość pozbawiła ją tego wszystkiego i kropla po kropli odbiera jej życie. Gdzie się podziała ta młoda dziewczyna, którą kiedyś była? Gdzie jest dziecko, którym był każdy z nas? Nie umarło, ale śpi.

Nie chodzi tu o jakieś kiepskiej jakości psychologiczne przesłanie o wewnętrznym dziecku. Idzie o coś więcej niż odzyskanie wewnętrznej radości i powrót do pełni życia, cokolwiek by to miało znaczyć. Tym bardziej nie chodzi o to, by znowu zachowywać się i przeżywać świat dosłownie tak jak wtedy, gdy mieliśmy po dwanaście lat. A więc o co chodzi? Oprócz tej jednej dwunastolatki na kartach Nowego Testamentu, a konkretnie w Ewangelii św. Łukasza, spotykamy jeszcze jednego Dwunastolatka. Mówimy, że zgubił się w świątyni, ale to chyba nie jest dobre określenie. On doskonale wie, co robi i gdzie jest, nigdzie się nie zgubił. Dobrze wie, że nie należy do swoich ziemskich rodziców i nie musi realizować ich pragnień. Liczy się dla Niego tylko Ojciec i Jego wola. Tej synowskiej tożsamości nie wyprze się nigdy, także mając trzydzieści lat, wciąż pozostanie tym samym Dwunastolatkiem. Tym, który ciągle jest sercem w swojej ojcowiźnie i z jedności z Ojcem czerpie radość życia, nie bacząc na oczekiwania, aprobatę czy dezaprobatę innych ludzi, nawet najbliższych. To w tej relacji z Ojcem leży źródło i klucz radości życia, prawdziwego dziecięctwa. I w nas wciąż jest to możliwe. Dotknijmy płaszcza tego Dwunastolatka, który przychodzi i obwieszcza nad nami: Nie umarłeś, tylko śpisz.

mw za inspiracją mm